Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reportaż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reportaż. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 maja 2014

Jacek Hugo-Bader "Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak"



Jacek Hugo-Bader dotknął tym razem tematu bardzo kontrowersyjnego, budzącego, mimo upływu czasu, wiele emocji. Nie sposób nie spotkać się z negatywnymi opiniami o autorze i książce jeszcze na długo przed jej ukazaniem. Nawał komentarzy można by w skrócie przedstawić tak (podaję perełki w formie skondensowanej): „Po co on zabiera się za taką książkę? Kim jest i co wie na ten temat, kto mu dał prawo do pisania na ten temat?” A to tylko kropla w morzu tego, co się prawdopodobnie jeszcze pojawi po premierze.

Hugo-Bader jest doświadczonym reporterem, który wiele już w swoim życiu zobaczył i przeżył. Jednak wtargnięcie w hermetyczny świat wspinaczy okazało się jednym z jego najtrudniejszych doświadczeń. Autor udał się tam, gdzie wszystko się zaczęło. Gdzie sukces okupiony został wielką tragedią... Na Broad Peak. Jacek Hugo-Bader był jednym z czterech członków wyprawy, która w 2013 roku wybrała się po ciała Maćka Berbeki i Tomka Kowalskiego. Wspinacze życie stracili po tym, jak jako pierwsi w historii zdobyli szczyt zimą. Razem z nimi w tej zimowej wyprawie brali udział Adam Bielecki i Artur Małek, którzy również stanęli na wierzchołku. Kierownikiem całej wyprawy był Krzysztof Wielicki.


Po tej tragedii głos zabrali niemal wszyscy. Od przeciętnego Kowalskiego, który góry ogląda tylko w telewizji, po największe alpinistyczne autorytety. Środowisko się podzieliło. Coraz częściej mówiono o braku braterstwa liny i współpracy. O coraz bardziej indywidualnym wspinaniu, bez jakiejkolwiek pracy zespołowej. Jeszcze bardziej zawrzało po raporcie Polskiego Związku Alpinizmu. Najwięcej negatywnych uwag posypało się w stronę Adama Bieleckiego, który w oczach autorów raportu wydaje się być jedynym winnym. 



Reporter dość intensywnie nagabywał Jacka Berbekę o możliwość uczestnictwa w wyprawie poszukiwawczej. Pierwszy telefon nic nie dał, dopiero desperacki mail przyniósł rezultat. Od początku relacja z Jackiem Berbeką była trudna. Nie bez powodu jest nazywany "Siekierką". Nieugięty, bezkompromisowy, wybuchowy. Kompletne przeciwieństwo brata. W górach autor przekonał się, wielokrotnie doświadczając ostracyzmu, jak ciężko żyć z Berbeką. Od samego początku wyprawy Hugo-Bader czuł się nieswojo w hermetycznym środowisku, do którego nikt nie miał zamiaru go wprowadzić. Co powodowało konflikty, aż w końcu wybuch :
"-Nie musicie mnie lubić, ale bądźcie chociaż koleżeńscy. Przecież wiadomo było, że na wyprawę bierzecie reportera i że na pewnych warunkach, Miałem dostać piękna historię, a nie mam nic, żadnego materiału, bo nie chcecie gadać. No to jestem w czarnej dupie, a przecież narobiłem zobowiązań, żeby wnieść swój wkład do wyprawy".
Pozostałymi uczestnikami wyprawy byli Jacek Jawnień, Krzysztof Tarasewicz, a do pewnego momentu towarzyszyli im również rodzice i narzeczona Tomka Kowalskiego. W trakcie tej eskapady powstał też film dokumentalny, którego prawdopodobnie oczy widza nie ujrzą.



Autor na kolejnych stronach kreśli fascynujący obraz wspinaczy i ich świata. Przybliża nam portrety tych, którzy odeszli oraz ich bliskich. Przeprowadza wiele rozmów z Adamem Bieleckim, pokazując nam niejako dwa oblicza tego młodego wspinacza. Nie tylko to czarne, powstałe w mediach. Rysuje obraz polskiego himalaizmu zimowego i jego twórcy - Artura Hajzera, który ginie w czasie, gdy ekipa poszukiwawcza przebywa już w górach. Przedstawia Lodowych Wojowników, porywających się na ośmiotysięczniki zimą. Brak w tym wszystkim ocen moralnych. Hugo-Bader prezentuje fakty takimi jakimi są, bez zbędnych komentarzy. A do tego ten jego język... Treściwy, dosadny, prosty. Mistrzowski reportaż, który porusza i nie pozwala o sobie zapomnieć. Wdziera się w czytelnika, zmusza do refleksji i analizy wcześniejszych przemyśleń.

Długi film o miłości, to książka poruszająca wiele tematów, dająca kolejny impuls do dyskusji. Jednak jak wskazuje tytuł, jest to też pozycja po prostu o miłości. Tej natarczywej i pochłaniającej - do gór, tej najpiękniejszej - do kobiety, i tej często trudnej - do bliskich. 



W wyniku akcji poszukiwawczej odnaleziono tylko ciało Tomka Kowalskiego, któremu Jacek Berbeka i Jacek Jawnień zapewnili godny pochówek. Maćka Berbeki nie odnaleziono.



Warto!

Raport PZA (klik)

........................................
Możecie skorzystać z kodu rabatowego, dzięki któremu nie zapłacicie za wysyłkę, a książkę na stronie wydawnictwa Znak kupicie ze sporym rabatem!

KLIK 

Kod rabatowy: BlogMagiaKsiazki

środa, 21 maja 2014

Katarzyna Boni, Wojciech Tochman "Kontener"


"Kontener" jest pierwszym tytułem w powstającym cyklu "Migracje" wydawnictwa Agora. Książka jest dziełem Wojciecha Tochmana, autora m.in. "Dzisiaj narysujemy śmierć", oraz jego uczennicy Katarzyny Boni, absolwentki Polskiej Szkoły Reportażu. Reporterzy wybrali się we wspólną podróż do Jordanii, dzięki czemu powstała ta niepozorna rozmiarowo książka, opowiadająca o codziennym życiu uchodźców z Syrii.
"Od marca 2011 roku granicę z Jordanią przekroczyło  już sześćset tysięcy uchodźców syryjskich, co oznacza, że dzisiaj w sześciomilionowej Jordanii na dziesięciu obywateli przypada jeden Syryjczyk." (str. 7)
Część z tych ludzi żyje w obozach dla uchodźców, inni, ci zamożniejsi wynajęli mieszkania, jeszcze inni, aby zachować odrobinę wolności, koczuje gdzie popadnie. 


Zahid i Aida wynajmują niewielkie mieszkanie. Ona z kulą w głowie, on bez perspektyw. Ona z nieśmiałej żony przemieniła się w wojowniczkę, której on nie poznaje. Ona chce wracać do Syrii, walczyć, on tego nie rozumie... Już nigdy nie będą tacy jak wcześniej. Wojna ich zmieniła.

Ahmed mieszka w namiocie zszytym ze wszystkiego, co się nadawało na materiał. Postawił go przy ruchliwej szosie, na kamieniach. Dla niego to jedyny sposób, aby zachować resztki niezależności. Koczowanie jest nielegalne. Ahmed chciałby wracać do kraju, do siebie...

Zaatari to drugi, najliczebniejszy po kenijskim Dabaad,  obóz dla uchodźców na świecie.
Źródło
 "Do Zaatari zgłaszało się dziennie nawet trzy tysiące zmęczonych ludzi. Obóz osiągnął wyznaczone maksymalne rozmiary - dwa na cztery kilometry. Rok po otwarciu - sto czterdzieści tysięcy wygnańców" (str. 59)
Jednak dla wielu obóz to nie dom, ale więzienie. Mimo ogromnego zagrożenia, duży odsetek ludzi nie wytrzymuje obozowego zamknięcia i wraca do Syrii, często na pewną śmierć.
"W 2013 roku, według jordańskiego rządu, dziewięćdziesiąt tysięcy Syryjczyków wróciło do kraju. Ilu z nich wciąż żyje? Ilu znowu wróciło do Jordanii? Ilu spotkało Allaha i ma święty spokój? Nie wiadomo" (str. 51)
A jak wygląda życie w pustynnym mieście? To krok po kroku pokazują nam autorzy. Udziela nam się senna atmosfera tego miejsca, gdzie nikt nie może pracować. Mężczyźni całymi dniami siedzą w kręgach i dyskutują, kobiety wychodzą, licząc na to, że może uda im się coś załatwić, zaczepić kogoś przyjezdnego, ugrać jakąś korzyść. Każdy dzień wlecze się niemiłosiernie...
"Wojna okaleczyła mężczyzn. Nic do nich nie należy i nic od nich nie zależy" (str. 51)
Pozostajemy w tej sennej obozowej atmosferze. Zaglądamy do kontenerów, otrzymujemy wiedzę o funkcjonowaniu obozu. Na moment zapominamy o wojennej zawierusze... Zapominamy o tym, dlaczego w tym miejscu zgromadzono tylu ludzi. Już nam się wydaje, że unikniemy drastycznych obrazów, zabijania... I wtedy otrzymujemy od autorów potężny cios... Bo codzienność uchodźców, to wspominanie tego co było, a migawki z ich wspomnień, powodują, że szeroko otwieramy oczy, krew odpływa nam z twarzy, a szok nie pozwala myśleć. Sześciolatka z kulą w głowie, trafiona przez snajpera, rozerwana żywcem sześciomiesięczna dziewczynka, tortury w więzieniach, egzekucje na ulicach, łapanki i przeszukania. To jest codzienność dzieci i dorosłych. Wspomnienia odtwarzane na telefonach i YouTubie.
"Międzynarodowe organizacje podają, że w ciągu pierwszych dwudziestu dziewięciu miesięcy wojny w Syrii (2011-2013) zabito jedenaście tysięcy czterysta dwadzieścioro dzieci." (str. 128)

Autorzy pracę nad książką zakończyli w lutym tego roku, więc jest ona jak najbardziej na czasie. Niepozorna książeczka na zaledwie stu czterdziestu stronach, pozwala nam poznać codzienność ludzi pokonanych przez wojnę, bez własnego miejsca na ziemi i perspektyw...

"Wszystko, co w życiu zbudowałem, mówi starszy pan, wszystko co własną pracą stworzyłem, przepadło w sekundę. Całe moje życie. Co robić z życiem, które nie ma sensu?" (str. 89)

sobota, 8 marca 2014

Magdalena Grzebałkowska "Beksińscy. Portret podwójny"



Nie potrafię ładnie pisać o książkach, które zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Tak jest właśnie z "Beksińskimi". Wiem, że nie przekażę Wam tego co bym chciała, dlatego pierwszy raz, już we wstępie polecę, bo książka to dzieło naprawdę dużego kalibru...

Sięgając po książkę autorstwa Magdaleny Grzebałkowskiej wiedziałam, że czeka mnie naprawdę smakowita lektura. Zachwycona byłam już przy okazji poprzedniej publikacji, opisującej księdza Jana Twardowskiego. Tym razem autorka na warsztat wzięła malarza, który zachwyca mnie swoimi pracami - Zdzisława Beksińskiego i jego syna Tomasza. Obaj byli wielkimi indywidualistami, a ich życie to materiał na dwie osobne publikacje. Tym ciekawiej zapowiadała się książka opisująca ich relacje. Bo tym razem Grzebałkowska stworzyła opowieść o miłości, niezwykle trudnej i skomplikowanej, miłości między ojcem a synem.

Galeria Zdzisława Beksińskiego w Muzeum Historycznym w Sanoku
 
Kim jest Zdzisław Beksiński? Jeszcze całkiem niedawno sama tego nie wiedziałam. Ze sztuką i wiedzą na jego temat zdecydowanie się mijałam. Na szczęście trafiłam do muzeum na zamku w Sanoku i ekspozycję prac Beksińskiego. Nie wszystkie wzbudziły mój zachwyt, jednak kilka po prostu wryło mi się w głowę. Nie mogłam wręcz oderwać wzroku od niektórych obrazów. Po wizycie w muzeum zaczerpnęłam więc trochę wiedzy na temat artysty, jednak dopiero Grzebałkowska pokazała mi Mistrza w całej okazałości, i aż mnie nosi po lekturze, żeby pojechać po raz kolejny do Sanoka i już z uzupełnioną wiedzą jeszcze raz przyjrzeć się jego pracom.

"Cały paradoks z Beksińskim polegał na tym, że jego się utożsamiało z dziełem. To nie do końca jest błąd , bo wszystkie jego obrazy i rysunki to był on. Ale on nie był tylko taki. Będąc doktorem Jekyllem, wypluwał z siebie mister Hyde'a na obrazach. Ludzie, którzy znali tylko jego obrazy, myśleli, że to potwór straszliwy, a był jednym z najdelikatniejszych ludzi z jakimi się spotkałem".

Zdzisława poznajemy już w momencie narodzin, autorka przeprowadza nas przez kolejne lata życia malarza - dzieciństwo, małżeństwo z Zofią Stankiewiczową, narodziny Tomka. Skupia się też na kolejnych twórczych okresach artysty. Kiedy pojawia się syn, opowieść staje się jakby dwugłosowa.

"Zdzisław Beksiński nigdy nie uderzy swojego syna.
Zdzisław Beksiński nigdy nie przytuli swojego syna".
 Ten cytat to klucz do relacji ojca i syna. Tomasz od dzieciństwa w zasadzie nie znał granic, ojciec ich nie ustanowił. Żaden wybryk młodzieńca nie był przez artystę karany, co też przeniosło się na dorosłe życie Tomasza. Przyzwyczajony został do dostawania czego chciał. Zdzisław nie ograniczał syna w żaden sposób, ale też nigdy zanadto się nie otwierał i nie zbliżał do niego. Mimo, że niewątpliwie darzył go wielkim uczuciem.

Kim więc jest Tomasz Beksiński? O ile o Zdzisławie wiedziałam wiele przed lekturą, o tyle o jego synu zaledwie to, że w młodości zażartował z bliskich i znajomych, rozwieszając klepsydry informujące o swoim zgonie. Teraz dowiedziałam się, co było tego powodem... Przez lata fascynował się śmiercią, wielokrotnie próbował też popełnić samobójstwo. Ale to przecież nie cały on. Prowadził audycje radiowe, które cieszyły się naprawdę wielka popularnością, m.in. w Radiowej Trójce. Posiadał ogromną, nietuzinkową kolekcję płyt. Miał trudności w kontaktach z kobietami, bo mimo wkroczenia w dorosłość w głębi pozostał dzieckiem i tak też często się zachowywał.

Ojciec i syn fizycznie podobni, posiadali spójne zainteresowania, jednak ich stosunki to wieczna walka i jakby niekończąca się rywalizacja, w której pole zawsze oddawał Zdzisław.
"Jeśli ojciec kocha muzykę, syn kocha ją po dwokroć.
Jeśli ojciec chce mieć dużo płyt, syn pożąda ich dwa razy więcej.
Jeśli ojciec nie potrafi bez muzyki malować, syn nie umie bez niej żyć".
"(...) tymczasem on (Tomasz), podobnie jak ja, jeśli już poświęca się czemuś, to całkowicie i bez reszty (...)" 

Tłem dla tych dwojga jest Zofia. Obdarzyła Zdzisława wielkim uczuciem, jego dobro stało się dla niej najważniejsze, całe życie poświęciła jemu i synowi. W stu procentach im się oddała.O ile Zdzisław mimo swojej egoistycznej często postawy, potrafił okazać żonie uczucie, o tyle Tomasz nie szanował matki, traktując ją często jak służącą.
"Tadeusz Nyczek: "Moja prymitywna teoria - Zdzisław wypluwał demony z siebie na obrazy. A Tomek nie. W nim to wszystko siedziało w środku. Był potworem nie do opanowania, i to od dzieciństwa. Przejawiał zdumiewającą agresję wobec matki. Mówił do niej najgorszymi wyrazami, nie krępował się przy mnie""
Dla niego zawsze liczył się ojciec, chociaż nie potrafił mu tego okazać.

"Niejednokrotnie ojcowie to albo głupie wieprze, albo po prostu sknery i pijacy, do tego jeszcze cholernie staroświeccy. Ja też niejednokrotnie narzekam na swojego, a w sumie wiem, że to kapitalny człowiek".

Reporterka przekopała się przez tony listów i wypowiedzi, przesłuchała dzienniki foniczne, odwiedziła znajomych rodziny Beksińskich, dotarła do przeróżnych materiałów. Pozwoliło jej to stworzyć barwną historię, która jest nie tylko opowieścią o wielkim malarzu i jego dziełach, czy o jego mrocznym i nieobliczalnym synu. Przede wszystkim wyłania się z tej książki obraz naprawdę trudnej miłości dwóch mężczyzn, którzy nie są w stanie okazać sobie tego uczucia. Historii obydwu Panów towarzyszy Zofia, matka i żona, której przyszło żyć z dwoma indywidualistami, o bardzo trudnych i przedziwnych charakterach. Mimo, że książka jest opowieścią o ojcu i synu, autorka postarała się, aby ukazać Zofię w taki sposób, aby nie było wątpliwości, że dzięki niej panowie byli tym kim byli. Stałą się ich opoką, punktem stałym, bez którego trudno było im żyć.

Jak już napisałam we wstępie, brakuje mi słów, żeby oddać zachwyt jaki towarzyszył mi przy lekturze książki. Otrzymałam ponad 400 stron genialnej historii o nieprzeciętnych ludziach. I aż ciekawość mnie zżera, kto też następny trafi pod pióro autorki, która bez tabloidowego wścibstwa, czy wyciągania brudów, potrafi stworzyć naprawdę piękne biografie...

Źródło

czwartek, 30 stycznia 2014

Wacław Radzwinowicz "Soczi igrzyska Putina"


Soczi... Ta nazwa elektryzuje teraz cały sportowy świat. Już za parę chwil rozpoczną się XXII Zimowe Igrzyska Olimpijskie. Odkąd pamiętam, to właśnie w czasie zimowych igrzysk moi znajomi wiedzieli, że nie odklejam się od telewizora i nie ma sensu próbować mnie gdziekolwiek wyciągać. Czasami zdarzało mi się brać dni wolne, żeby śledzić zmagania sportowców, a żeby oglądać łyżwiarstwo figurowe, byłam w stanie zarywać noce. Ja tym żyję przez dwa tygodnie!
Na olimpiadę czekam z niecierpliwością od dawna, jednak dopiero kilka tygodni temu zainteresowało mnie miejsce w którym będzie się odbywać. A wszystko za sprawą ciekawego reportażu telewizyjnego. Kiedy więc pojawiła się na rynku książka Wacława Radziwinowicza, postanowiłam poszerzyć swoją wiedzę. Jak możliwe jest zorganizowanie zimowych zmagań w klimacie subtropikalnym, gdzie w lutym temperatury dochodzą do 20 stopni? W miejscu, które słynie z kurortów, ciepłego morza i uzdrawiających wód?
W Rosji jest to możliwe, a prawda o igrzyskach jest zatrważająca.
"Na długo przed rozpoczęciem olimpiady w Soczi pobity został światowy rekord - okazała się ona najdroższa w historii. Pochłonęła więcej pieniędzy niż wszystkie dwadzieścia jeden poprzednich zimowych olimpiad"
Skąd wzięła się taka suma? Jak wiadomo w Soczi nie było żadnej hali godnej olimpiady, zbudowano więc wszystko co niezbędne. Stadion Balszoj, na którym nie odbędą się żadne zawody, a jedynie ceremonia zamknięcia i otwarcia, hale hokejowe, do łyżwiarstwa itd, powstały więc od zera. Mimo to koszt ich budowy wyniósł dużo więcej, niż podobnych obiektów na Zachodzie. Odpowiedź na pytanie co też stało się z pieniędzmi jest prosta... Zostały rozkradzione. A kradł kto mógł, stąd też ostateczna kwota, jaką wydano to aż pięćdziesiąt jeden mld. USD. Autor w prosty sposób tłumaczy proceder znikania pieniędzy, pokazuje kto i dlaczego zajmuje się poszczególnymi inwestycjami. A im bliżej Kremla, tym lepiej...
"W Moskwie pół żartem, pół serio mówi się, że Rosja już zwyciężyła w nowej konkurencji zimowych igrzysk i należy jej się złoty medal za rekordowy rospił"

Ale ja w zasadzie nie o pieniądzach chciałam... Najbardziej boli sposób w jaki potraktowano ludzi i przyrodę. Dodajmy unikatową na skalę światową przyrodę. Z jaką łatwością przesuwano granice Parków Narodowych, jeżeli nie pasowały do budowy. Jak szybko odeszły z gór niedźwiedzie, a z rzeki Mzymta zniknęły pstrągi, nawet wędrowne ptaki zatrzymują się już gdzie indziej, a wszystko na oczach świata. Bez żadnych konsultacji ekologicznych zniszczono bezpowrotnie, wręcz zmiażdżono przyrodę. Na nic zdał się krzyk Greenpeace'u i WWF, skoro eksperci ONZ dali się omamić obietnicom odbudowy fauny i flory. Tylko czy coś takiego jest w ogóle możliwe?
Są też ludzie... Jednym osuwają się domy, ponieważ na wzgórze pod którym mieszkają zwieziono tony odpadów, inni te domy stracili bezpowrotnie otrzymując w zamian rekompensaty nieadekwatne do wartości nieruchomości. Mieszkańcy Soczi nie zostali też zatrudnieni do budowy, bo byli za drodzy. Tak naprawdę nic nie zyskali i nie zyskają, oprócz wielu utrudnień. Dla nich bilans z pewnością będzie ujemy.

Wacław Radziwinowicz z reporterskim zacięciem odkrywa kolejne warstwy olimpijskich przygotowań, pod którymi znajdujemy mnóstwo niedoróbek. To tak, jakby dom zbudować na grząskim gruncie. Chwilę postoi, przyjmie gości, a potem się zobaczy... Zatonie, a może cudem ustoi. Soczi, to igrzyska Putina, który pokazuje jak wielką ma władzę i jak potrafi zagrać na nosie największym. Igrzyska się skończą, widzowie szybko zapomną o tym na jakich podstawach zostały zbudowane, a mieszkańcy rejonu będą musieli zmagać się z jeszcze większymi problemami, niż mieli wcześniej. 
Igrzyska to teatr, który reżyseruje Kreml, według scenariusza Putina, a dla miejscowych nie znalazło się miejsce nawet na widowni.
"O igrzyskach w Soczi mówić w Rosji należy jak o nieboszczyku - albo tylko dobrze, albo wcale. Krytyka i żarty skończyć się mogą całkiem niewesoło"

"Igrzyska mogą przynieść Rosji pierwsze miejsce w konkurencji śledzenia sportowców i kibiców"
Teatr od kulis, który prezentuje nam autor, to barwna opowieść o historii regionu, czystkach etnicznych, homofobii, inwigilacji, korkach, drogich mieszkaniach, i wielu innych rzeczach. Naprawdę warto poznać to, czego na szklanym ekranie nie zobaczymy. Zachęcam więc do lektury!
Ciekawość mnie też zżera, czy autor planuje reportaż z tego czasu po. Kiedy kurtyna opadnie, a Putin odwróci twarz w innym kierunku.

wtorek, 20 sierpnia 2013

"Made in Poland. Antologia reporterów Dużego Formatu"


 "Reportaż jest właściwie nonsensem. Bo ślamazarny, zawsze spóźniony, przegrywa z telewizją i internetem. A mimo to "Gazeta Wyborcza" przez tyle lat pielęgnuje ten jawny nonsens, znajdując w tym niezwykłe poparcie czytelników. Widocznie reportaż mówi więcej niż informacja, nawet obrazkowa, i inaczej niż publicystyka. Może zaspokaja potrzebę obcowania z bohaterami, potrzebę współczesnej fabuły, potrzebę współuczestnictwa w wydarzeniach za pośrednictwem tego bohatera, jakim w reportażu jest autor"

Cytując Małgorzatę Szejnert, wieloletnią szefową działu reportażu "Gazety Wyborczej", przypominam sobie słowa Jacka Hugo-Badera, który na jednym ze swoich spotkań z czytelnikami mówił o zawiści kolegów z innych działów gazety. Zawiści wynikającej z tego, że dział reportażu jest chyba najmniej opłacalnym i generującym najmniejsze przychody. Od lat znajduje się na "utrzymaniu" innych, aby reporterzy z powodzeniem mogli tworzyć swoje znakomite teksty. 
Wydawnictwo Czarne, które wydaje najlepsze zbiory reportaży w Polsce, w szeregach autorów posiada całą armię reporterów wywodzących się z GW. Prestiżowy, bodajże jedyny w Polsce taki dział, to nazwiska tej miary co wspomniani wyżej Szejnert, Hugo-Bader, ale także aktualny szef Włodzimierz Nowak, Lidia Ostałowska, Mariusz Szczygieł, Witold Szabłowski, Wojciech Tochman, Magdalena Grzebałkowska czy Paweł Smoleński. Wymieniać można by jeszcze długo, a przy każdym nazwisku musiałaby znaleźć się informacja o wyśmienitych tekstach i licznych nagrodach. Strzałem w dziesiątkę jest więc antologia reporterów Dużego Formatu wydana przez wydawnictwo Agora - "Made in Poland", na widok której, każdy miłośnik reportaży i wydawanego co czwartek dodatku Gazety Wyborczej z pewnością dostanie ślinotoku. Na zbiór składają się reportaże z lat 1994-2013. Wiele z nich, może być już znanych stałym czytelnikom DF, jednak każdy, na nowo i oryginalnie brzmi w polifonii reporterskich głosów. Począwszy od bohatera, skończywszy na sposobie przekazywania treści i języku, reportaż pokazuje jak ciekawą i ponadczasową jest formą. Czytany w momencie powstania zaspakaja potrzebę informacji, po latach wzbogaca wiedzę o minionych czasach. 
A o czym rzeczą zawarte w "Made in Poland" teksty? O nagości, o Dawidzie Cernym, o młodzieży bałuckiej, o rozdzielonym rodzeństwie, o przekrętach sms-owych, o honorowych zabójstwach w Turcji, o 5 stolicach w 5 dni itd. Jak widać, rozpiętość tematów ogromna.
Uwagę zwracają także świetnie napisane, zabawne biogramy, pojawiające się po każdym tekście. Autorzy pokazywani są z troszkę innej strony, niż jest to czynione standardowo, warto więc zagłębić się i w te często pomijane i traktowane po macoszemu informacje.

"Made in Poland" to obowiązkowa pozycja dla każdego miłośnika reportażu. Świetnie wydany zbiór, zawierający dwadzieścia pięć bardzo dobrych tekstów, z pewnością zadowoli najbardziej wymagającego czytelnika.

"Bo obowiązkiem reportera i jego przywilejem jest zatrzymać się i zobaczyć sprawę w dużym zbliżeniu. W reporterskim zdaniu widać świat w soczewce. Wszystko nabiera wtedy sensu. To przywilej, który wyróżnia reportaż spośród gatunków dziennikarstwa i pozwala temu wynalazkowi sprzed prawie stu lat (umówmy się, że liczymy od Egona E. Kischa) trwać i konkurować dziś z nowoczesnymi, szybkimi mediami. Reporter, a z nim czytelnik, kolejny raz przekonują się, że jest ciekawiej, niż myślisz" (Włodzimierz Nowak)

czwartek, 25 lipca 2013

Lidia Ostałowska "Bolało jeszcze bardziej"


„Są takie miejsca na każdej mapie. Nie znajdę tu szczęścia nie szukam zwady…” K. Grabowski
O czym może być reportaż? Chyba o wszystkim, ale mam wrażenie, że jest w ten gatunek wpisane też pewne szczególne posłannictwo, które wyraża się w uważanym patrzeniu pod stopy, w zaglądaniu w cuchnące zakamarki, w buszowaniu po śmietnikach życia. Tam gdzie nie trafia światło kamery. Nie dlatego, że trudno tam dotrzeć. Ale dlatego, że przywykliśmy odwracać wzrok. Nikt przy zdrowych zmysłach nie pochyla się z ciekawości nad zbiorowym grobem pomordowanych w bałkańskiej rzezi, nie spędza wakacji w Rwandzie na rozmowach z ofiarami gwałtów. Chyba, że jest reporterem. Chyba, że m u s i opowiadać. Więc potem dostajemy zwój historii do zjedzenia, ale – umówmy się – nie jest to lekkostrawna potrawa. Reportaż ma jeszcze jedną cechę wyróżniającą. Opowiada o nieznanym. O odległych krainach. Takie są właśnie „polskie opowieści” Lidii Ostałowskiej, drukowane w Gazecie Wyborczej od początku lat dziewięćdziesiątych – wybrane, zebrane i wydane teraz przez Czarne pod znamiennym tytułem „Bolało jeszcze bardziej”. Nieznane krainy w Polsce? A tak, bo są światy, o których wielu nie ma pojęcia. Lokatorzy z pobliskiego bloku rotacyjnego mogą okazać się bardziej odlegli niż mieszkańcy Subsaharyjskiej Afryki. Albo jest to pojęcie ostre, płynące z doświadczenia i czytając ktoś odnajduje się w jednej z historii. Bo Polska B i C – zdaje się mówić Ostałowska – to nie jest Polska marginalna. To przemilczany rewers rzeczywistości.
Autorka zabiera nas w podróż w czasie i przestrzeni. Zaczynamy na północy kraju w roku 1997. Przerośl Gołdapska, biedne popegeerowskie bloki. Zmaganie z materią życia, zapijanie rozpadu? Jednak coś więcej. Mikrokosmos społeczności.
Przekładamy stronę i jesteśmy w centrum Polski. Bałuty, Łódź, rok 2002. Czas, w którym święci triumfy subkultura hiphopowa, dyżurny temat to problemy z „przegraną” młodzieżą wielkich blokowisk. Jednym z bohaterów reportażu jest Kochan. Słucham jak opowiada o krojeniu sklepów, o życiu na jego Bałutach, o beznadziei.  Dygresja: 20 lipca 2013 roku będzie razem z Ostrym śpiewał dla tłumów na Męskim Graniu w Chorzowie – jednym z najbardziej prestiżowych koncertów w Polsce.
Historia trzecia zaczyna się właśnie na Śląsku. A w zasadzie zaczyna i kończy. To tu w ostatnich dniach grudnia 2000 roku skupiła się uwaga mediów. Tragiczną śmiercią zginął wtedy Magik, którego dziś nikomu przedstawiać nie trzeba. Teraz, gdy film „Jesteś Bogiem” wyświetlany w kinach od morza aż do Tatr oglądał niemal każdy, wydawać by się mogło, że reportaż Ostałowskiej pokryła patyna. Nic bardziej mylnego. To oszczędny, treściwy zapis stanu Paktofoniki zaraz po. Jeszcze nieprzegadany, nieprzegryziony dramat.
Rok 2005, Warszawa. Historia trzech przyjaciół dorastających w biedzie. Piękna historia o szlachetności, odwadze, o pokonywaniu przeciwności. I dobrze, bo zaraz potem dostajemy obuchem w łeb. Budzimy się cztery lata wcześniej we Wrotnowie pod Siedlcami. W tytułowym worku policja znajduje zabite niemowlęta. Jeśli ktoś nie wierzył w „Dom zły” Smarzowskiego może go sobie pooglądać raz jeszcze od środka.
Wystarczy. Nie chcę odbierać Wam przyjemności (sic!) czytania. Podróż po opłotkach Polski kończy się na Podkarpaciu. Potem Ostałowska pakuje manatki i wraca do początków swej reporterskiej przygody. Na koniec dobrze jest przez chwilę posiedzieć razem z nią tam, gdzie każdy z nas będzie miał ostatni przystanek. Dobrze popatrzeć jak Pani Wera na Powązkach niezłomnie porządkuje świat.

Autor recenzji: Alen Sierżęga

wtorek, 7 maja 2013

Maciej Wasielewski "Jutro przypłynie królowa"




Pozycja Macieja Wasielewskiego zaintrygowała mnie już w momencie pojawienia się w zapowiedziach wydawnictwa Czarne, za sprawą tajemniczego i wiele obiecującego opisu. Mała, zagubiona na Oceanie Spokojnym wyspa, którą zamieszkuje zaledwie garstka ludzi, musiała kryć w sobie jakąś tajemnicę, skoro rzeczą niebywale skomplikowaną było dostanie się na nią. Autor udając zainteresowanie antropologią i twierdząc, że jest badaczem sag żeglarskich dostaje pozwolenie na zejście na ląd i tak zaczyna się ta pełna grozy opowieść zaserwowana na kartach reportażu "Jutro przypłynie królowa"...

Pitcairn to wyspa leżąca na południowy wschód od Londynu oddalona od niego o piętnaście tysięcy kilometrów, stanowiąca terytorium zamorskie Wielkiej Brytanii. Zamieszkuje ją obecnie niecałe sześćdziesiąt osób. Pierwsi osadnicy pojawili się w 1970 roku, kiedy to na jej ląd zeszło dziewięciu angielskich buntowników z okrętu Bounty wraz z pojmanymi wcześniej Tahitańczykami.

Wasielewski mieszka na wyspie, rozmawia z wyspiarzami i powoli odkrywa jakie relacje łączą ludzi i jak skomplikowane więzi nie pozwalają poszczególnym jednostkom sprzeciwić się straszliwemu złu jakie spotkało tę na pierwszy rzut oka bajkową krainę.
"Na Pitcairn każda relacja międzyludzka opiera się na długu wdzięczności. Wyspiarze pilnują wprawdzie by nie stawać się dłużnikami, ale prędzej czy później każdy każdemu jest coś winien. Przysługa jest walutą cenniejszą od dolara, dlatego nienawidzący ciebie kuzyn skoczy do oceanu, żeby cię uratować. Wie, że kiedyś odbierze swój dług.

Kto oddał więcej przysług, ten stoi wyżej we wspólnotowej hierarchii. Kto zaciągał długi u wszystkich, ten nikomu nie może odmówić."
"Wspólnota jest najważniejsza. Człowiek rodzi się i umiera, a wspólnota trwa..."
Już pierwsze strony książki zdradzają czym jest tajemnica wyspy i jej mieszkańców...
"Tamtego dnia poszła na łąkę. Zrywała kwiaty, układała bukiety. Dwa zdążyła. Trzeciego nie. Podjechał na motorze. Trzeci upuściła. 

To było dwadzieścia lat temu, przed pierwszą menstruacją. Kilka lat później uciekła z wyspy. Do walizki spakowała fotografię ślubną rodziców.

Na potrzeby książki wymyśliła imię Veronika. Ona jedna zdecydowała się ze mną rozmawiać. Wspólnie ustaliliśmy  że tymi zdaniami jej nie zdradzę. Wszystkie zbierały kwiaty i bały się warkotu motorów."
Wasielewski stworzył reportaż skonstruowany niczym najlepsza powieść grozy. Najpierw w niebywałym napięciu, w aurze tajemniczości i strachu, oczekujemy na "to coś", a kiedy już to otrzymujemy, czujemy się jakby ktoś napluł nam w twarz i zdzielił pięścią. Długo po lekturze nie możemy się pozbierać. Leżymy więc powaleni na deski i zastanawiamy nad wielkim okrucieństwem jakie spotkało dzieci, a od którego wszyscy dorośli odwracali wzrok, bądź też sami w nim uczestniczyli. 

Nie chcąc zdradzać więcej szczegółów, napiszę więc tylko, że warto sięgnąć, bo to chyba najlepszy reportaż jaki dane mi było czytać ostatnimi laty. A Maciej Wasielewski, współautor zbioru reportaży "81:1. Opowieści z Wysp Owczych" objawia mi się jako niezwykły talent, którego kolejnych tekstów wypatrywać będę z wielka niecierpliwością.

niedziela, 7 kwietnia 2013

Swietłana Aleksijewicz "Ostatni świadkowie. Utwory solowe na głos dziecięcy"


Dzieciństwo to czas, kiedy kształtuje się charakter i osobowość młodego człowieka, czas beztroskiej zabawy i radości. Jakże więc ma się odnaleźć dziecko w czasie wojennej zawieruchy? Jak dorastać widząc rzeczy nieprzeznaczone dla oczu małoletniej istoty? Wojna to "zabawa" dorosłych, w której największą traumę i najwięcej cierpienia spotyka dzieci.
Białoruska pisarka i dziennikarka po raz kolejny oddaje głos ludziom. Odnajduje, pozwala mówić, słucha i spisuje. Tym razem jej bohaterami stają się kobiety i mężczyźni, których dzieciństwo przypadło na ciężki i okrutny czas wojny. Osoby, z którymi rozmawia Aleksijewicz, dorastały w czasie zbrojnego konfliktu, często przeżyły głód, widziały śmierć swoich bliskich, czy też doznały uszczerbku na zdrowiu. Mimo, że niektóre, miały zaledwie kilka lat, pamiętają wydarzenia, których dziecko nie powinno być świadkiem. Ich obraz towarzyszy im przez całe życie.
"Nieprędko skończyła się wojna... Ludzie myślą: cztery lata. Przez cztery lata to ludzie strzelali... A przez ile o niej zapominali?"
Pamięć dziecka zaskakuje. Po raz kolejny zadziwiło mnie to, że człowiek, nawet kilkuletni, w ekstremalnych sytuacjach zapamiętuje szczegóły takie jak zapach, pogoda, czy inne drobnostki. I mimo, że często staje się świadkiem brutalnych zdarzeń, widzi rzeczy dla dziecięcych oczu nieprzeznaczone, przeżywa wydarzenia, które wydawać by się mogło powinny załamać końca życia, zapamiętuje właśnie takie szczegóły.
Aleksijewicz, poprzez indywidualne obrazy, tworzy przerażający obraz wojny, widziany oczami milionów dzieci. Wszystkie opowieści mają wspólny mianownik... Ból, cierpienie, stratę, głód. 
W czasie wojny, nie ma miejsca na dzieciństwo. Chłopcy i dziewczynki musieli dojrzeć, często chwycić za broń i robić rzeczy, o których dziecko nie powinno mieć pojęcia.
"Czytać umiełem, ale pisać nie. Wezwano mnie do tablicy, trzeba było napisać słowo z literą "u". Stałem i z przerażeniem uświadomiłem sobie, że nie wiem jak się pisze "u". A już umiałem strzelać... Dobrze strzelałem..."
"Przed wojną lubiłam, jak tato opowiadał bajki, znał ich wiele i umiał opowiadać. Po wojnie już nie chciałam czytać bajek..."
"Wojna to był mój podręcznik historii. Moja samotność... Zgubiłem porę dzieciństwa, wypadło z mojego życia. Jestem człowiekiem bez dzieciństwa, zamiast niego miałem wojnę."
"Czy my naprawdę byliśmy dziećmi? Nie, byliśmy mężczyznami i kobietami..."
 "Ostatni świadkowie" nie mają siły rażenia poprzedniego zbioru autorki "Czarnobylskiej modlitwy", są jednak świetnym świadectwem okrucieństwa i doskonałym obrazem cierpienia ogromnej liczby radzieckich dzieci pozbawionych szansy na normalne dorastanie. Zginęło ich miliony, a miliony które przeżyły, jeszcze przez wiele lat zmagało się z pamięcią o wojnie... Dzieci widzą świat zupełnie inaczej niż człowiek dorosły i jeszcze bardziej uderza w ich opowieściach niezrozumienie dla zbrojnych działań i zabijania. I mimo iż opowiadają jako dorośli ludzie w ich głosach słychać dziecięcą niewinność.

Zostało coraz mniej uczestników niebywałego okrucieństwa tamtych czasów, a Ci którzy jeszcze żyją, byli wtedy dziećmi. Są więc ostatnimi świadkami... Czytajmy więc ich spowiedź...

"Potem zabrakło... Najpierw naszej niesamowitej mamy, a po niej taty. Zrozumiałyśmy, od razu to poczułyśmy, że jesteśmy ostatnie. Z tamtej linii... Z tamtego brzegu... Jesteśmy ostatnimi świadkami. Nasz czas się kończy. Powinnyśmy mówić.
Pomyślałyśmy, że nasze słowa będą ostatnie.."
Sięgając po reportaże Swietłany Aleksijewicz mam pewność, że otrzymam lekturę z najwyższej półki. I tym razem białoruska pisarka nie zawodzi, a "Ostatni świadkowie. Utwory solowe na głos dziecięcy" dowodzą, że jest jedną z najlepszych reporterek naszych czasów... Warto sięgnąć po ten, jak i poprzednie tytuły autorki.

sobota, 29 września 2012

Swietłana Aleksijewicz "Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości"



Sięgając po "Czarnobylską modlitwę" autorstwa Swietłany Aleksijewicz wiedziałam, że czeka mnie spotkanie z literaturą z najwyższej półki, wymagającą od swojego czytelnika maksimum skupienia. Nie wiem, czy pisząc ten tekst, jestem w stanie chociaż minimum emocji zawartych w lekturze oddać. Podobnie jak w przypadku książki "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" tak i teraz mam duży problem aby ubrać w słowa to, co przebiega przez moją głowę. Jak widać, najtrudniej pisze się o książkach wybitnych.

Podobnie jak w przypadku wspomnianej przeze mnie wyżej książki, tak i tutaj autorka głos oddaje ludziom, nie komentuje, nie ocenia, po prostu pozwala mówić. "Czarnobylska modlitwa" rozpoczyna się naprawdę mocnym akcentem, zresztą podobnym się kończy. Tak więc już od pierwszych stron otrzymujemy historię, która wzrusza, przeraża, wykańcza emocjonalnie. Żona strażaka, który jako jeden z pierwszych trafia do Czarnobyla, aby gasić pożar, opowiada nam o swojej wielkiej miłości. Tak wielkiej, że nie przeraziło jej rozpadające się ciało męża, czy też zagrożenie jakie wiązało się z jego napromieniowaniem. Od łóżka ukochanego nie odciągnęło jej nawet to, że była już w dość zaawansowanej ciąży. Podobnie jest w przypadku żony likwidatora. Jej historia zamyka książkę i pokazuje równie wielką siłę miłości, która nie jest w stanie zlęknąć się niczego.

Z potoku ludzkich głosów, wyłowić można żal i niezrozumienie, które towarzyszy wielu ofiarom katastrofy w Czarnobylu. Ukazuje nam się obraz ludzi, którzy całą mocą wierzyli w państwo i władzę, którzy dla ojczyzny byli w stanie ponieść największą ofiarę - własne życie. Z kolei to państwo i ta władza, wysłała swoich obywateli na pewną śmierć, okłamywała, utajniała, zamiast pomóc tym, którzy ślepo wierzyli. Świetnie ukazany jest w ten sposób obraz człowieka radzieckiego. Widać też różnicę w myśleniu ludzi przed i po Czarnobylu...

Autorka dużą część publikacji poświęca dzieciom, które po katastrofie zmieniły się nie do poznania...
"Kiedy te dzieci postoją na apelu kwadrans, czy dwadzieścia minut, to mdleją, krew leci im z nosa. Nie sposób ich zadziwić, ale też ucieszyć. Zawsze są senne, zmęczone. Mają blade, szare twarze. Nie bawią się, nie wygłupiają." (Nauczycielka Nina Konstantinowna)

Zwierzęta również mają swój głos w tej publikacji. Jak wiadomo, ludzi ze skażonych terenów ewakuowano, a przydomowa trzódka została w gospodarstwach. Większość odstrzelono, tworząc prawdziwe cmentarzyska zwierząt, pozostałe dziczały i zapominały o istnieniu człowieka. Ich los napawa równie wielkim smutkiem, jak opuszczone domostwa, które wyglądają jakby człowiek miał zaraz do nich powrócić.

Mistrzyni reportażu po raz kolejny przekazała w nasze ręce książkę kompletną, wybitną. Aleksijewicz wielokrotnie wybierała się do strefy, rozmawiała z setkami ludzi, a sama książka powstawała przez niemal 20 lat. "Czarnobylska modlitwa" to obraz miłości między ludźmi, ale też przywiązania do ziemi i bezgranicznego zaufania do państwa. Historie zawarte w książce bazują na przeszłości, ale tak naprawdę ludzie próbują ułożyć sobie przyszłość. Przyszłość naznaczoną atomem i śmiercią.

Pozycja którą trzeba przeczytać!

środa, 21 marca 2012

Mariusz Zawadzki "Nowy wspaniały Irak"

Mariusz Zawadzki w latach 2003-2009 wielokrotnie odwiedzał ogarnięty wojną i wewnętrznymi konfliktami Irak. Dziennikarz Gazety Wyborczej w swojej książce „Nowy wspaniały Irak” próbuje przybliżyć nam kraj, wraz z jego trudną historią i niebezpieczną wojenną codziennością. A robi to w sposób fenomenalny, wciągający i tak naturalny, że czytelnik ani przez moment się nie nudzi przy lekturze książki.
„Na świecie nie ma chyba drugiego takiego kraju. Tylko tutaj panuje niesłychana, duszna atmosfera nieufności, niejasności i niedopowiedzeń. Nigdzie nie jesteś pewien z kim naprawdę rozmawiasz. Każdego mimowolnie podejrzewasz, że może być agentem tajnej milicji Asajisz. Albo irańskim szpiegiem. Albo tureckim. Albo irackim. Albo pracuje dla kilku wywiadów naraz? Tutaj naprawdę wszystko jest możliwe. Jednocześnie wyczuwasz, że wszyscy snują podobne domysły na twój temat” (str. 222)

Przygoda Zawadzkiego z Irakiem zaczyna się w momencie, kiedy Bagdad jest jeszcze tętniącą życiem i hałaśliwą metropolią, która jeszcze nie spodziewa się jak potoczą się jej losy. Autor, pierwszy raz widzi na oczy kałasznikowa, co jest biorąc pod uwagę miejsce w jakie trafił wręcz zabawne. Jeszcze niczym dziecko we mgle, ale z pomocą niezawodnego tłumacza Dżamala, powoli zapoznaje się z miejscem do którego będzie jeszcze nie raz wracać.

Już pierwsze dziennikarskie doświadczenie, jakie przeprowadza reporter bawi i przeraża jednocześnie. Otóż postanawia on sprawdzić jak łatwo można dostać broń, rozkradzioną wcześniej z baz wojskowych i zakupuje… rakietę ziemia-powietrze. Oczywiście jako niedoświadczony i nieobyty z bronią zostaje oszukany i zamiast rakiety otrzymuje przeciwczołgowy Milan.

Zawadzki w przeciwieństwie do swoich wielu zachodnich kolegów, z wielkimi budżetami nie siedział w hotelu i nie przetwarzał informacji dostarczonych przez ludzi opłaconych w tym celu. Poruszał się wśród zwykłych Irakijczyków, spotykał z ludźmi, którzy mieli wpływ na losy Iraku, rozmawiał z wieloma amerykańskimi żołnierzami, przedostał się nawet w góry do partyzantów w poszukiwaniu romantycznych bojowniczek o wolność. Początkowo uprawia dziennikarstwo jedynie z pomocą tłumacza, z czasem stawia na embedded journalism, czyli w kasku i kamizelce kuloodpornej przemieszcza się wraz z żołnierzami.

Co ciekawe, nie zdawałam sobie wcześniej sprawy z tego, jak bardzo różnią się działania Amerykanów i Brytyjczyków w Iraku, co świetnie widać na przykładzie Bagdadu i Basry. Pozostałością po czasach Winstona Churchilla jest oszczędność. Brytyjczycy nie wychodzą poza teren szczelnie zamkniętej bazy i nie sposób się też dostać do środka, nawet jeżeli jest się dziennikarzem z Polski w potrzebie. To samo tyczy się konsulatu i innych instytucji. Żołnierze są, ale ich nie widać, a na ulicach panuje Armia Mahdiego. Zupełnie inaczej niż w Bagdadzie, gdzie Amerykanie poświęcają masę energii i sił, chociaż z reguły nieskutecznie.

„Nagle zatęskniłem za Bagdadem. Wprawdzie tam codziennie wybuchały bomby a sunnici porywali i obcinali głowy, ale przynajmniej można było liczyć na Amerykanów. Ich naprawdę obchodziło, co dzieje się poza bazami.” (str. 134)

„Nowy wspaniały Irak” w żaden sposób nie gloryfikuje poczynań Amerykanów, wręcz przeciwnie, dziennikarz sceptycznie i z pewną dozą ironii udowadnia jak często niepraktyczne i nieskuteczne są działania armii, która na siłę próbuje wprowadzić demokrację „po swojemu”.

”Demokracja, która z reguły sprawdza się w Europie i Ameryce w Iraku doprowadziła do wojny domowej.” (str. 83)

Książka z pewnością przybliży każdemu Irak, relacje między Szyitami i Sunnitami. Wytłumaczy skąd wzięła się wielka miłość irackich Kurdów do Amerykanów. Dostarczy nam też wielu różnych emocji takich jak strach czy żal, ale również miejscami rozbawi. Tylko będzie to śmiech, który szybko przygasa, przyćmiony ogromem zniszczeń i ilością zabitych ludzi. Myślę, że warto zapoznać się ze świetną pozycją Mariusza Zawadzkiego, który Irak poznał od podszewki i właśnie od tej podszewki próbuje nam go pokazać. I chociaż czasami jego poczynania wydawały mi się wręcza samobójczymi misjami, jestem pełna podziwu dla sprytu i pomysłowości jakimi się wykazywał, na terenie bądź co bądź na początku mu nieznanym, a z pewnością bardzo niebezpiecznym, szczególnie dla obcokrajowców, których porwania były na porządku dziennym

„Nowy wspaniały Irak” mimo trudnej tematyki czyta się jak najlepszą powieść, tylko tutaj historię pisało życie. A historia ta pełna jest śmierci i codzienności wypełnionej strachem potęgowanym przez odgłosy wystrzałów i wybuchów.

Jest to jeden z lepszych reportaży jakie ostatnimi czasy czytałam, polecam więc gorąco!

sobota, 21 stycznia 2012

Jacek Hugo-Bader "Dzienniki kołymskie"

„Dzienniki Kołymskie” to relacja z podróży Jacka Hugo-Badera, która rozpoczyna się w Magadanie, ciągnie przez cały Trakt kołymski, aż do Jakucka. Razem jest to 2025 kilometrów, które reporter pokonuje głównie z pomocą przygodnie spotkanych kierowców i ich solidnych kamazów, Uralów czy Krazów.

„Starzy ludzie mówią, że ta droga to najdłuższy cmentarz świata. Policzyłem, że gdyby wszystkie ofiary kołymskich łagrów epoko Stalina położyć jedna za drugą, toby się na niej nie zmieściły” (str. 18)

Trakt kołymski również w sensie dosłownym jest cmentarzem, ponieważ więźniowie umierali licznie przy jego budowie, a ciała zakopywano pod powierzchnią. Łącznie w łagrach życie straciło grubo ponad 2 miliony ludzi, a ich liczba z racji niekompletnych archiwów to dziś nie jest znana. Hugo-Bader w planie miał unikania martyrologii, nieszczęścia i śmierci, ale czy w takim miejscu, gdzie historia naznaczyła wiele pokoleń do przodu jest to w ogóle możliwe?Jak się okazuje niemal każdy mieszkaniec Kołymy, którego spotyka autor, ma jakąś przeszłość związaną z łagrami i radzieckimi represjami.

Kołyma – Złote serce Rosji słynie głównie z rozlicznych żył złota i dużego wydobycia tego kruszcu. Dzięki autorowi możemy poznać kulisy życia poszukiwaczy złota, które wcale takie „złote” i piękne nie są. Praca ciężka, a po obliczeniach reportera okazuje się, że wcale nie da się zbić na niej kokosów. Poszukiwacze to oczywiście nie jedyni bohaterowie Hugo-Badera. Niedostępny i zimny obszar Rosji poznajemy przez pryzmat różnych ludzkich historii. A że autor ma dużo reporterskiego szczęścia, to możemy zjeść kolację z kołymskim oligarchą Aleksandrem Basanskim, poznać przyszłość dzięki sławnej szamance Edij Dorze, czy też wysłuchać historii najprawdziwszej rosyjskiej arystokratki. A to tylko kropla w morzu ludzkich historii jakie znajdziemy w „Dziennikach kołymskich”. Dzięki tym opowieściom, możemy sobie stworzyć w wyobraźni obraz współczesnej Kołymy, bez łagrów, za to ze złą polityką, wymierającymi miasteczkami i wsiami oraz dużym bezrobociem.

Książka podzielona jest jakby na dwie części, których poszczególne rozdziały przeplatają się wzajemnie. Każdy kolejny etap Trasy kołymskiej poprzedzony jest pamiętnikiem autora, który skupia się na sprawach całkiem zwyczajnych, takich jak choćby brak możliwości ogolenia się i umycia. Poznajemy też jego rozterki i wątpliwości związane z podróżą i poszczególnymi jej etapami. Po pamiętniku przychodzi czas na rozmowy z ludźmi i ich niezwykle życiowe historie czy zajęcia.

Jacek Hugo-Bader jest dla mnie mistrzem reportażu, ponieważ potrafi bez większego wysiłku oddać emocje bohaterów i zawładnąć przy tym umysłami i wyobraźnią czytelników. Ja po prostu czułam jakbym wraz z nim pokonała każdy kilometr Traktu kołymskiego. Poznałam życie w krainie naznaczonej śmiercią i ludzi ją zamieszkujących. Język jakiego używa Hugo-Bader jest może „prosty” i mało literacki, ale świetnie oddaje atmosferę reporterskiej podróży po Kołymie. Na każdej stronie czuć entuzjazm i wielką radość autora, jaką daje mu pokonanie kolejnych kilometrów Traktu i możliwość spotkania z ludźmi. I właśnie ten entuzjazm i radość i Hugo-Badera uwielbiam.

Po lekturze „Dzienników kołymskich” nabrałam też wielkiej ochoty na twórczość Warłama Szałamowa, którego niejako śladem wędrował reporter, a który był więźniem i autorem wielu opowieści o tematyce łagrowej, a także Aleksandra Sołżenicyna i Anne Appelbaum, na których autor często się powołuje w czasie swojej wędrówki.

Nie potrafię znaleźć żadnej wady „Dzienników kołymskich” i nie wynika to wcale z mojej czytelniczej miłości jaką obdarzyłam autora już dawno, dawno temu. Obiektywnie ten reportaż jest mistrzowski i polecam go wszystkim miłośnikom gatunku. Zresztą... Jacek Hugo-Bader to marka z najwyższej półki i myślę, że namawiać długo do lektury „Dzienników kołymskich” nie muszę. Dodam tylko, że jest to czytelnicza uczta...

Polecam więc gorąco!

niedziela, 13 listopada 2011

Suketu Mehta "Maximum City. Bombaj"

Bombaj to miasto zamieszkane przez prawie 17 milionów ludzi, a w którym ciągle przybywa mieszkańców, głównie z wiosek, którzy liczą na to, że powiedzie im się w wielkim mieście. Przewiduje się, że do 2015 roku liczba wzrośnie do 23 milionów! Miasto wyrzutków, brudu i biedy, gdzie dla kontrastu obok slumsów pojawiają się nowoczesne budynki, a po drogach, których tak naprawdę nie ma, jeżdżą drogie samochody. Suketu Mehta spędził dzieciństwo w Bombaju, skąd później wyjechał na prawie dwadzieścia lat do Nowego Jorku. W jego sercu pozostała jednak tęsknota za krainą dzieciństwa i stąd wzięła się decyzja o powrocie i wychowaniu dzieci w indyjskiej kulturze. Jednak już pierwsza konfrontacja z nowym Mumbajem odsuwa w niepamięć obrazy z młodości. Schizofreniczne miasto, gdzie na każdym kroku napotyka się problemy takie jak brak bieżącej wody, brak elektryczności, niemożność załatwienia czegokolwiek bez ogromnych pokładów cierpliwości, szybko zniechęca i zaczyna drażnić nawet najbardziej wytrwałych.

Mehta stworzył doskonały reportaż, w którym przez pryzmat własnych doświadczeń, ale też poprzez głosy i opowieści ludzi znajdujących się na skrajnych końcach drabiny społecznej, stara się pokazać zawiłości i reguły rządzące wielomilionową metropolią w której się wychował.
Pisarz oddaje więc głos tancerkom z nocnych klubów - Monalisie i Honey, rozmawia z płatnymi zabójcami pracującymi często na zlecenia mafii, pokazuje kulisy powstawania filmów Bollywood, jakże ważnych dla współczesnych mieszkańców Indii. Dzięki autorowi zaglądamy do slumsów, czujemy bród i smród, widzimy nędzę i przeludnienie. Mehta daje nam możliwość "zobaczenia" i przede wszystkim odczucia wielu ludzkich emocji oraz wysłuchania niezliczonej ilości historii, co daje nam pełny obraz miasta, które jest tworzone właśnie przez takie opowieści.

To co charakterystyczne dla "Maximum City. Bombaj" to niezwykły naturalizm. Czytając czujemy autentyczny strach, obrzydzenie, nienawiść, bezsilność czy też sympatię i współczucie dla spotykanych ludzi. Autor nie oszczędza miasta swojego dzieciństwa. Dużą część poświęca kulisom życia politycznego, wszechobecnej korupcji, zakłamaniu, niewłaściwej polityce mieszkaniowej i wielu, wielu innym problemom, które po głębszym zastanowieniu mogą przypominać problemy naszej demokracji. Pisarz nie koloryzuje i nie usprawiedliwia, z uporem i konsekwencją wskazuje problemy pożerające metropolię, w której dane mu było dorastać, a która toczy się ku upadkowi za sprawą złego rządzenia oraz braku kompetencji ludzi na najwyższych szczeblach władzy.

Pozycja Suketu Mehty, to książka obowiązkowa dla każdego, kogo fascynują współczesne Indie, niekoniecznie te tętniące feerią barw i przyciągające egzotyką. Bombaj zarzuca nas kontrastującymi ze sobą obrazami, które autor, wnikliwy obserwator i uczestnik, podaje nam w formie najwyższej jakości książki - reportażu, wobec której nie można przejść obojętnie.
"Bombaj składa się zarówno z pięknych jak i ohydnych części, które walczą na śmierć i życie o każdy metr ziemi." (str. 159)

"Maximum City. Bombaj" to jedna z tych pozycji, do których z pewnością powrócę i po które warto sięgać wielokrotnie, ponieważ prawdopodobnie za każdym razem odkryjemy coś nowego, co mogło nam umknąć przy wcześniejszej lekturze. Polecam gorąco!

Wydawnictwo: Namas Stron: 637



niedziela, 16 października 2011

Red. Krzysztof Tomasik "Mulat w pegeerze"


Czas PRL-u jawi nam się zazwyczaj dwojako. Jako czas absurdów, kolejek i kartek, braku papieru toaletowego, albo bardziej politycznie, jako okres w którym królowała milicja, ZOMO, cenzura i przede wszystkim reżim. Jednak mimo tych złych aspektów, lata PRL-u to dla wielu ludzi najlepsze chwile w życiu, do których wracają z tęsknotą i sentymentem. Jak we wstępie podkreśla redaktor książki Krzysztof Tomasik, były to również najlepsze lata dla książki, prasy czy też muzyki. Jest więc za czym tęsknić...

"Mulat w pegeerze" w zasadzie omija te "typowe" dla PRL-u tematy. Tylko drobiazgi przypominają nam o tym, że "akcja" dzieje się w zupełnie innym systemie. Tu i ówdzie pojawią się kartki, czasami w tle zamajaczy pegeer, ale historie zawarte w tomie równie dobrze mogłyby wydarzyć się dzisiaj. Często zapominamy, że wtedy życie toczyło się tak samo, a ludzie stawali przed dylematami, mieli problemy i rozterki z którymi musieli sobie radzić. Jak dziś, tak i w PRL-u była zawiść, nietolerancja, nienawiść i wiele, wiele innych emocji z którymi brykali się ludzie w ciągu swojego dnia codziennego.

"Mulat w pegeerze" to zbiór dziesięciu reportaży, które ukazywały się od 1976 roku, w bardzo popularnej serii "Ekspresu Reporterów". Dziesięć tematów, dziesięć różnych historii i problemów. Staruszka przemierzająca kilkanaście razy ocean z powodu tęsknoty za ojczyzną, naturyści wypędzeni z plaży w Chałupach, młodziutkie prostytutki uznające swój zawód za idealny sposób na szybkie pieniądze i dostatnie życie, rodziny, którym podmieniono dzieci w szpitalu, samotne kobiety i mężczyźni korzystający z biur matrymonialnych, czy też ojciec z konkubiną, którzy zakatowali małego chłopczyka, to tylko niektórzy bohaterowie reportaży zawartych w tym tomie. Pojawiają się też postacie, których nigdy w życiu nie skojarzylibyśmy z PRL-em - mężczyzna, który psychicznie czuje się kobietą, jednak nijak nie może przekonać lekarzy i bliskich do tego, że kobietą powinien zostać, czy też tytułowy Mulat - chłopiec spłodzony w czasie krótkiej przygody z czarnoskórym mężczyzną, odrzucony przez młodą i nieprzygotowaną na taką odpowiedzialność matkę.

Opisywana pozycja, pokazuje nam PRL jakiego nie znamy, albo do jakiego nie jesteśmy przyzwyczajeni. Bo w końcu między absurdami, które dziś bawią do łez, było normalne życie, często szare i bezbarwne, nierzadko przeplecione problemami. Warto więc sięgnąć po "Mulata w pegeerze", przeczytać reportaże na najwyższym poziomie, interesujące, intrygujące i często zadziwiające i jednocześnie za sprawą lektury stworzyć sobie nowy obraz tamtych czasów.

Polecam!

Wydawnictwo Krytyki Politycznej Stron: 467

czwartek, 6 października 2011

Paweł Skawiński "Gdy nie nadejdzie jutro"


Indie, po moich doświadczeniach z literaturą podróżniczą, jawią mi się jako kolorowa kraina z kobietami ubranymi w sari i mężczyznami żującymi betel. Nawet jeśli pojawiały się slamsy, brud i bieda, to stanowiły raczej element oryginalnego i niepowtarzalnego krajobrazu, bez którego kraj nie byłyby tak ciekawym miejscem dla podróżnika.

Ale ta część Azji tylko z pozoru jest pociągająca i kolorowa. Jeżeli ktoś osiądzie na dłużej, z pewnością dojrzy ogrom problemów, które zagrażają demokracji, a przede wszystkim uderzają w najbiedniejszych, którym często na przeżycie musi wystarczyć kilka rupii dziennie (w przeliczeniu na złotówki...1,2!)

Zbiór reportaży "Gdy nie nadejdzie jutro" to świetny obraz ukazujący to, co w Indiach szwankuje. Już w pierwszym z reportaży poznajemy kulisy, częstego wśród ludzi z prowincji, oddawania córek do pracy w wielkim mieście. Gdzie trafiają? Nie jest żadną tajemnicą, że do domów publicznych. Dziewczynki w wieku ok 12-14 lat (popularne są dziewice, z którymi stosunek ma leczyć z chorób wenerycznych (?)), za głodową porcję jedzenia robią rzeczy, których nie jesteśmy sobie w stanie nawet wyobrazić. Reportaż zapada w pamięć, porusza wrażliwe struny, a jego ostatnie zdanie wzrusza do łez.
A to tylko jeden z dziesięciu! Odwiedzamy slamsy, poznajemy kulisy konfliktu o Kaszmir i czujemy bezsilność wobec działania władz, policji i wojska, które nijak dbają o interesy jednostki.
Ale w całym tym brudzie i ubóstwie jest coś pozytywnego. Ludzie, którzy mimo wielu przeciwności losu, dążą do zmiany tego co złe. Poprzez różne działania, programy, manifestacje starają się zmieniać mentalność mieszkańców. Uświadamiać im ich wartość i możliwości.

Autor wiele czasu spędza na kontynencie azjatyckim i da się wyczuć jego fascynację i zadomowienie. Jednocześnie bardzo trafnie wskazuje problemy jakie zżerają kraj i poprzez pryzmat działań pasjonatów i aktywistów wskazuje sposoby ich rozwiązania. Prawdopodobnie jeszcze wiele wody w Gangesie upłynie, zanim coś się zmieni, ale są ludzie, którzy poprzez swoje działania czynią wiele dobrego.

Ubolewałam, że zdjęcia w książce nie są kolorowe, ale po głębszym zastanowieniu doszłam do wniosku, że czarno białe znakomicie oddają to co autor chce przekazać w swoich reportażach.

Indie mnie fascynują, to jedno z niewielu miejsc, do których rzeczywiście chciałabym pojechać. Dzięki Skawińskiemu poznałam je z tej brzydszej i gorszej strony. Przemoc, nadużycia, korupcja, bieda, to tylko niektóre z problemów pojawiających się na kartach książki. Jednak mimo poznania mankamentów, kraj ten pociąga mnie jeszcze bardziej. Czuję wielki głód wiedzy na jego temat, mam więc nadzieję, że książek takich jak "Gdy nie nadejdzie jutro" pojawi się więcej. Życzę też sobie, aby wyszły spod pióra Pawła Skawińskiego, bo autor niewątpliwie ma duży talent.

Polecam... godna uwagi lektura, poświęcona miejscu, o którym naprawdę nie wiemy wiele...

Wydawnictwo: Dobra Literatura Stron: 218

środa, 21 września 2011

Bartłomiej Kuraś, Paweł Smoleński "Bedzies wisioł za cosik"


Tatry pokochałam całym sercem, uległam ich czarowi, który nie przemija z czasem, a jedynie się wzmacnia. Przynajmniej raz w roku trzeba zameldować się w Białce Tatrzańskiej (najlepiej po sezonie) i pielęgnować miłość do gór. Z racji mojej fascynacji, miejsca jakie pojawiają się w "Bedzies wisioł za cosik" takie jak Jurgów, Poronin, Zakopane, Czarna góra, Biały Dunajec są mi bardzo dobrze znane. No i górale, za sprawą naszej niezawodnej gospodyni jacyś tacy bliscy jak rodzina się wydają. Dlatego z wielką ekscytacją przystąpiłam do lektury książki Bartka Kurasia i Pawła Smoleńskiego, która jest efektem ich dziesięcioletniej pracy reporterskiej i czuję sie w pełni usatysfakcjonowana.

A poruszają w niej tematy trudne dla Podhalan i nieoczywiste. Postacie, jakie pojawiają się w książce i ich życie obrosły w niektórych przypadkach do rangi mitu i cięzko rozdzielić to, co jest prawdą, z tym co zasłyszeniem lub legendą.
Na pierwszy "ogień" autorzy rzucają Józefa Kurasia, legendarnego przywódcę partyzantki, który górali dzieli po dziś dzień. Jedni mają go za bohatera, Janosika i obrońcę uciśnionych, inni za zbója, złodzieja i mordercę. Smoleński i Kuraś obiektywnie pokazują te dwie strony i po żadnej się nie opowiadają. Systematyzują jedynie to co o "Ogniu" wiadomo, a ocenę pozostawiają czytelnikowi. A Kurasia ciężko ocenić, bo też trudno określić, co w opowieściach serwowanych przez dziesiątki lat jest prawdą a co bujdą.
Kolejną charakterystyczną wśród górali postacią był Wacuś Krzeptowski, który z Niemcami kolaborował i przewodniczył idei stworzenia Goralenvolk - samodzielnego państwa góralskiego w ramach III Rzeszy. Jego historia też nie jest do końca jasna i pozostawia czytelnikom pole do popisu. "Książę górali" bo taki nosił przydomek Wacław, miał w rodzinie totalne przeciwieństwo - Józefa Krzeptowskiego, legendarnego "króla tatrzańskich kurierów", który przez góry odbył niezliczoną ilość przepraw, nosząc papiery, meldunki, mikrofilmy. Za swoją działalność został zesłany na Syberię. Człowiek niezwykły, roztaczający urok, któremu nie sposób było się oprzeć, za życia już obrósł w legendę.
Oczywiście pojawia się gros innych interesujących postaci, które górali dzielą lub jednoczą, pokazują charakter regionu i obrazują trudną historię, nie tylko wojenną, ale również powojenną.

Trzech mężczyzn przewija się przez cały zbiór reportaży, które teoretycznie nie są ze sobą powiązane, ale w wielu miejscach splatają się właśnie za sprawą bohaterów.
Kuraś i Smoleński poruszają m. in. temat polsko-słowackich stosunków i trudnej historii jaka łączy dwa narody. Jak się okazuje, często błahostki, po latach urastają do rangi wielkich spraw i niewiele trzeba oliwy aby po raz kolejny rozpalić ogień.

Historia Tatr, zakątka kraju, który od zawsze żył według swojego własnego tradycyjnego biegu, w "Bedzies wisioł za cosik" ukazana jest przez pryzmat charakterystycznych dla tego regiony osób. Autorzy nie bez powodu rozprawiają się z legendami Podhala. Pokazują nam twarze z dwóch stron. Widzimy nie tylko to co czarne i białe, ale również wszelkie odcienie szarości i w naszej ocenie pozostają zachowania i decyzje z jakimi przyszło się mierzyć w czasie trudnych dla całego kraju.

Książkę z całego serca polecam, ponieważ czyta się naprawdę jednym tchem i aż prosi się o więcej. Znalazłyby się wprawdzie nieścisłości (sama nie wychwyciłam, brak mi odpowiedniej wiedzy historycznej, ale poszperałam w internecie), ale tak naprawdę nie wypaczają sensu książki i jej przesłania, a razić mogą co najwyżej zagorzałych historyków. Wśród górali autorzy przysporzyli sobie i zwolenników i przeciwników. Nie wszystkim podobało się odgrzebywanie niewygodnych spraw, ale chyba warto mierzyć się z bolesną, często niejednoznaczną historią.

Kuraś i Smoleński zrobiły piyknom i dobrom robote, przecytać trza!


wydawnictwo: Znak Stron: 235

poniedziałek, 19 września 2011

"Wojny narkotykowe. Doniesienia z pola walki" praca zbiorowa


Jakiś czas temu czytałam książkę Michała Puchalaka "Amsterdam Parano", opowiadającą o ekscesach narkotykowych autora. Byłam wtedy pod wrażeniem tego, że zdecydował się napisać książkę i przede wszystkim ją wydać, bo Polska jest jednak dość konserwatywna, a narkotyki to przecież zło w czystej postaci. Żyjemy w kraju, gdzie za posiadanie nawet znikomej ilości narkotyków można zostać ukaranym przez sąd. Ustawa o przeciwdziałaniu narkomanii, która teoretycznie ma uderzać w osoby rozpowszechniające niedozwolone środki, tak naprawdę skupia się na wszelkich posiadaczach. Stawia na równi użytkowników i dilerów, a przecież nie tędy droga...

Na całym świecie problem stanowi podejście państwa do problemu narkobiznesu. "Wojny narkotykowe" pokazują nam obraz różnych rejonów świata i ich polityki narkotykowej. W Meksyku powszechne jest zabijanie, tłumaczone później posiadaniem i dilowaniem przez denata narkotykami. Nieodpowiednia polityka dała pole nielegalnym działaniom i porachunkom. Ogromny procent osób, które tracą życie, z narkotykami tak naprawdę nie ma nic wspólnego.

Maleńki afrykański kraj Gwinea Bissau, stał się centrum przerzutowym kokainy z Ameryki Łacińskiej do Europy. Jest to jeden z najbiedniejszych krajów świata, gdzie wartość handlu narkotykami jest większa od dochodu narodowego. Mimo to, w kraju pojawiają się wille w stylu hiszpańskim i drogie samochody. Ludzie bogacą się na narkobiznesie i końca wszelkich nielegalnych procederów nie widać, ponieważ niemal każdy jest skorumpowany i czerpie zyski z biznesu. Wszelkie działania mające na celu zwalczanie narkotyków, tak naprawdę, jak zresztą wszędzie na świecie, uderzają w najbiedniejszych. Możni dalej ładują pieniądze w kieszenie, a z problemami borykają się pionki w tej zabawie. Powszechne jest np. niszczenie pól, które i tak pojawiają się po chwili w innym miejscu, ale jest to problem tylko tych najuboższych rolników, którzy nierzadko są zmuszeni przez sytuację do hodowli maku czy koki.

"Wojna z narkotykami w Azji Południowo-Wschodniej wydaje się walką bez widocznego końca. Faworyzowana w ubiegłych dekadach polityka represji potrafiła przynieść pożądany efekt (...). Jednak rachunek za to był wysoki, tym bardziej że płaciła go przede wszystkim biedota z mniejszości etnicznych." (str. 87)

Na całym świecie stawia się na brutalne, represyjne rozwiązania, które często odbijają się niepozytywnie, na tych którzy tak naprawdę potrzebują odpowiednich terapii i leczenia. Brakuje świadomości problemu, nie tylko prawodawcom, ale i zwykłym obywatelom.

"Wojny narkotykowe" to zbiór reportaży i wywiadów, które pomagają nam w zrozumieniu rzeczywistego problemu i wpływają na naszą narkoświadomość. Brakuje odpowiednich programów, nie tylko w Polsce, ale na całym świecie. Problem narkomanii, w porównaniu z alkoholizmem, traktowany jest bardzo po macoszemu. Myślimy stereotypowo - narkoman to złodziej, zarażony HIV, niebezpieczny dla otoczenia. Jak uświadamiają nam autorzy, przed światem jeszcze długa droga, do właściwego zrozumienia problemu i określenia środków do jego zwalczania. W tej chwili znika gdzieś dobro jednostki, a liczy się racja polityczna i nierzadko mafijna, która utrudnia właściwe działanie osobom zorientowanym i wdrażającym odpowiednie programy.

"Wojny narkotykowe" to świetna pozycja, pokazująca globalny obraz narkobiznesu na wielu płaszczyznach. Poprzez biednych rolników na plantacjach koki do polityków uwikłanych w mafijne interesy narkotykowe. Kolumbia, Afganistan, Meksyk, Tajlandia, Rosja czy Polska, to tylko z niektóre z miejsc, jakie "odwiedzamy" w celu zrozumienia światowego narkobiznesu. Autorzy, specjaliści w swoich dziedzinach, umiejętnie wskazują problemy i często nieskomplikowane sposoby ich rozwiązania. Warto więc zapoznać się z pozycją i ukształtować swoją narkotykową świadomość.

Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Stron: 228

sobota, 6 sierpnia 2011

Walerij Paniuszkin "Dwanaścioro Niepokornych. Portrety nowych rosyjskich dysydentów"

Idealną, po „Pandrioszce” Krystyny Kurczab-Redlich, okazała się być lektura książki Welerija Paniuszkina - „Dwanaścioro niepokornych”. Pozostaję więc w Rosji, ale tym razem nie w tej zastraszonej i uległej, ale niepokornej, idącej pod prąd, za sprawą dysydentów.

W nocy z 24 na 25 listopada 2007 roku, po Marszu Niepokornych w Moskwie, a przed Marszem w Petersburgu, w przydrożnym barze, autor spotyka się z dziesięcioma osobami. Są to: Maria Litwinowicz, Wissarion Asiejew, Anatolij Jermolin, Marija Gajdar, Ilja Jaszyn, Siergiej Udalcow, Maksim Gromow, Natalia Morai, Wiktor Szenderowicz i Andriej Iłłarionow. Brakuje Garriego Kasparowa, arcymistrza szachowego i lidera opozycyjnej partii „Inna Rosja”. Kasparow po demonstracji w Moskwie trafił na 5 dni do aresztu.

Spotkanie w barze, stanowi wprowadzenie do kolejnych rozdziałów, gdzie Paniuszkin przedstawia nam sylwetki niepokornych. Ich młodość, życie zawodowe, drogę pod prąd, jaki dyktuje władza. Wszystkie te historie, mają wspólny punkt. W pewnym momencie, z bezsilności, krzywdy i niesprawiedliwości, rodzi się w opisywanych osobach bunt, chęć zmiany rzeczywistości. Przekraczają pewną granicę, za którą nie ma już odwrotu, a życie jest niepewne. Bo wszyscy niepokorni żyją w niepewności dnia następnego, a najlepszym przykładem jest Maksim Gromow, który spędził pięć lat w więzieniu o obostrzonym rygorze, trzymany głównie w karcerze. Macki władzy sięgają daleko, a mieszkańcy Moskwy, po praniu mózgu, jaki funduje im Kreml, o opozycjonistach najlepszego zdania nie mają. Dysydenci walczą nie tylko z władzą, ale również z ludzką nieświadomością.

„Z kolei uczestników Marszów niepokornych mają za ekstremistów, opłacanych i kierowanych przez CIA. Wreszcie Władimira Putina uważają za ojca narodu, za tego, który zaprowadził w kraju porządek”

Niepokorni, to ludzie którzy pochodzą z różnych miejsc, uprawiający różne zawody, ale łączy ich jedno… wiara w to, że Rosję można zmienić, a Putina pozbawić władzy. Wraz z autorem tworzą grupę dwunastu… ale brakuję wśród nich tego, który na kartach książki pojawia się często… najbardziej znanego na świecie więźnia politycznego – Michaiła Chodorkowskiego. On również zaczął w pewnym momencie płynąć pod prąd. Odsiaduje teraz wyrok 8 lat więzienia.

Walerij Paniuszkin, poprzez portrety ludzi niepokornych, stworzył obraz współczesnej Rosji, gdzie władza w dalszym ciągu steruje ludźmi jak kukłami. Zarówno Duma, dziennikarze, jak i zwykli obywatele, tańczą tak, jak zagra kremlowska orkiestra. Opozycja zaś jest dyskredytowana i w zasadzie nie ma prawa głosu. Obraz jest smutny, przytłaczający, a czytelnik odczuwa bezsilność, z jaką na co dzień zmagają się ludzie, którzy chcą zmian. Zmian, które prawdopodobnie jeszcze długo nie nastąpią.

Mimo, iż chwilami nie do końca zgadzam się z posunięciami opozycji, opisanymi w pozycji Paniuszkina, to trzymam kciuki za dysydentów, życzę im jak najlepiej. Mam nadzieję, że doczekają prawdziwej demokracji i normalnego państwa, które nie będzie teatrzykiem Kremla.

Portrety nowych rosyjskich dysydentów czyta się wyśmienicie. Mimo, iż jest to w dużej mierze książka polityczna, w żaden sposób nie męczy czytelnika. Śmiało mogę powiedzieć, że miejscami wciąga jak najlepszy thriller, z aferami politycznymi w tle… tyle, że tutaj historię napisało życie.


Za książkę dziękuję księgarni MATRAS

Baner