Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 grudnia 2015

Lutosławski: Piano Concerto / Symphony No 2 PL





Witold Lutosławski przekonany był, że trzeba „pisać myśleć i mówić o muzyce”[1].  Nie czuję się jednak na siłach, żeby w kompetentny sposób mierzyć się słowem z muzyką tego formatu. Słabość ta z braku wykształcenia muzycznego się bierze. Pocieszam się jednak, że miś uszatek o uchu przyklapniętym też pisać może. Słów więc kilka dla zachęty.
Simon Rattle, zaprogramował w sezonie 2012/2013 w Filharmonii Berlińskiej cykl koncertów z muzyką Lutosławskiego. Sam poprowadził kilka wykonań, w tym wydane wspólnym nakładem Berliner Philharmoniker, Deutsche Grammophon i Instytutu Adama Mickiewicza, w ramach programu Polska Music – II Symfonię i Koncert fortepianowy.
Koncert fortepianowy
Że zaproszony do wykonania został Krystian Zimmerman, jeden z najwybitniejszych polskich pianistów, zwycięzca IX Konkursu Chopinowskiego nie dziwi, wszak, to on długo namawiał Lutosławskiego do napisania utworu na fortepian i to jemu utwór ten został dedykowany. Kompozytor myślał o skomponowania koncertu fortepianowego już w latach czterdziestych, zrealizowany został jednak przez Lutosławskiego dopiero w ostatniej dekadzie twórczości, obfitującej w dzieła mistrzowskie. To w tym właśnie czasie rola melodii u Lutosławskiego się wzmaga, zaś  kontrapunktu aleatorycznego ulega zmniejszeniu[2]. Mniejszą rolę odgrywa też przypadek. Koncert składa się z czterech części, granych bez przerwy, ale posiadających wyraźne zakończenie. Imponująca jest szczególnie druga część, wypełniona dźwiękami galopującego fortepianu na tle orkiestry.
II Symfonia
Miała być dla Lutosławskiego „kolejnym pożegnaniem z orkiestrą”. Zdawał sobie bowiem wyraźnie sprawę z ograniczającego charakteru utworów orkiestrowych, archaiczności form zamkniętych i jednoczesnego braku widoków na rozwiązanie tej trudności. Szukając dróg wyjścia z tego impasu nie chciał jednak tworzyć utworów, które by oderwane były od praktyki wykonania, a ich rezultat dźwiękowy pozostawałby wiele do życzenia. Będąc jednocześnie kontynuatorem zachodniej tradycji muzycznej dzięki śmiałym rozwiązaniom poszerzał horyzonty muzyczne współczesnych. W odpowiedzi na nieokiełznany aleatoryzm Johna Cage'a, Lutosławski wprowadzał własne rozwiązanie, który określał jako aleatoryzm kontrolowany. W II Symfonii stosuje wszystkie te elementy, które rozwijał i wypróbował w Muzyce żałobnej, Grach weneckich, Kwartecie smyczkowym, Trzech poematach. 
Płyta znakomita, słyszana nawet przygłuchawym – jak moje – uchem, oferuje niesamowite doznania.


Płyta dostępna w salonach empik - KLIK 




[1] W. Lutosławski, O roli słowa, teatralności i tradycji w muzyce, „Poezja” 1973, nr 10, s. 78-81 [rozmowa z B. Pociejem].
[2] http://www.lutoslawski.org.pl/pl/composition,77.html.

wtorek, 28 lipca 2015

Tori Amos "Unrepentant Geraldines"




Przesłuchałem raz, bez entuzjazmu, bez poruszeń synaps  -  więc odstawiłem jak półkownika, w czcigodne miejsce pod innymi płytami, na odwieczne nieruszanie. Ładne melodie i tyle, orzekłem, a do ponownego sięgnięcia po płytę nie przekonałby mnie żaden zagorzały fan artystki, ani nawet autorytet Piotra Kaczkowskiego, wielbiącego ją zdaje się bałwochwalczo. Przekonała mnie żona. Dobrze mieć taką żonę, co ci krzywiznę myślenia na właściwe tory ustawi, ślimaka w uchu naprawi.
Bo płytę tę trzeba odkrywać warstwami, spod wierzchnich ubrań docierać do sedna, wpatrywać się jak w obraz. Analogia nieprzypadkowa, bo właśnie tak jest ten album przez Amos pomyślany. Poszczególne utwory odwołują się malarskich przedstawień. I tak jak odbiór obrazów wymaga cierpliwości, niespiesznych spojrzeń, tak płyta ta wymaga uwagi i skupienia. Obrazy wielkich mistrzów to często zaproszenie do wyrafinowanej gry, możesz więc jedynie rzucić okiem– ale stracisz bardzo wiele. Sięgam po tę płytę teraz wielokrotnie i co rusz jestem zadziwiony.
Muzyka piękna, kameralna i pełna wdzięku. Partie instrumentalne artystka nagrała sama, wraz ze swym mężem Markiem Hawleyem. Nie ma tu rewolucyjnych eksperymentów muzycznych, udziwnień, jednocześnie jednak nie brak zaskakujących rozwiązań. Bogate aranżacje i niesamowite linie wokalne nie pozwalają się nudzić. Królują oczywiście nastrojowe - fortepian i gitara, wzbogacone chórkami, bywa też jednak folkowo i skocznie, momentami jazzująco. Wiele barw muzyczny pozostaje do okrycia; póki co mnie oczywiście najbardziej urzekają celtyckie nuty i elementy amerykańskiego folku.  Tori Amos czaruje magicznym, efemerycznym głosem, a niesamowite partie wokalne – jednocześnie niewymuszone i niepokazowe – budzą podziw. Niektóre utwory, by przywołać chociażby „Trouble’s Lament”, czy „16 Shades of Blue”, nabierają niezwykłej przestrzenności. Nie wiem nawet jak ją określić. Chyba najlepiej określiła to moja żona, mówiąc, że to świetna ilustracja muzyczna do tworzonych przez nią łapaczy snów. I coś jest na rzeczy, wszak w tej muzyce czuje się jakąś zwiewność, czarowność.
Wielką wartością tej płyty są niebanalne, intymne teksty dojrzałej kobiety, traktujące o trudnej miłości do mężczyzny, macierzyństwie, relacjach z córką czy też o polityce. Jak już wspomniałem na początku, poszczególne utwory odwołują się do konkretnych dzieł sztuki. Weźmy chociażby tytułowy "Unrepentant Geraldines”, dla którego punktem wyjścia była bohaterka akwaforty Maclise’a  - pokutująca Geraldine. Piosenka ta to bunt wobec tak przedstawianej i pojmowanej kobiecości. Tori Amos rysuje inny jej wymiar, łączący na pozór sprzeczne ze sobą sfery: duchowość i seksualność mogące istnieć w harmonii. Gdy piosenka się kończy myślę już o innych ilustracjach, nie o umartwionej Geraldine, ale pełnych czerwoności, prześwietlonych bizantyjskim złotem obrazach Venztiego.
Płyta wciąż w odtwarzaczu. I poprzebywa tam pewnie jeszcze chwilę.

 Autor tekstu: Alen Sierżęga

Płyta do kupienia tutaj -> Klik

środa, 11 marca 2015

Muzycznie...








Wykonawca: Jak Duszyński



 














Jan Duszyński kompozytor muzyki klasycznej, teatralnej i filmowej szerszej publiczności dał się poznać jako autor soundratack’u do głośnego filmu Pasikowskiego „Pokłosie”. Na tym współpraca obu Panów się nie skończyła, ponieważ reżyser zaproponował młodemu twórcy skomponowanie ścieżki dźwiękowej do swojego kolejnego obrazu. Tytułem wprowadzenia: „Jack Strong” opowiada o losach Ryszarda Kuklińskiego, pułkownika Wojska Polskiego w czasach PRL, tajnego współpracownika CIA. Z obejrzeniem filmu się nie spieszyłem ufając, że ocena moja będzie trzeźwa, niepowodowana sentymentem wizualnym ,  gdy odnosić się będzie tylko do materii dźwięku. Błąd. Muzyka do „Jacka Stronga” nie jest snutą opowieścią, z całą pewnością nie jest też osobna, bez filmu bowiem nie potrafi istnieć. Ale nie takie widać ambicje miał twórca. Ta ścieżka dźwiękowa w całości jest kontrapunktem obrazu – opisuje świat wewnętrzny postaci, odbija kadry z filmu, pomaga w budowaniu dramaturgii. Z tego też powodu płyta przeplatana jest dialogami bohaterów, co chwilę wypowiadają oni kilka zdań, tak byśmy mogli odnaleźć się w tej mozaice dzwięków. Słuszny to zabieg, bo dzięki  namiastce słuchowiska soundtrack się broni. Zaletą jest również, że mimo braku ciągłości narracyjnej motyw przewodni występuje w różnych odsłonach, zmiennych instrumentacjach. Poszczególne utwory nie są więc od siebie zupełnie oderwane.  
Jack Strong to film akcji, a kompozytor zadbał o zbudowanie napięcia poprzez niespodziewanie niekiedy zabiegi: chwilami pachnie awangardą, słychać też inspiracje Kilarem. Nagrania dokonano z udziałem Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia pod batutą Szymona Bywalca. Brzmi to bardzo profesjonalnie, światowy poziom realizacji chciałoby się rzec.  Całość godna polecenia, jednak w pierwszej kolejności fanom filmu.



Wykonawca: Waglewski, Fisz, Emade





















Matka, Syn, Bóg – to drugi album studyjny rodziny Waglewskich. Tria nie trzeba bliżej przedstawiać. Pan Wojciech to postać w polskiej muzyce niemal ikoniczna, zaś bracia Fisz i Emade zapisali się chlubną kartą w polskim hip-hopie pokazując, że jest to gatunek otwarty na zadziwiające horyzonty muzyczne. Dzięki nim odkryłem nieznany mi świat, zapoznając hip-hop pełen ambitnych projektów. Po czasie zadziwili mnie znów, gdy  wraz z Michałem Sobolewskim jako Kim Nowak odświeżyli swoje młodzieńcze fascynacje muzyką  hardrockową.
Poprzednia płyta Waglewskich – „Męska Muzyka” – osadzona w tradycji bluesa, folku i country, której duszą było gitarowe granie okraszone hip-hopowym  przytupem i zawadiackimi tekstami to był hołd złożony  męskiej optyce na świat.  Płyta świetna, odebrana z entuzjazmem przez krytyków i publiczność (patrz platyna), dla mnie osobiście ważna. Tłukłem ją miesiącami, mieszkając jeszcze z ojcem i braćmi, w stadzie w jakimś sensie i dziś nierozłącznym, więc tę chemię muzyczno-liryczną, obecną na płycie, odbierałem nie tylko sensorycznie.
Mówiło się, że to nagranie eksperymentalne, spotkanie muzyczne owocne, ale równie spontaniczne. Jak też, że widać, że najstarszy Waglewski miał jednak na płytę wpływ decydujący. Teraz otrzymujemy album zgoła odmienny. Bardziej zrównoważony, choć nie tyle hiphopowymi akcentami (głównie utwory  „Trupek” i „Człowiek Ćma”), ale po prostu muzyczną osobowością braci. Inspiracji też jest więcej. Choć wciąż jest głównie bluesowo i rockandrollowo, są przesterowane gitary, jest duża dawka brudu, to więcej jest różnorodności. Jest wibrafon (!), jazzujący fortepian, smyczki, kobiecy wokal, bywa więc nostalgicznie i jakoś cicho. Są podróże od Nowego Orleanu („Kometa”) do minimalizmu muzycznego („Matka”). A propos tego ostatniego numeru – najmocniej na płycie nie brzmi duet wokalny Fisza i Pana Wojciecha,  lecz lidera VOO VOO i Iwony Skwarek we wspomnianym utworze „Matka”. Fisz wokalnie zaskakuje za to w „Człowieku Ćmie”. 
No dobra, a co z tekstami? Z tym mam największy problem. Na płycie jest 13 utworów, Bartek Waglewski jest autorem aż 8 tekstów piosenek i to za jago sprawą jest to najbardziej nierówny element albumu. „Ojciec” to dojrzała opowieść o odchodzeniu, spełnieniu i o oswajaniu kresu.  Z pulsującym rytmem słów, z pogodną śmiercią w treści jest najlepszym lirycznie kawałkiem. Tytułowy „Syn” to z kolei lekcja dojrzałego ojcostwa, opartego na empatii. Oszczędne słowa tulą dziecko, tworzą jakąś łagodną opiekuńczość. Ale już „Bóg” traktuje nie wiadomo o czym. Tryptyk z tytułu zamyka utwór „Matka”, który ratuje jedynie muzyka i śpiew wspomnianego wcześniej duetu, bo słowa jakoś bezdźwięczą.
 Zdziwi się ten, kto po nazwie krążka uzna, że jest on w całości poświęcony sprawom fundamentalnym. Pozostałe utwory (z wyjątkiem „Ile jeszcze życia” autorstwa Pana Wojciecha) mieszczą się bowiem w lżejszej konwencji. Inne teksty FISZa przywodzą mi na myśl kino drogi. Bardzo dobry „Człowiek ćma” mógłby śmiało posłużyć za filmowe tło. Jednakże „Pocisk” i „Kometa” są ledwie poprawne. Co do piosenek napisanych przez Wojciecha Waglewskiego to – nic dodać nic ująć. Teksty, jak zwykle z górnej półki, współgrają doskonale z bluesowym brzmieniem. Reasumując: polecam, mimo mankamentów.


Wykonawca: Adam Strug, Stanisław Soyka



















Leśmian to nie moja bajka. Za ładny, przepastne metafory, za dużo maniery, rozkochania w pięknie. Bliżej mi do stylistycznej brzydoty Grochowiaka, do minimalizmu Herberta, a w erotykach do dosadności Wojaczka (jeśli już na gruncie polskim pozostać). Pan Strug, związany z muzyką dawną, to  już bardziej, bo ja muzykę dawną kocham. Jazzman Soyka – jak najbardziej. No to jak razem wzięli na warsztat Leśmiana to z ciekawością sięgnąłem, choć ostrożnie. Lecz nie muzyka gra tu pierwsze skrzypce, a słowo.
 U Leśmiana obok tragizmu i pesymizmu jest także twórczość promienna. Ale artyści wybrali wiersze, z których jest bardziej znany, pełne egzystencjalnego niepokoju, żalu, bolącej miłości: „Z dziennika I”, „Klęska”, „Mrok na schodach”, „Niewiara”, „Tam na rzece”, „Po co tyle świec nade mną”, „Róża”. Tę nutę żalu przełamuje kilka erotyków: „Nocą umówioną”  „Po ciemku” „Z dziennika II”. Szczególnie w tym ostatnim utworze, gdzie wokalizy Struga brzmią trochę jak melancholijny,  ale pogodny śpiew Grechuty. Mimo tego cała płyta utrzymana jest w nastroju głębokiego, dojmującego smutku. Rzewne, skomlące jak Staffowy „Deszcz jesienny” są aranżacje Soyki. Fortepianowi wtóruje pełen niepokoju i zadumy głos Adama Struga. Wszystko to brzmi jak łamanie świeżych gałęzi, jak rozdzieranie ran. Owszem kompozycje są zróżnicowane, niekiedy kunsztowne, chciałoby się jednak żeby emocjonalnie muzyka ta była bardziej różnorodna. Może wtedy pod powierzchnią słów można by dokopać się większej palety uczuć ukrytych być może w wierszach Leśmiana. Przecież choćby liryk „W słońcu” daje taką możliwość. Jest jednak jakaś głębia w tej muzyce: nie ma ucieczki od ciemnej strony losu, od cierpienia, od śmierci; Leśmian o tym opowiada, Strug i Soyka przypominają.  Ukojenie przynoszą krótkie zbliżenia, migoczące spotkania dwóch ciał. 
Dobre, ale lepiej nie słuchać za dużo. Grozi chroniczną depresją nawet fanom Leśmiana.  

Wszystkie płyty dostępne na stronie empik.com

Autor: Alen Sierżęga

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Rok 2013 muzycznie... ;)



W tym roku w pewien sposób rozwinęłam się muzycznie. Wcześniej wystarczało mi jakieś brzęczenie w radio, bez znaczenia jakie... W końcu chyba jednak dojrzałam. Przede wszystkim staram się przynajmniej raz w miesiącu kupić jakąś płytę i wybór z reguły nie jest przypadkowy :)

Przedstawiam Wam moje odkrycia i ulubieńców tego roku:

Grażyna Łobaszewska

Kiedy usłyszałam piosenkę "Już drogę znasz" w Trójce, po prostu się rozpłakałam. Piękny soulowy głos Pani Grażyny trafia prosto do celu, czyli serca. Kiedy usłyszałam ją na żywo, stało się to samo co przy pierwszym usłyszeniu... Rozpłakałam się :)
Uwielbiam tę płytę!



Domowe melodie


Jest jeszcze ktoś, kto nie zna "Domowych melodii"? Zarażają entuzjazmem, a ich piosenki poruszają często interesujące tematy w dość lekki sposób. Grażka królowała w Trójce, a Zbyszek niezmiennie uwodzi publiczność. Próbowałam wybrać się na ich koncert... Niestety za każdym razem bilety wyprzedawane w mgnieniu oka. A oni mimo wszystko dalej wyglądają, jakby byli tym wszystkim zaskoczeni :) I za to ich uwielbiam. Płyty nie można dostać w żadnym sklepie muzycznym, można zamówić bezpośrednio od zespołu... A jej wygląd w całej swej prostocie zachwyca :)



Mademoiselle Karen


Płytę zakupiłam za 6,49 w Merlinie. Zwróciłam na nią uwagę ze względu na niską cenę i to chyba mój najlepszy zakup odkąd pamiętam. Wpadły mi w ucho francuskie piosenki wyśpiewane niskim i charakterystycznym głosem. A może to po prostu słabość do francuskich tekstów? Nieważne... Miód na moje uszy!



Skubas


Skubas to moje odkrycie tego roku, poczynione dzięki koncertowi w Bieszczadach... Na którym mnie nie było :) Za to posiedzenie na schodach przed Siekierezadą w towarzystwie między innymi Skubasa, oraz poznanie Filipa Jurczyszyna, który w pewien sposób współtworzy projekt, spowodowały, że po powrocie do domu pierwszym krokiem było zamówienie płyty. Słucham jej niemal non stop i ciągle z tym samym uwielbieniem... I ten głos...


 Mela Koteluk

Moje uczucie do Meli jest bardzo trudne. Od zachwytu, przez zupełną obojętność, do wielkiej sympatii. Skutecznie wokalistkę próbował mi obrzydzić chłopak, który jej nie znosi. I poniekąd mu się udało, bo na jakiś czas odwróciłam się do niej plecami. Przekonały mnie na powrót dwie kompozycje: "Wielkie nieba" i wraz z Czesławem (za którym nie przepadam) "Pieśń o szczęściu". Zażyczyłam więc sobie płytę na święta i oto mam. Chłopak rwie włosy z głowy i cierpi niemiłosiernie, a ja non stop słucham ;)



Janusz Radek
A to już moja wieloletnia miłość. Janusz Radek niezmiennie zachwyca mnie swoim głosem, a jego płyty w moim odtwarzaczu pojawiają się regularnie :)




Zastanawia Was pewnie dlaczego głównie polscy wykonawcy królują w moim rankingu? Odpowiedź jest prosta... Śpiewają po Polsku, a ja mogę śpiewać razem z nimi (po angielsku niestety strasznie kaleczę i wszyscy wokoło mają mnóstwo śmiechu...) ;)

piątek, 20 września 2013

Nowości książkowe i muzyczne

Muzycznie:
Skubas "Wilczełyko"
Imany "The shape of a broken heart"
Zaz

Książkowo:
Mirek i Magda Osip-Pokrywka "Polskie ślady na Ukrainie"
Marek Pernal "Praga. Miasto magiczne"
"Indie i Nepal"
Paulina Wnuk "Kuchnia filmowa"
Pamela Keagh "Jackie czy Marilyn? Ponadczasowe lekcje stylu"

"Indie i Nepal" są prezentem urodzinowym, pozostałe książki to egzemplarze recenzenckie. Szczególnie cieszy mnie pięknie wydana pozycja wydawnictwa BOSZ o Ukrainie, zwłaszcza że niebawem wybieram się do Lwowa. Podoba mi się też bardzo ładnie wydana "Kuchnia filmowa" Pauliny Wnuk, autorki bloga http://www.frommovietothekitchen.pl/.





sobota, 8 grudnia 2012

Janusz Radek "Z ust do ust"

Nietypowo dzisiaj, bo nie książkowo, a muzycznie...
dwa dni dojrzewałam do tego, aby napisać o niesamowitym wydarzeniu w jakim miałam okazję uczestniczyć. A mowa o koncercie Janusza Radka na krakowskiej Barce. Bardzo urokliwe miejsce swoją drogą... Nawet zimą... Po wyjściu na pokład i wychyleniu się za barierki oczom moim ukazało się całe stado łabędzi z jednym brzydkim kaczątkiem... ;)

Jakość zdjęć pozostawia wiele do życzenia, ale nie chcąc utracić żądnych wrażeń muzycznych, postanowiłam się po prostu na nich nie skupiać :)


Ale wracając do koncertu... Janusz Radek jest artystą, którego muzyka towarzyszy mi od lat, jednak wcześniej jakoś nie miałam okazji posłuchać go na żywo. Dopiero bodziec w postaci towarzyszącej, którą osobiście zaraziłam sympatią do Radka, spowodował że bilety zostały zakupione. 

Już pierwszy wykonany utwór "Dziękuję za miłość" spowodował, że miałam łzy w oczach, ciarki na rękach, a w głowie mnóstwo myśli i emocji. Kolejne piosenki pochodziły głównie z płyty "Z ust do ust" jednak zdarzył się też niemenowskie "Jołoczki Sasionoczki" czy "Dobranoc". 
Radek robi z głosem co chce. Został obdarzony niesamowitym talentem, tak wszechstronnym, że nam zwykłym szarym śmiertelnikom trudno to pojąć. Żadna płyta wysłuchiwana w domu nie oddaje tego wszystkiego, co artysta przekazuje ze sceny. Poczucie humoru, gra aktorska, zabawa, to tylko część tego co jako słuchacze otrzymujemy w trakcie "spektaklu muzycznego" jaki serwuje nam Janusz Radek. 




Zachwycający i magiczny, tak w skrócie mogłabym opisać ten koncert... Prawie dwie godziny niezapomnianych wrażeń, które jeszcze długo, długo po we mnie tkwiły. Zarówno ja, jak i mój towarzysz z pewnością wybierzemy się po raz kolejny na koncert Radka, a ja już dziś nadrobiłam braki i pobiegłam po płytę do sklepu...

Warto poznać, warto posłuchać, warto się wybrać...

Lekko zaśnieżony Kraków też zachwyca... Tylko Galeria krakowska przepełniona ludźmi przeraża ;D




niedziela, 16 września 2012

Niedziela... czyli regały, nowy nagłówek, muzyka i trochę starych książek... :)

Od ponad dwóch godzin zabieram się za pisanie recenzji książki "Dajcie mi jednego z was" Jacka Getnera. Bardzo sympatyczna lektura, szkoda że okraszona tyloma błędami interpunkcyjnymi i ortograficznymi!. Niektóre wręcz wypaczały sens poszczególnych zdań... Ale o tym później, bo mimo dwugodzinnego "zbierania się" nie napisałam nawet zdania, chwytałam się za to za wszystkie inne możliwe zajęcia. I tak oto postanowiłam pokazać wam moje regały (pojawiały się już na facebooku, ale nie każdy posiada konto). Nawet nie potrafię opisać uczucia, które towarzyszy mi codziennie rano, kiedy otwieram oczy i widzę te wszystkie książki... Czy wyobrażacie sobie w ogóle życie bez książek? Bez ich widoku, zapachu... Ja nie :)

Prezentuję więc moje taniutkie ikeowskie regały (69,9 zł/szt)... Jak widać upycham na nich nie tylko książki, ale masę różnych innych drobiazgów... Też tak macie?


W przypływie nie wiem czego (?) postanowiłam również zmienić nagłówek bloga. Jesień zbliża się wielkimi krokami, chyba czas na zmiany (nie pytajcie co jesień ma wspólnego z tym niejesiennym nagłówkiem ;))... Co myślicie?


Teraz kilka staroci książkowych, które bardzo lubię. Zamieszczam je pod wpływem postów Domi

"Kuchnia oszczędnej gospodyni" z 1988 r. znaleziona na Bytomskim Jarmarku Staroci (klik)

Seria o Klaudynie autorstwa Colette z 1975 r., zakupiona w antykwariacie Vivarium

"Przygody dobrego wojaka Szwejka" Jaroslava Haska z 1985 r.

Pozycje teoretycznie nie tak stare... chociaż Klaudynie stuknęło już 37 lat!






A na koniec moje ostatnie muzyczne zauroczenie... Mela Koteluk. Posłuchajcie koniecznie... :)


niedziela, 9 września 2012

Muzycznie i targowo...

Od jakiegoś czasu czytanie i recenzowanie znowu u mnie lekko kuleje. Od ponad dwóch tygodni delektuję się świetną książką Swietłany Aleksijewicz "Czarnobylska modlitwa" i nawet nie mam ochoty przyspieszyć i jej kończyć. Jednocześnie zbiera się stos pozycji, za które musiałabym się zabrać w końcu, a które przy lekturze Białorusinki wypadają po prostu blado. Proszę więc o cierpliwość, zakończę ucztę i wrócę do właściwego rytmu.

A tymczasem... Targi Książki w Katowicach. W tym roku moja głowa zaprzątnięta jest wieloma innymi sprawami, dlatego niemal do samych targów, nie interesowałam się kto się pojawi, jakie imprezy będą towarzyszyć itd. Zmobilizowała mnie do zapoznania się z programem ekipa Złotej Zakładki, dzięki której mogłam pojawić się na scenie i wręczyć zwycięzcom plebiscytu dyplomy i statuetki (a właściwie Robert wręczał, ale ja czytałam ;)) Był to oczywiście ogromny zaszczyt :) 
Zdjęcie użyczone przez Klaudynę :)


Po wręczeniu odbył się I zjazd blogerów książkowych i dyskusja moli książkowych. Nie zabierałam głosu, ale z uwagą słuchałam. Poruszane tematy w zasadzie pokrywają się z tymi, które pojawiają się przy każdym mniejszym bądź większym spotkaniu blogerów. Jakimi kryteriami kierujemy się przy ocenie książek, czy jest różnica w ocenianiu książek z wydawnictw a tych własnych, czy myślimy o tym, jak naszą recenzję odbierze autor, to tylko niektóre wątki poruszone podczas dyskusji. Z pewnością warto sobie od czasu do czasu porozmawiać i posiedzieć w gronie osób, które posiadają podobne zainteresowania...

Same targi w moim odczuciu wypadły w tym roku trochę blado. Nie wiem jakie zdanie mają inni odwiedzający, ale dla mnie zeszły rok był bardziej dynamiczny i "kolorowy", ten z kolei po prostu lekko senny. No i zabrakło mi stoiska mojej ulubionej Biblioteki w Piekarach Śląskich! ;) Niemniej, życzę Katowickim Targom Książki kolejnych lat istnienia i rozwoju :)

A teraz trochę muzycznie...

Ola Siemieniuk

Magda Piskorczyk
Fani Bluesa z pewnością znają nazwisko Magdy Piskorczyk. Kobiety o niesamowitym "czarnym" głosie i wielkiej scenicznej charyzmie. W moim domu Magda gości od dawna, ale dopiero wczoraj miałam okazję usłyszeć ją na żywo (Gwarki Tarnogórskie) i poznać. To ten typ człowieka, który budzi sympatię od pierwszego wejrzenia, a do tego zaraża wielkim optymizmem i namawia do zwariowanych rzeczy. Magda wraz ze swoją ekipą z pewnością należy do artystek, które warto... ba... wręcz trzeba poznać. Ja zachęcam z całego serca :)



A na koniec migawka z mojego ostatniego wypadu w Bieszczady, tak na pożegnanie wakacji...

Widok z Tarnicy

wtorek, 7 sierpnia 2012

Muzyczne Bieszczady... Plateau

Tym razem troszkę muzycznie...

Gościłam przez ostatnie dziewięć dni w Bieszczadach, dokładnie w Cisnej (tak więc głuszy i ciszy to tam nie miałam). Pogoda oczywiście nie dopisała, dlatego większość wieczorów spędzałam w chyba najlepszej knajpie bieszczadzkiej - Siekierezadzie. Tak, tak... To miejsce ma swój klimat i polecam każdemu odwiedzającemu Cisnę zaglądniecie do Siekiery :) Ale odbiegłam od tematu... Sierpień to czas festiwali i koncertów, których w tym roku knajpy Bieszczadzkie zafundowały turystom co nie miara. Chyba nawet aż za dużo, bo można było odczuć lekki przesyt. Ja skupiłam się na dwóch: Bies Czad Bluesie i Rozsypańcu. Niestety w przypadku tego pierwszego, dotarłam tylko na ostatni koncert kapeli JAN GAŁACH BAND, w której niesamowitym głosem czaruje Karolina Cygonek. Zresztą posłuchajcie sami wykonania z tego roku w chorzowskiej leśniczówce:


I o Bluesie tyle. Więcej nie widziałam i nie słyszałam! Za to bawiłam się przednio :)

A teraz o Rozsypańcu...

Kilkudniowa impreza, wiele zespołów, pokazy filmów, dużo sztuki i rękodzieła. Tak w skrócie :) Przyznaję, że nie pojechałam na wesele kuzyna, tylko dlatego, że w sobotę grał zespół, który już od dawna chciałam zobaczyć na żywo. Sympatią do tych muzyków zaraził mnie ojciec, dla którego Bieszczady to drugi dom i który miał już nieraz okazję z chłopakami rozmawiać i się bawić. 
A o kim mowa? O wołomińskiej grupie (ale sercem chyba bieszczadzkiej) PLATEAU. Już kilka razy pojawiali się na blogu, polecani przeze mnie. Urzekła mnie jakiś czas temu płyta "Krótka wiadomość tekstowa", a później "Projekt Grechuta", gdzie panowie stworzyli całkiem udane nowe aranżacje starych piosenek. 
Zespół poznałam, polubiłam. Koncert obejrzałam (posłuchałam?) i z całą mocą polecam zapoznanie się z tymi pięcioma szalonymi muzykami.








I na koniec moja ulubiona piosenka... Przepiękna...


Baner