Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nasza Księgarnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nasza Księgarnia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 lipca 2014

Wiesława Bancarzewska "Zapiski z Annopola"


Sięgnęłam po "Zapiski z Annopola" nie mając pojęcia, że jest to kontynuacja "Powrotu do Nałęczowa". Zorientowałam się dopiero po kilkunastu stronach i stanęłam przed dylematem... Odłożyć książkę, która już mnie wciągnęła i sięgnąć do początków historii, czy też kontynuować czytanie? Stanęło na tym drugim.
Jakież było więc moje zaskoczenie, kiedy okazało się, że nie jest to zwykła obyczajowa powieść dla kobiet osadzona w latach trzydziestych XX wieku, ale historia z wątkiem lekko fantastycznym! Główna bohaterka przenosi się bowiem w czasie, do XXI wieku. Ot niebanalny pomysł, który od razu skojarzył mi się z "Przeklętą barierą" ukochanej Joanny Chmielewskiej i automatycznie spowodował wzrost sympatii dla Wiesławy Bancarzewskiej.

Anna Obrycka w "Powrocie do Nałęczowa" przeniosła się w czasie do lat przedwojennych. Tam ułożyła sobie życie, poznała swoją rodzinę, która w XXI wieku już odeszła, wyszła za mąż i urodziła córeczkę Walentynkę. W "Zapiskach z Annopola" poznajemy jej codzienne życie, niezwykle rodzinne, ciepłe i pełne uczuć. Córeczka wychowywana jest w zgodzie z charakterem matki, bez kompleksów, że nie jest chłopcem, bez niani i w komitywie z dziećmi z czworaków. Anna z kolei odnosi sukcesy jako autorka książek dla dzieci, wydająca w zacnym wydawnictwie Nasza Księgarnia. Jednocześnie prowadzi dom (często korzystając z pomocy nowoczesnych sprzętów, przenoszonych z roku 2011), dokształca służącą i coraz bardziej przyzwyczaja się do życia w czasach innych niż się wychowała. Jest tylko jedna rzecz, która spędza jej sen z powiek... Widmo zbliżającej się wojny. Im bliżej do jej wybuchu, tym intensywniej Anna szuka możliwości ratunku dla siebie i rodziny oraz informacji o losach swoich bliskich w czasach współczesnych.

Wiesława Bancarzewska urzekła mnie niemal od pierwszej strony klimatem swojej powieści, pełnym ciepła i miłości. Autorka pokazała wagę więzi rodzinnych, które przed wojną były niezwykle silne, a później z biegiem lat ulegały zatarciu, aż do czasów współczesnych, gdzie przecież tak rzadko siadamy razem chociażby do wspólnych posiłków.
Oczywiście jest w tej książce wiele nielogiczności, jako że podróże w czasie i życie w dwóch wymiarach musi mieć jakieś konsekwencje, o których pisarka jakby zapomina. Jednak można wybaczyć to naiwne spojrzenie na wątek fantasy, bo nie logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy w książce jest najważniejszy. "Zapiski z Annopola" to pozycja, przy której wzruszymy się do łez, ale też wielokrotnie uśmiechniemy. Ot taka lekka, niebanalna, dająca jednak do myślenia lektura.

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Klaudyna Hebda "Ziołowy zakątek. Kosmetyki, które zrobisz w domu"

 
W momencie, kiedy wzięłam książkę do ręki, wiedziałam że jest to miłość od pierwszego wejrzenia! Nie znałam wcześniej bloga Klaudyny Hebdy - ziolowyzakatek.com.pl, nigdy o autorce nie słyszałam, a książka jest pierwszą z nią stycznością. I żałuję, że już wcześniej nie trafiłam na przepisy Klaudyny, bo są łatwe, a przy tworzeniu receptur można mieć naprawdę wiele zabawy...

Książka podzielona jest na kilka istotnych części. Najpierw autorka wyjaśnia nam, dlaczego w ogóle kosmetyki naturalne. Odpowiedzią na to pytanie, niech będzie np to, że wiemy co nakładamy na twarz, nasz portfel oddycha spokojnie, a my się przy tym po prostu dobrze bawimy... Zresztą wystarczy spojrzeć na zdrowy i promienny wygląd Klaudyny, żeby dać się przekonać do stosowania naturalnych mieszanek.

Ale przejdźmy do kosmetyki...
W pierwszej kolejności poznajemy typy skóry i określamy nasz własny, dzięki czemu łatwiej nam będzie przebierać w przepisach (zwłaszcza tych pozwalających tworzyć maseczki do twarzy). Następnie autorka prezentuje nam listę niezbędnych narzędzi do tworzenia domowych mazideł. Ale nie bójcie się... Większość z wymienionych rzeczy każdy z nas posiada w kuchni. Klaudyna zaszczepia w nas wiedzę na temat olejów i maseł kosmetycznych, olejków eterycznych, olejków ziołowych. Jak się później okaże, wiele kosmetyków zawiera w sobie właśnie oleje.
Aż w końcu przychodzi czas na najważniejsze, czyli przepisy! Książka podzielona jest na następujące rozdziały: maceraty, maści, kremy i balsamy do ciała, sera do twarzy, masła do ciała, maseczki i glinki kosmetyczne, peelingi, olejowe oczyszczanie twarzy, toniki, włosy, depilacja, domowa perfumeria, aromatyczna kąpiel, masaż i oleje do masażu, pielęgnacja dłoni i paznokci, naturalne pomadki do ust, mydła domowej roboty i kosmetyki na lato.

Pewnie zaraz pojawią się wątpliwości... Na pewno trzeba kupić dużo składników i poświęcić na to wszystko mnóstwo czasu!
Już spieszę z uprzejmym doniesieniem, że większość kosmetyków przygotujemy w kilkanaście minut, a produkty niezbędne do odtworzenia receptury prawdopodobnie znajdziemy we własnej lodówce i szafkach. A jeśli zaopatrzymy się w kilka uniwersalnych składników (na końcu książki znajduje się lista dostawców z adresami sklepów internetowych), będziemy w stanie stworzyć naprawdę wiele zdrowych mazideł.

Jako, że nie rzucam słów na wiatr przedstawiam maseczkę stworzoną w osiem minut, bez wychodzenia z domu po składniki. Orientalna supermaseczka do zadań specjalnych. Żeby nie było, że tylko sobie wymieszałam składniki, prezentuję produkt na twarzy (proszę się nie bać!). Działanie? Świetnie ściągnęła i wygładziła skórę.

 

 

Co jeszcze planuję w najbliższym czasie? Na pewno masujące babeczki do kąpieli, jednak tutaj muszę wybrać się do spożywczaka. Niemniej patrząc na listę, aż trzech składników, pewna jestem, że stworzenie własnych wyjdzie mnie o wiele taniej, niż kupno w sklepie kosmetycznym. Porwę się pewnie też na egzotyczny cytrynowy peeling do ciała, tutaj jednak składnikiem jest olej kokosowy, który muszę w najbliższym czasie upolować.

Zmierzając ku końcowi, napiszę tylko, że książka zachwyca jakością wydania, oraz mnóstwem pięknych zdjęć autorstwa również Klaudyny Hebdy. Przepisy są czytelne, w większości bardzo proste, a kosmetyki stworzone na ich podstawie mogą zadziwić swoim działaniem.
Może warto więc, zamiast zasilać konta siedzi drogeryjnych, stworzyć sobie małe domowe laboratorium kosmetyczne, za ułamek tej kwoty, którą wydalibyśmy w sklepie?

Gorąco polecam!

piątek, 24 stycznia 2014

Ruta Sepetys "Wybory"

 "Wybory, to one kształtują nasz los"

Na tę książkę czekałam z dużą niecierpliwością, przez co prawdopodobnie postawiłam jej bardzo wysoką poprzeczkę. Poprzednia pozycja autorki "Szare śniegi Syberii" zrobiła na mnie bardzo wielkie wrażenie, jeszcze większe sama autorka podczas spotkania na Targach Książki w Krakowie. Kobieta z taką pasją i entuzjazmem opowiadała o swoich dziełach, że nie sposób przejść teraz obok nich obojętnie.

Dlatego też zaczęłam czytać już w tym samym dniu, w którym "Wybory" otrzymałam. Przeczytałam 50 stron, 100, 150... I nic, rozczarowanie...

Akcja powieści toczy się w  latach pięćdziesiątych w Nowym Orleanie. Mała Josie Moraine przybywa do Dzielnicy Francuskiej z matką prostytutką, która zgłasza się do domu słynnej burdelmamy Willie Woodley. Dziewczynka dorasta w szemranej dzielnicy, gdzie zawsze może liczyć na szorstką Willie, jej kierowcę Cokie'go, właściciela księgarni Charliego i jego syna Patricka. Jo trzyma się z dala od matki i kłopotów, mieszka na piętrze księgarni i marzy o nauce w ekskluzywnej szkole. Wszystko jednak gmatwa się tuż przed jej osiemnastymi urodzinami. Kilka niewłaściwych wyborów i kłamstw powoduje, że dziewczyna wplątuje się w kłopoty, a mafia depcze jej po piętach...

Brzmi interesująco? Tak właśnie pomyślałam, nim zaczęłam lekturę. Akcja toczy się w jakiś leniwy i senny sposób,  czekamy na punkt kulminacyjny, znaczący zwrot akcji, ale takowego brak... Inna rzecz, że książka jest bardzo przewidywalna, nie ma w niej niczego zaskakującego. Czyta się ją naprawdę dobrze, ale od Ruty Sepetys oczekiwałam zdecydowanie więcej emocji. Historia miała wielki potencjał,  którego autorka chyba nie wykorzystała. Nie można jednak odmówić jej świetnego warsztatu pisarskiego i dobrego pomysłu na powieść.

Nie mogę powiedzieć, że mi się nie podobało. Skłamałabym. Ale dostałam zdecydowanie za mało...
Z jednej strony więc polecam i myślę, że klimat powieści stworzony przez Rutę Sepetys wielu czytelnikom przypadnie do gustu, z drugiej strony czuję się rozdarta...


poniedziałek, 16 grudnia 2013

Małgorzata Gutowska-Adamczyk "Podróż do miasta świateł. Rose de Vallenord"



Tym razem będzie krótko, bo czegokolwiek nie napiszę, będzie powtórką z wcześniejszych ochów i achów...

Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk chyba nikomu przedstawiać już nie muszę. "Rose de Vallenord"  to drugi tom "Podróży do Miasta Świateł". Sam podtytuł i kilka pierwszych stron powodują, że z zainteresowaniem dajemy się porwać lekturze. Dlaczego? Powieść zaczyna się śmiercią wielkiej miłości Róży - Rogera Vallenorda. Jeżeli ukochany umiera, to jak bohaterce udało się zostać księżną na Val?

Tymczasem we współczesności zrozpaczona Nina, po dziwnym rozstaniu z Miłoszem, wyjeżdża do Paryża śledzić losy Róży. Postanawia odwiedzić miejsce, gdzie kobieta mieszkała, zamek Val. Okazuje się jednak, że ten całkiem niedawno zmienił właściciela, który z kolei zamknął funkcjonujące tam muzeum. Tajemniczy mężczyzna to argentyński kolekcjoner sztuki. Czy to za jego sprawą giną dzieła Rose? A może milioner pomoże odnaleźć człowieka odpowiedzialnego za kradzieże?

Z kolei Róża po powrocie z Polski i śmierci Rogera długo dochodzi do siebie. Na szczęście w pobliżu jest jej wierny przyjaciel Serge Babouchkine. Niemal wszystko wskazuje na to, że tych dwoje w końcu połączy sakrament, jednak na przeszkodzie staje inny mężczyzna. Losy Rose w drugim tomie zaczynamy śledzić w 1892 roku i towarzyszymy bohaterce przez niemal sześćdziesiąt lat!

I cóż ja mogę napisać? Czego teraz nie nakreślę, będzie powtórką z wcześniejszych recenzji "Cukierni pod Amorem" czy pierwszego tomu "Podróży do miasta świateł". W zasadzie mogłabym zrobić kalkę, bo wrażenia niezmiennie takie same. Radość z czytania nie do opisania. Odłożyłam wszystkie sprawy na bok i dałam się porwać lekturze. Obiecywałam sobie, że nie połknę jej na raz, bo więcej nie będzie... Ale nic z tego oczywiście nie wyszło! Autorka po raz kolejny zabrała mnie w literacką podróż w czasie, w której zadbała nawet o najmniejsze szczegóły. Aż żal, że pani Małgosia tak po macoszemu potraktowała okres dwóch wojen, toż to byłby świetny materiał na trzeci tom! Niestety, zmuszeni jesteśmy zadowolić się dwoma.
Mogłabym napisać, że coś jednak mnie irytowało, tylko w zasadzie po co? Są to drobiazgi, cechy charakteru bohaterów, które i tak w żaden sposób nie wpływają na całokształt odbioru. To takie moje subiektywne czepialstwo...
Pozostaje mi jedno... Polecić! Trzy tomy "Cukierni pod Amorem" i dwa "Podróży do Miasta Świateł"

niedziela, 24 marca 2013

Katarzyna Michalak "Sklepik z niespodzianką. Lidka"


Brak mi ostatnio czasu na czytanie, a jeśli już go znajdę to potrzebuję lektury, która mnie odpręży i nie zmusi do zbyt dużego wysiłku umysłowego. Z takimi założeniami sięgnęłam więc po ostatnią część przygód przyjaciółek z Pogodnej: Bogusi, Lidki, Adeli i Stasi. Rzeczona część skupia się na losach pani weterynarz Lidki, a zaczyna od wydarzenia dramatycznego, bo oto dobra i łagodna kobieta porywa dziecko... Na kolejnych kartach powieści poznajemy jej przeszłość i motywy jakimi kierowała się podejmując w życiu takie a nie inne decyzje. Jednocześnie na bieżąco śledzimy losy pozostałych kobiet. Adela stara się zbawić świat i pomóc wszystkim naokoło, zapominając o sobie, dzieciach i mężu. Bogusia z kolei musi uporać się z miłością do Wiktora, który o powrocie z Australii bynajmniej nie myśli. Jednak w tym zapominaniu o ukochanym nie pozostanie długo sama...

Moje odczucia po lekturze są bardzo mieszane. Z jednej strony książka spełniła swoją "misję" i przyniosła mi chwilę odpoczynku od codzienności. Jednak nagromadzenie na kolejnych kartach nieprawdopodobnych zwrotów akcji chwilami wprawiało mnie w osłupienie... W pisarstwie Katarzyny Michalak zawsze podobała mi się nieprzewidywalność... Nigdy nie można odgadnąć kto z kim ostatecznie się zwiąże i jak zakończą się historie bohaterów. Irytuje mnie z kolei bajkowość. Niektóre wydarzenia są tak nierealne, że realistka twardo stąpająca po ziemi, która chyba we mnie siedzi, aż zgrzyta zębami. Finałowa scena "Sklepiku..." tak mnie rozczarowała, że zepsuła mi całą przyjemność lektury. Ja wierzę, że ludzi spotykają niezwykłe rzeczy, jednak ich nadmiar powoduje, że cała opowieść staje się po prostu śmieszna.
Kolejnym punktem na plus z pewnością będzie to, że autorka stara się poruszać trudne tematy w lekki sposób. W poprzedniej części okazało się, że Adela ma raka, w tej z kolei Lidka walczy z bezpłodnością, a Konstancja z depresją poporodową. Problemy z którymi zmaga się wiele kobiet, a o których rzadko się mówi. Chociaż zauważam, że autorki literatury kobiecej coraz częściej starają się dodać głębi swoim powieściom poruszając tematy niegdyś tabu, a teraz powoli stające się trendy. Co w moim odczuciu nie jest zarzutem oczywiście.
Podsumowując... Jestem rozczarowana... O ile ogólnie śledzenie losów mieszkanek Pogodnej sprawiło mi przyjemność, o tyle zwieńczenie ich historii wręcz przeciwnie. Polecam, aczkolwiek "Sklepik z niespodzianką. Lidka" uznaję za najsłbszą część cyklu.

poniedziałek, 22 października 2012

Małgorzata Gutowska-Adamczyk "Podróż do miasta świateł. Róża z Wolskich"



Wzięłam wczoraj do ręki książkę, z postanowieniem "poczytam kilka stron i odłożę sobie przyjemność na później". Tak... Oczywiście, jak widać z odkładania nic nie wyszło, bo już mniej więcej około setnej strony nic nie było w stanie mnie oderwać od lektury. Chociaż przyznaję, że z początku miałam trudności z aklimatyzacją. O ile współczesność zaciekawiła mnie od razu, o tyle XIX wieczny Paryż nie bardzo. Ale już po kilkudziesięciu stronach doceniłam dbałość o szczegóły autorki, która oprowadza nas po mieście świateł i przekazuje naprawdę ogrom informacji na temat belle époque.

Warszawa 2011 rok

Nina Hirsch, historyk sztuki pojawia się w Gutowie, aby zając się pogrzebem ciotki Agaty. Ponieważ nie chce mieszkać w mieszkaniu zmarłej, zatrzymuje się w pałacu w Zajezierzycach, którego właścicielką jest teraz Iga Toroszyn wraz z mężem Xawierem. Zaraz po wejściu do pałacu bohaterka natyka się na obraz hrabiego Tomasza Zajezierskiego sygnowany literami R i W. To właśnie ów obraz połączy Igę i Ninę. Właścicielka dzieła pragnie odkryć, czy został namalowany przez Rose de Vallenord, czyli Różę z Wolskich. Nina postanawia pomóc Idze, jednak nim na dobre się rozkręci w odkrywaniu przeszłości, kończy się pierwszy tom...

Paryż od 1867

Krystyna Wolska, wraz z niemą córką Różą przebywa do miasta świateł, do wuja Izydora Ziółkowskiego. Mąż i ojciec, Kazimierz został zesłany na piętnaście lat na Sybir i kobiety są zdane na pomoc rodziny. Mimo codziennych trosk, żyje im się dobrze pod opiekuńczymi skrzydłami wuja. Jednak załamanie na giełdzie, na której Izydor namiętnie grał, powoduje, że staruszek popełnia samobójstwo, a Krystyna i Róża zostają całkiem same, zaznając strasznej biedy i upokorzeń. Jednak nie ma dna, od którego człowiek nie może się odbić, więc po latach zawirowań jakoś zaczynają sobie układać codzienność. Powoli wychodzi też na światło dzienne talent Róży. Objawia się on projektami sukien, jakie dziewczynka robi dla właścicielki butiku w którym wraz z matką są zatrudnione. W życiu obu pań pojawia się też po raz pierwszy nazwisko księcia Rogera de Vallenorda, przez którego dziewczynka w przyszłości zazna zarówno wielu chwil szczęścia, jak i nieopisanego cierpienia.

Równoległe śledzenie losów Niny i Róży powoduje, że możemy dostrzec wyraźne podobieństwa w ich życiu. Obie są uzależnione od swoich matek. Wszystko co robią, ma na celu uzyskanie aprobaty rodzicielki. Jednak zarówno Irena jak i Krystyna nie potrafią dać swoim córkom miłości, której te łakną aż do bólu i przez co nie mogą zaznać pełni szczęścia.

Małgorzata Gutowska-Adamczyk po raz kolejny zabiera nas w niezwykłą podróż... Czytając uświadomiłam sobie, że przecież kiedyś nie było wieży Eiffla! Galerie i wystawy, teatry, domy mody... to tylko niektóre z miejsc, które odwiedzamy za sprawą naszej bohaterki. Autorka jak zwykle zachwyca wielką dbałością o szczegóły, którymi jednak nie przytłacza. Pozwala nam się na chwilę zapomnieć i przenieś do Paryża czasów belle époque. Niezwykle barwnego i wciągającego swym przepełnionym miłością i sztuką klimatem.

Cały rok zmuszona jestem teraz czekać na kolejny tom? Trochę to długi okres, po którym pewnie nie będę już pamiętać wielu szczegółów z tej części. Trochę nawet żałuję, że nie odłożyłam lektury do momentu pojawienia się "Rose de Vallenord". Polecam też czytanie "Podróży do miasta świateł" zaraz po "Cukierni pod Amorem". Wielu bohaterów cukierni pojawia się na kartach najnowszej powieści pani Małgorzaty, jednak czytając w tak dużym odstępie czasowym, nie byłam w stanie sobie przypomnieć, co też poszczególne postaci robiły, kim były, z czego zasłynęły, a byłoby to świetne uzupełnienie lektury.

"Podróż do miasta świateł" polecam oczywiście gorąco. Małgorzata Gutowska-Adamczyk po raz kolejny stworzyła dopracowaną w każdym szczególe, wciągającą powieść, która pewnie zachwyci wielu czytelników.

środa, 10 października 2012

Katarzyna Zyskowska-Ignaciak "Przebudzenie"


"Przebudzenie" to kolejna pozycja Katarzyny Zyskowskiej-Ignaciak, jaką miałam okazję czytać w ostatnim czasie. Odczuwam zapotrzebowanie na literaturę lekką, łatwą i przyjemną, a Pani Katarzyna świetnie swoimi powieściami moje potrzeby zaspakaja. Chociaż tym razem, nie było już tak kolorowa, jak przy poprzednich spotkaniach... Dalej mi się podoba, ale już bez takich zachwytów jak wcześniej.

Zuzanna to młoda dziennikarka, opisująca błahe sprawy w dobrze opłacanym dzienniku. Tkwi w związku bez przyszłości, a wszystkie niepowodzenia i brak zaangażowania w uczuciach tłumaczy nieszczęśliwą miłością w czasach licealnych i śmiercią babci. Jednak jak to w życiu bywa, zdarza się że jedno wydarzenia powoduje, że raz obrany przez nas tor trzeba zmienić. W przypadku Zuzanny, takim sygnałem do zmiany jest list z kancelarii adwokackiej. Okazuje się, że dziewczyna otrzymuje, od uznanego za zmarłego, ale jednak ocalałego w czasie wojny brata babci, dość pokaźnych rozmiarów teren na Mazurach (Tutaj uwaga do osób, które tworzyły opis książki na okładce. Słowo posiadłość, jest nieadekwatne do tego, co rzeczywiście otrzymuje bohaterka i może czytelnika wprowadzić w błąd. W końcu jest to tylko ziemia, bez zabudowań). Jednak spadek wcale nie przynosi korzyści, ale powoduje, że w życiu kobiety zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Ktoś włamuje się do jej mieszkania, śledzi jej poczynania, podrzuca karteczki z dziwnym symbolem węża... 
Zuzanna oczywiście wyjeżdża na Mazury, aby przeprowadzić rekonesans. Odkrywa tam fascynującą historię swojej rodziny, która od lat jest znienawidzona przez plemię Galindów. Jaki wpływ ma historia na teraźniejszość i jak potoczą się losy kobiety? Warto sprawdzić...

Tym razem autorka zaserwowała nam powieść z lekkim dreszczykiem. Dość dobrze skonstruowany wątek kryminalny, w który pisarka wplotła trochę magii i starych wierzeń plemion nadbałtyckich, powoduje że z ciekawością czytamy powieść do ostatniej strony. Nie łatwo jest się też domyślić finału, który jednak jest jak na mój gust, trochę za bardzo nieprawdopodobny. Katarzyna Zyskowska-Ignaciak skorzystała też w przypadku "Przebudzenia" z utartych już schematów spotykanych w innych powieściach, czyli niespodziewany spadek, niespodziewany przyjaciel itd, jednak po raz kolejny udało jej się ująć całość w nietypowy sposób i stworzyć coś, co mimo wszystko odbiega od tego, co serwowane jest nam już w nadmiarze...
Myślę, że zarówno po "Przebudzenie", jak i pozostałe książki autorki "Ucieczka znad rozlewiska" i "Niebieskie migdały" warto sięgnąć, jeżeli poszukuje się miłej i odprężającej lektury.
Polecam!

piątek, 5 października 2012

Katarzyna Zyskowska-Ignaciak "Niebieskie migdały"


Bardzo przypadło mi do gustu pisarstwo Katarzyny Zyskowskiej-Ignaciak, która tworząc lekką w odbiorze literaturę kobiecą, przemyca wiele problemów jakie mogą spotkać każdą z nas i dawkuje odpowiednio poziom miłosnego lukru. Nie inaczej jest w powieści "Niebieskie migdały", gdzie po raz kolejny autorka zaserwowała nam mądrą i wyważoną opowieść...

Tym razem poznajemy Inę, a właściwie Balbinę. Córkę ekscentrycznej malarki i mamę małego Kajtusia. Historia Iny zaczyna się w momencie kiedy odchodzą jej wody, zaczyna się poród i na świat przychodzi nieślubny synek. Dziewczyna kilka miesięcy wcześniej została porzucona przez przystojnego prezentera telewizyjnego Maksa "Przemysława" Wszawskiego i z rodzicielstwem od samego początku musi radzić sobie sama, z lekką tylko pomocą rodziców i szalonej przyjaciółki Karoliny. Jak się okazuje, dziecko to nie tylko szczęście, ale przede wszystkim płacz, pieluchy, kłopoty z wyjściem z domu i wiele innych problemów. Samotna matka ma też niewielkie szanse na nową miłość, bo w końcu który mężczyzna z miejsca bierze kobietę z całym dobrodziejstwem inwentarza?

Katarzyna Zyskowska Ignaciak po raz kolejny zauroczyła mnie stworzoną przez siebie historią. Trochę irytowało mnie to, że bohaterką uczyniła dziewczynę z raczej bogatego domu, która nie musiała się martwić o wydatki i życie codzienne, co raczej mało wspólnego ma z realnym funkcjonowaniem na ziemskim padole. Jednak nawet ten zgrzyt, nie był w stanie zepsuć mi lektury. Ba... zaczęłam wierzyć, że nawet jeżeli życie nie układa się po naszej myśli, to nie należy przestawać myśleć o niebieskich migdałach! Autorka pokazała, że bycie mamą, nawet samotną, nie oznacza, że kobieta musi rezygnować z siebie. A jeszcze pokazuje to w zupełnie inny sposób niż serwują to telewizje śniadaniowe i różnorodne poradniki. Po prostu jest bardziej realnie, bez koloryzowania z lepszymi i gorszymi chwilami. 

Pani Katarzyna trafiła już do grona moich ulubionych polskich pisarek, tworzących literaturę tzw. "kobiecą" i bardzo się cieszę na myśl o spotkaniu z kolejnymi postaciami przez nią wykreowanymi. Poza tym, uwielbiam kiedy ktoś tak ładnie nazywa swoich bohaterów! Zachęcam do lektury!

Książkę można nabyć w księgarni Matras -> Niebieskie migdały

niedziela, 5 sierpnia 2012

Allegra McEvedy i Paul Merrett "Ekonomia gastronomia"

Kiedy pierwszy raz wzięłam do rąk "Ekonomię gastronomię" wpadłam w zachwyt nad przepięknym wydaniem. Cudowne zdjęcia, kolory stron i czcionek, wszystko ze sobą idealnie współgra i zachęca do głębszego zapoznania się z pozycją
"W Ekonomii gastronomii chodzi o smaczniejsze jedzenie i staranniejsze gospodarowanie wydatkami. O skrócenie listy zakupów i lepsze wykorzystanie składników."

Tak w skrócie, autorzy wyjaśniają na czym polega idea ich książki. 
W pierwszych rozdziale otrzymujemy informację o tym, jakie wyposażenie powinno się koniecznie znaleźć w naszej kuchni, aby ułatwić nam gotowanie. I rzeczywiście lista przedmiotów wydaje się być optymalna i nieprzesadzona a rzeczy niezbędne. Następnie na tapetę trafia "gromadzenie zapasów" i w tym miejscu, niestety mam kilka uwag. Autorzy to para kucharzy angielskich, więc jak można się spodziewać ich lista to w dużej mierze produkty popularne na wyspach. Ten rozdział zupełnie nie wpisuje się w polskie realia, jednak po dokonaniu kilku modyfikacji, i wymianie składników na te popularne w naszych rodzimych kuchniach, myślę że spokojnie będzie można skorzystać z rad Allegry dotyczących zapełniania półek w spiżarniach i lodówkach.
Następnie otrzymujemy kilka naprawdę dobrych porad jak przechowywać jedzenie i planować posiłki oraz przede wszystkim zakupy, aby uniknąć przynoszenia do domu zupełnie niepotrzebnych produktów, które i tak ostatecznie trafiają do kosza.

Po wstępnych poradach, przychodzi czas na to co najlepsze... czyli ponad 100 przepisów! Chyba najbardziej przypadł mi do gustu rozdział gdzie z kilku podstawowych składników autorzy tworzą kolejne potrawy, w których wykorzystują wszystko, z kośćmi kurczaka włącznie. U Paula i Allegry nic nie ma prawa się zmarnować... Mam jednak zastrzeżenie, co do liczby składników wykorzystywanych w każdym przepisie. Większość potraw to długa lista produktów, w które trzeba się zaopatrzyć przed gotowaniem. Ekonomiczne podejście do gotowania raczej widziałabym w zmniejszeniu ilości produktów niezbędnych do przygotowania dań. Niemniej, potrawy powstałe z receptur Anglików są pyszne! Skąd wiem? Oczywiście sprawdziłam. Na pierwszy ogień poszła frittata z kiełbasą chorizo (zastąpioną przeze mnie zwykłą wiejską)

Przepis na moim blogu Magia gotowania...


Reasumując... "Ekonomia gastronomia" to przede wszystkim przesłanie "jedz smaczniej, wydawaj mniej". Korzystając z rad Allegry i Paula, z pewnością można ograniczyć wydatki na jedzenie, czy też ilość wyrzucanych, przeterminowanych lub zepsutych produktów. Jednak książkę kucharską kierowałabym raczej do osób bardziej zaawansowanych w sztuce kulinarnej. Znajdziemy w niej kilka prostych przepisów, jednak przeważająca ich część wydaje mi się być na wyższym poziomie zaawansowania.







sobota, 28 lipca 2012

Katarzyna Zyskowska-Ignaciak "Ucieczka znad rozlewiska"

Był czas, kiedy zdecydowanie odwróciłam się od tzw. literatury kobiecej, sięgając po ambitniejsze pozycje. Jednak przyszedł taki moment, kiedy mój wymęczony umysł nie jest w stanie przyjmować np. literatury faktu, ponieważ najzwyczajniej w świecie pragnie dobrej rozrywki. Przeprosiłam się więc ładnie z babskimi czytadłami i cieszę się lekturami, które może nie są najwyższych lotów, ale za to przynoszą niezwykle mi potrzebne odprężenie.
"Ucieczkę znad rozlewiska" prawdopodobnie jakiś czas temu skreśliłabym już za sam tytuł, ponieważ rozlewisko bynajmniej nie kojarzy mi się dobrze. Teraz jednak, zachęcona recenzją Kingi i złakniona takiej lektury sięgnęłam i po prostu przepadłam. Już dawno tak dobrze nie bawiłam się przy lekturze, a wszystko za sprawą Franciszki Melzer.

Mieszkankę Kazimierza Dolnego poznajemy na tydzień przed jej wielkim życiowym wydarzeniem - ślubem z Kubą, miejscowym chłopakiem bez pamięci w niej zakochanym. Jednak im bliżej do wielkiego dnia, tym więcej wątpliwości nachodzi Frankę, a ich kulminacja następuje tuż przed samym ołtarzem. Dziewczyna ucieka, zostawiając w kościele zdumionych rodziców, gości i przede wszystkim przyszłego męża. To wydarzenie powoduje przełom w nudnym i przewidywalnym życiu bohaterki. Ucieczka do stolicy przynosi Franciszce spełnienie w wielu dziedzinach życia, jednak czy we wszystkich...?

Chętnie zdradziłabym więcej przygód Franki, jednak nie chcę przez przypadek zdradzić za dużo fabuły i zepsuć lektury potencjalnym czytelniczkom. A że sięgnąć warto, to pewne. Z Katarzyną Zyskowską-Ignaciak spotykam się po raz pierwszy i na pewno nie ostatni. Zachwyca mnie lekkość z jaką stworzyła historię ucieczki znad rozlewiska. Stworzyła bohaterkę, w której chyba każda z nas mogłaby znaleźć coś z siebie. Naturalna dziewczyna, pełna wątpliwości, czy jej życie toczy się właściwym torem, czy też coś gdzieś umyka niezauważalnie i jest już nie do odzyskania. Franka podejmuje trudną decyzję, która rani wiele osób, ale pozwala jej kierować własnym życiem po swojemu, a nie zgodnie z ustalonymi konwenansami. I chociaż wydawać by się mogło, że książka rzecze o miłości, nic bardziej mylnego. "Ucieczka znad rozlewiska" to kawałek dobrej literatury obyczajowej, która z pewnością przypadnie do gustu niejednej kobiecie, a szczególnie miłośniczkom gotowania. Tak, tak, bo o gotowaniu i zdrowym odżywianiu o dziwo też w tej książce trochę przeczytacie. Katarzyna Zyskowska-Ignaciek, trafiła całą pisarską mocą w mój gust, poprawiła mi humor i podobnie jak wczoraj Katarzyna Michalak, pozwoliła się oderwać od smutnej rzeczywistości.

Polecam więc gorąco!

piątek, 27 lipca 2012

Katarzyna Michalak "Sklepik z niespodzianką. Adela"

Jakoś tak wychodzi, że seria z kokardką towarzyszy mi w chwilach, kiedy moje życie nie układa się pomyślnie. Bogusię czytałam ze złamanym sercem i nie inaczej jest z Adelą... Aż boję się co będzie przy Lidce ;) Mieszkanki Pogodnej towarzyszą mi w smutnych chwilach i odciągają moje myśli od szarej i nieprzychylnej mi rzeczywistości. Może dlatego darzę je taką sympatią? Będę więc chyba nieobiektywna ;)

Sklepik z niespodzianką prosperuje świetnie i mieszkańcy Pogodnej oraz okolicy coraz częściej zaglądają w skromne progi ślicznej gospodyni, aby delektować się pysznymi wypiekami i napojami. Bogusia w końcu zajmuje się z odpowiednią werwą swoją działalnością, która zaczyna przynosić zyski. Tymczasem nad życiem mieszkańców Pogodnej zbierają się czarne chmury. Pojawia się żona Wiktora, Anna Potocka, której zaginięcie przed trzema laty poruszyło małą społeczność. Prawda, którą kobieta wyjawia mężowi i synowi wstrząsa do głębi nie tylko samymi zainteresowanymi, ale również Bogusią, Adelą, Lidką i Stasią.
W tej części, jak można się domyślić po tytule, autorka skupia się na Adeli, miejscowej Femme fatale. Poznajemy jej historię niemal od samego początku i pewnie niejedną z nas zadziwią jej losy, ściśle związane z ukochanym Bogusi. 

Katarzyna Michalak mnie zaskoczyła, ponieważ zupełnie nie spodziewałam się sięgając po książkę tego, co otrzymałam. I jest to oczywiście zaskoczenie na plus. Historia pełna jest dramatycznych zwrotów i nieprawdopodobnych wątków, które być może odejmują jej trochę wiarygodności, ale czy aby o to w tym wszystkim chodzi, żeby było realnie i prawdopodobnie? Ważne jest to, że "Sklepik z niespodzianką" to lektura od której ciężko się oderwać i która z pewnością zaskoczy niejedną osobę po nią sięgającą. Po prostu przyjemnie się ją czyta. I co najważniejsze... poziom lukru jest jak najbardziej zrównoważony. Jak w życiu, czyli słodko-gorzko.

"Sklepik z niespodzianką" po raz kolejny odwrócił moją uwagę od problemów dnia codziennego. Przynajmniej na chwilę mogłam zapomnieć o tym jak mi źle i przenieść się do Pogodnej w towarzystwie sympatycznych bohaterek. Polecam więc jako odprężającą i kojącą lekturę.

niedziela, 22 lipca 2012

Anna J. Szepielak "Dworek pod Lipami"

Nie ukrywam, że z wielką ciekawością sięgałam po "Dworek pod Lipami", ponieważ lektura debiutanckiej powieści autorki "Zamówienia z Francji" sprawiła mi wielką przyjemność. Anna J. Szepielak potrafiła stworzyć dla swoich czytelników niepowtarzalny klimat opowieści, dzięki któremu ciężko było oderwać się od losów Ewy. Niestety najnowsza powieść odrobinę mnie zawiodła. Zabrakło jej jakiejś lekkości i świeżości, które cechowały poprzednią pozycję, niemniej historia przedstawiona w "Dworku pod Lipami" wcale nie należy do nieudanych.

Gabriela jest znaną pisarką, autorką bestselerowych opowieści o weterynarz Julii (coś mi to przypomina...). Ma poukładane życie, rok wcześniej wyszła za mąż za Marka, właściciela stadniny koni, a  powieści, które pisze cieszą się sporą popularnością. Jednak przychodzi moment, kiedy zaczyna odczuwać, że coś jest nie tak. Mąż daje jej dużo swobody i nie ingeruje w jej decyzje i wybory jednocześnie zamykając się w swoim własnym świecie, złożonym z pracy, dzieci i domu, do którego Gabrysia w zasadzie nie ma wstępu. O ile wcześniej jej to nie przeszkadzało, o tyle po roku małżeństwa odkrywa, że czuje się obco we własnym domu, a mąż tak naprawdę, żyje ze swoją pierwszą zmarłą żoną, która nieustannie towarzyszy mu w pomieszczeniach pełnych jej rzeczy i wspomnień. Również pisanie powieści nie sprawia jej takiej radości jak kiedyś. Wydawnictwo jest oburzone drastycznym zakończeniem przygód Julii i naciska na autorkę, aby dokonała zmiany. Gabrysia jest zagubiona i w sukurs przychodzi jej przyjaciółka Maryla, która zmuszona do szybkiego wyjazdu, prosi bohaterkę o to, aby przez jakiś czas zamieszkała w jej domu. Tam Gabrysia nabiera dystansu i ma czas na przemyślenia, jednocześnie zaczyna tworzyć historię Celiny, której losy umiejscawia w XIX wieku.

Anna J. Szepielak zastosowała ciekawy zabieg, który sprawił, że jej książka różni się od innych  powieści dla kobiet. Opisuje historię pisarki Gabrysi, i pozwala czytelnikowi śledzić proces twórczy, z którego rodzi się Celina, równie interesująca postać. Otrzymujemy więc takie 2 in 1. Zastanawia mnie tylko, dlaczego bohaterka, chcąc stworzyć coś ambitnego zaczyna pisać romans historyczny? Bo nie da się ukryć, że tym właśnie jest opowieść o Celinie. Nic nie ujmując tego typu książkom, jednak inaczej wyobrażałam sobie "ambitną literaturę".
Cieszę się, że Anna J. Szepielak nie stworzyła kolejnej łzawej historii wielkiej miłości jakich wiele, a skupiła się na nieporozumieniach i problemach, jakie pojawiają się u małżeństwa z niewielkim stażem. Mało kto porusza takie tematy, a to zdaje się dość interesujące zjawisko które często występuje u "młodych" par. Wprawdzie miejscami, szczególnie przy zakończeniu zrobiło się trochę zbyt słodko i miło, a czasami niektóre momenty książki były po prostu nudnawe, to całość można zaliczyć, jako udaną powieść dla kobiet, która z pewnością wciągnie i sprawi przyjemność.

Jak pisałam we wstępie, zabrakło mi trochę tego niepowtarzalnego klimatu, jaki odnalazłam w debiutanckiej powieści, jednak "Dworek pod Lipami" to z pewnością pozycja po którą warto sięgnąć, choćby dla samego odprężenia. Ale żeby tylko na przyjemności nie skończyć, autorka wystarała się o to, aby poruszyć kilka istotnych i niosących głębsze przesłanie problemów.

Polecam więc "Dworek pod Lipami", a jeszcze bardziej wcześniejsze "Zamówienie z Francji".


piątek, 27 kwietnia 2012

Jasmin Darznik "Irańska córka"

Jasmin Darznik to Iranka wychowana w Ameryce, zrodzona z ojca Niemca i matki Iranki. Dorastała z dala od kultury w jakiej przyszło żyć pokoleniom kobiet w jej rodzinie i stałą się typową amerykańską dziewczyną. W losy swojej matki zagłębia się w momencie, kiedy podczas porządków odnajduje zdjęcie na którym jej rodzicielka w wieku kilkunastu lat, w welonie i z mężczyzną, który nie jest ojcem Jasmin, spogląda w obiektyw aparatu. Mimo początkowej niechęci Lily postanawia nagrać swoją opowieść i wysłać córce. Jej losy pokazują jak wygląda życie kobiet w muzułmańskim kraju i z jakimi trudami przychodzi im się mierzyć..

"Irańska córka" to historia trzech pokoleń kobiet, którym przyszło żyć w świecie zdominowanym przez mężczyzn i ich potrzeby. Opowieść zaczyna się w momencie, kiedy Pargol, prababka Jasmin, rodzi swoje dziewiąte dziecko - Kobrę. Dużo uwagi autorka poświęca swojej babce, która jako dziewczynka została oddana przez brata (spłacającego w ten sposób karciane długi) na żonę Sohrabowi. Historia związku tych dwojga pełna jest cierpienia i przetykana wieloma rozstaniami. Jednak Kobra, mimo że nigdy nie doceniona przez męża, w pewien sposób znalazła swoją życiową drogę. 
Jej córka Lily, czyli matka autorki, doznała chyba najwięcej cierpień ze strony mężczyzny. Wydana za mąż została w wieku lat trzynastu, za niewątpliwie chorego psychicznie Kazama. Bicie stało się codziennością Lily. Ciąża nie uwolniła jej od razów męża, a nawet później niemowlę przy piersi nie uspokoiło zapędów mężczyzny. Pewna, że któryś z ciosów w końcu ją zabije, postanawia odejść, co jest decyzją trudną i jednocześnie bardzo odważną. Według prawa, córka musi zostać przy ojcu, dlatego dziewczyna zmuszona jest rozstać się z własnym dzieckiem. Dalsza część książki pokazuje, że determinacja i ciężka praca, pozwalają osiągnąć wiele, nawet jeśli środowisko w jakim żyjemy nie do końca nas wspiera, a wręcz rzuca kłody pod nogi.

Jasmin Darznik poprzez opowieść matki przedstawia życie irańskich kobiet, które mimo iż ich sytuacja często wydaje się być wręcz dramatyczna nie poddają się i nie użalają nad sobą. Każde kolejne pokolenie to historie silnych kobiet, które znajdują swoje sposoby na przetrwanie w nieprzychylnym im świecie. Mimo iż często ich życie to pasmo rozczarowań pozbawionych przyziemnych przyjemności, warto poznać ich hart ducha, którego my, ludzie wychowani w zupełnie innej kulturze, często jesteśmy zupełnie pozbawieni.
"Irańska córka" to historia pisana przez życie. Do bólu prawdziwa i wywołująca mnogość emocji w czytelniku. Amerykańska Iranka oddaje głos matce, która swoją opowieścią przybliża córce zwyczaje i zasady jakimi rządzi się świat z którego zmuszona była emigrować. A ta z kolei prezentuje je nam, czytelnikom. "Irańska córka" to z pewnością lektura, której warto poświęcić uwagę!

czwartek, 12 kwietnia 2012

Laurel Corona "Wenecja Vivaldiego"


"Wenecja Vivaldiego" to kolejna książka, która w głównej mierze traktuje o muzyce, a którą dane mi było czytać. Po świetnym "Hiszpańskim smyczku" Andromedy Romano-Lax, do którego wielokrotnie odnosiłam się przy opisywaniu tego typu powieści, myślałam że nie dostane drugiej równie fascynującej pozycji. Książka Laurel Corony napisana jest w innym stylu, opisuje inną epokę, ale jest w niej coś, co już raz oczarowało mnie tak bardzo w "Hiszpańskim smyczku" - muzyka.

Maddalena i Chiaretta, jako malutkie dziewczynki, trafiają do sierocińca Ospedale della Pieta. Sierociniec, to nie tylko miejsce gdzie znajdują schronienie, porzucone przez matkę kurtyzanę, ale również szkoła, która wykształca w dziewczynkach wrażliwość muzyczną i przygotowuje je do życia w klasztorze albo zamążpójścia. To jedno z niewielu miejsc we Włoszech gdzie tak wielką rolę przywiązywano do edukacji muzycznej dziewcząt. Figlie di coro, sławne były na całą Wenecję i poza jej granicami. Dziewczynki śpiewające i grające za kratą pobudzały wyobraźnie i zaspakajały wyrafinowane gusta muzyczne słuchaczy.

Chiaretta od dziecka wie, że największą jej pasją jest śpiew i w tym kierunku też rozwija się jej talent. Jej głos szybko staje się sławny. Z kolei Maddalena długo szuka swojej drogi. Jej życie odmienia się w dniu, kiedy bierze do rąk skrzypce. Okazuje się, że jest to instrument który staje się dla niej wszystkim, a muzyka na nim tworzona wychodzi z głębi serca i rozpala wyobraźnie słuchaczy pasją i energią z jaką Maddalena ją wykonuje. Zauważa ją sam Vivaldi, u którego już wkrótce pobiera lekcje.
Obie dziewczynki dorastają w murach Piety i rozwijają swoje talenty, jednak przychodzi moment, w którym muszą zdecydować jak potoczy się ich życie, ponieważ reguły Piety zakładają, że po osiągnięciu pewnego wieku wychowanka powinna wyjść za mąż, bądź też zawierzyć się Bogu.
Jakie decyzje podejmą Maddalena i Chiaretta i jak potoczy się ich życie? Czy zaznają szczęścia?

Kiedyś wydawało mi się, że aby sugestywnie pisać o muzyce, trzeba być bardzo z muzyką związanym, grać na instrumencie, śpiewać, sama teoria to jednak nie wszystko. Jednak jak się okazuje, Laurel Corona, nie gra na skrzypcach, nie śpiewa, a świetnie oddała klimat włoskiego świata muzycznego XVIII wieku. Zawsze uwielbiałam "Cztery pory roku" Antonio Vivaldiego, a słuchając ich po lekturze przyznaję, że odnalazłam nowe interpretacje i dźwięki, których wcześniej nie słyszałam, lub nie potrafiłam zrozumieć.
Z reguły nie podoba mi się umieszczanie w fikcji literackiej prawdziwych postaci i przypisywanie im sytuacji i zachowań, które nie miały miejsca. Jednak Corona w genialny sposób przybliżyła postać "Rudego księdza" o którym w zasadzie wiadomo niewiele. Zadbała też, aby daty z książki pokrywały się z rzeczywistymi wydarzeniami, a nawet jeśli w którymś momencie prawda została naciągnięta na potrzeby powieści, to autorka uczciwie o tym wspomina w posłowiu.

"Wenecja Vivaldiego" to też bardzo sugestywny opis miejsca. Dzięki postaci Chiaretty, Laurel Corona wprowadza do powieści obraz oszałamiającego miasta. Panie w sztywnych gorsetach i ich cavaliere servante, gondolierzy, maskowe karnawały to tylko niektóre elementy powieści, które dużo nam mówią o obyczajowości i naturze ówczesnej Wenecji.

Powieść Laurel Corony, to piękna historia obleczona w dźwięki ponadczasowej muzyki Vivaldiego i oszałamiająca przepychem miasta kanałów.
Gorąco polecam lekturę przy dźwiękach "Czterech pór roku"!
Vivaldi - Wiosna 1: Allegro

piątek, 23 marca 2012

Małgorzata Gutowska-Adamczyk "Serenada, czyli moje życie niecodzienne"


Wiosna nastraja mnie bardzo pozytywnie, postanowiłam sięgnąć więc po lekturę lekką i przyjemną... Padło na pierwszą powieść Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk dla dorosłych czytelników. "Serenada, czyli moje życie niecodzienne" to historia Kasi Zalewskiej, trzydziestoletniej niespełnionej aktorki Białostockiego Teatru Lalek. Jako ostatnia singielka w grupie, wybiera się na wesele koleżanki do Warszawy. W pociągu poznaje przystojnego Adama, w którym oczywiście zakochuje bez pamięci. Mężczyzna załatwia jej casting do najpopularniejszego serialu w kraju "Życia codziennego". Jak się okazuje, Kasia pada ofiarą małego podstępu Adama... Podczas przesłuchania proponuje się jej zastąpienie największej gwiazdy serialu - Sereny Lipiec, zarówno na ekranie jak i w prawdziwym życiu. Zdezorientowana bohaterka oczywiście odmawia, uważając sytuację za absurdalną. Jednak po namyśle i sporej dawce alkoholu decyduje się na "zastępstwo". Konsekwencje zamiany ról oczywiście zaskakują wszystkich, a najbardziej białostocką aktorkę.

Małgorzata Gutowska-Adamczyk, to pisarka która nie zawodzi czytelnika i nie inaczej jest tym razem. Serenada, zupełnie różni się od popularnej sagi, za to z pewnością przypadnie do gustu miłośnikom komedii romantycznych. Autorka raczy nas sporą ilością zabawnych i żywych dialogów, które nadają odpowiednie tempo powieści. Ani na moment, bohaterka nie daje nam odetchnąć, wpadając co rusz w nowe, zabawne tarapaty. Oczywiście Kasia, zakochująca się średnio trzy razy na tydzień (z planowaniem wesela, dzieci i szczęśliwej starości włącznie), miejscami bardzo irytuje. Zachowuje się jak nastolatka, a nie dojrzała kobieta. Ale chyba na dłuższą metę, można jej to wybaczyć...

Książka świetnie ukazuje medialny świat, w którym nie liczy się człowiek, a zyski. Fałsz i obłuda stanowią chleb powszedni, a przyjaźń istnieje zależnie od tego jakie panują układy na "górze". Smutny, ale chyba niestety prawdziwy obraz show biznesu...

I tak podsumowując stwierdzam, że to sympatyczna, odprężająca lektura na kilka godzin, która z pewnością jest w stanie poprawić humor. Czy polecam? Pewnie że tak, trochę pozytywnej literatury kobiecej z pewnością nie zaszkodzi. :-)


piątek, 16 marca 2012

Dr Pierre Dukan "Mężczyźni wolą krągłości"


Czy mężczyźni wolą krągłości? Zdecydowanie, od zarania dziejów odpowiedź jest taka sama... Tak! Kobiece kształty przyciągają wzrok, a zaokrąglone biodra i ładny pełny biust to jest to co stymuluje płeć przeciwną i odróżnia nas kobiety od mężczyzn. Dr Pierre Dukan, autor znanej prawdopodobnie niemal wszystkim diety proteinowej i miłośnik kobiecych krągłości z pomocą swej najnowszej książki występuje w obronie tych niewątpliwych symboli kobiecości, które współczesna cywilizacja skutecznie próbuje unicestwić.
"Książce tej przyświeca jeden jedyny cel: zrehabilitować krągłości, przywrócić im centralne miejsce w kobiecym wizerunku. One przemawiają do każdego mężczyzny, więc pogódźmy się z tym i nie kpijmy już z Natury, która stara się jak najsilniej związać dwoje ludzi."

Autor udowadnia w książce coś co wydaje się oczywiste... Dlaczego więc kobieta dąży do unicestwienia tego co od wieków jest jej naturalnym atutem? Dlaczego szerokie, krągłe biodra są passe, skoro powinny być kwintesencją kobiecości? Dlaczego lansuje się modę na szczupłe, chłopięce, prostokątne sylwetki z wystającymi kośćmi? To tylko niektóre z pytań, na które w przystępny sposób odpowiada światowej sławy lekarz.

I niech Was nie zmyli nazwisko dietetyka. Nie o diecie jest ta książka. Nie dowiecie się z niej jak osiągnąć idealną sylwetkę, ale jedynie jak na powrót uczynić atutem to, czym obdarzyła nas natura i czym odróżnia nas od naszych partnerów.
"Krągłość i kształtność , dyskredytowane we współczesnej cywilizacji, są moim zdaniem najbardziej wyrazistymi i najlepiej definiującymi różnice płciowe cechami kobiety."
Sięgnęłam po lekturę, ponieważ przyciągnęło mnie nazwisko autora i tytuł. I ze zdziwieniem, po kilkunastu stronach, stwierdziłam, że nie potrafię się od niej oderwać. Od dawna znam wartość swoich krągłości i nie trzeba mnie przekonywać do tego, że są niewątpliwym atutem, a nie powodem do wstydu, czy kompleksów. Czytając więc kolejne strony, na których autor przytacza liczne przykłady z życia seksualnego zwierząt, czy też popiera swoje wywody latami doświadczeń lekarza mającego kontakt z pacjentkami niezadowolonymi ze swoich kształtów, zastanawiam się do czego dążymy i czy wizja unicestwienia kobiecości serwowana przez Dukana urzeczywistni się? Smutny jest więc wniosek po lekturze... Próbujemy oszukać naturę, która od zawsze obdarza nas atutami, które w dzisiejszym konsumpcyjnym i sfeminizowanym świecie wpędzają kobiety w kompleksy, a mężczyzn w nerwicę...

"Mężczyźni wolą krągłości" to ciekawa lektura, która z pewnością poprawi humor i doda wiary wielu kobietom niezadowolonym ze swoich krągłości.
Oby zdrowy rozsądek, wygrał ze stadnym pędem za aktualnymi (niezdrowymi) trendami!
Polecam i wielkie brawa dla Pierra Dukana!


piątek, 9 marca 2012

Hanan Asz-Szajch "Szarańcza i ptak"


Długi czas minął, zanim Hanan Asz-Szajch przełamała się i spisała historię swojej matki Kamili. Autorka czuła żal do kobiety, która postanowiła niemalże zrezygnować z dzieci, tylko po to, aby walczyć o miłość. Hanan długo nie potrafiła zrozumieć postępowania matki, wczuć się w jej życie i zaakceptować decyzji jakie ta podejmowała. Historia "Szarańczy i ptaka" pomogła obu kobietom we wzajemnym zrozumieniu, a jednocześnie pokazała jak trudne jest życie w świecie zdominowanym przez mężczyzn, gdzie płeć piękna nie ma nic do powiedzenia.

Kamila szybko odkryła, że życie jest okrutne. Już jako dziecko zaznała głodu, po tym jak rodzinę opuścił ojciec, po to aby zamieszkać z nową żonę. Mężczyzna zostawił żonę bez środków do życia, co zmusiło ją do powrotu do Bejrutu i zamieszkania u dzieci z pierwszego małżeństwa. Kamila kiepsko czuła się wśród przyrodniego rodzeństwa, które nie traktowało nowo przybyłych członków rodziny jak równych sobie. Dziewczynka zamiast się uczyć zmuszona została do pracy. Świat Kamili zmienia się, kiedy poznaje Muhammada, w którym zakochuje się ze wzajemnością pierwszą niewinną młodzieńczą miłością. Jednak nie dane jest jej zaznać szczęścia z wybrankiem serca. Rodzina zmusza ją do poślubienia dużo od niej starszego szwagra (męża zmarłej siostry) Abu Husajna. Dziewczynka, wówczas czternastoletnia, nie przestaje jednak marzyć. Rodzi dwie córki Hanan i Fatimę i dalej spotyka się z kochankiem. W końcu naciskana przez ukochanego i otoczenie decyduje się na rozwód, co jest wielką odwagą i ślub z Muhammadem. Jak potoczyło się jej życie i czy zaznała w końcu szczęścia? Warto sprawdzić.

Hanan Asz-Szajch stworzyła barwną i wciągająca historię opartą na życiu własnej matki, z którą nigdy nie łączyła jej dobra relacja. Problemem Kamili było nie tylko trudne i usłane nieszczęściami życie, ale przede wszystkim charakter. Czytając książkę, miałam wrażenie że kobiecie nie pozwolono dorosnąć i już na zawsze pozostała gdzieś na etapie nastoletnim. Wiele jej zachowań i decyzji już jako dorosłej kobiety trąciło dziecinnością i chęcią "dobrej zabawy". I nie jest to w żadnym wypadku zarzut wobec bohaterki "Szarańczy i ptaka". To jak się zachowywała było przede wszystkim winą otoczenia, które nie potrafiło odpowiednio zając się dzieckiem i skazało je na życie, na które psychicznie jeszcze nie było gotowe.
Historia Kamili jest smutna i poruszająca, ale daje też nadzieję na to, że mimo przeciwności losu można przestać płynąć z nurtem narzuconym przez świat w jakim się żyje i wybrać własną drogę, nawet jeśli okupiona jest trudnymi i kontrowersyjnymi decyzjami.

Polecam, warto poznać życie libańskiej dziewczynki!

wtorek, 14 lutego 2012

Wendy Webb "Duchy przeszłości"


Chociaż raczej nie gustuję w tego typu powieściach, przyznaję, że "Duchy przeszłości" wciągnęły mnie niemal od pierwszej strony i dostarczyły dużo czytelniczej rozrywki.

Hallie niespodziewanie dostaje list od matki, którą uważa za zmarłą. Ojciec przez wiele lat karmił ją historią o pożarze w którym rzekomo zginęła Madlyn. Staruszek nie może jednak wyjaśnić córce, dlaczego kłamał, ponieważ kilka dni później umiera. Dziewczyna, która ponad wszystko kochała ojca, postanawia odnaleźć klucz do historii i poznać prawdę. W tym celu wybiera się na wyspę na której mieszkała matka. Okazuje się, że ta zapisała jej w spadku spory majątek, wraz z pięknym wiktoriańskim dworem. Na wyspie Hallie zostaje przyjęta bardzo chłodno, w końcu mieszkańcy myśleli, że ponad trzydzieści lat wcześniej utonęła wraz z ojcem w jeziorze. Okazuje się również, że rodzic podejrzany był o zabójstwo małej dziewczynki... Bohaterka musi zmierzyć się ze swoją przeszłością i przeznaczeniem, oraz odkryć mroczną historię domu i tragicznie zmarłych trojaczków. Pomaga jej w tym prawnik i wykonawca testamentu - Will Archer i jak łatwo się domyślić, między tą dwójką szybko rodzi się nić porozumienia...

"Duchy przeszłości" to świetne, trzymające w napięciu czytadło na długie wieczory. Autorka stworzyła niepowtarzalny klimat, gdzie czarownice, magia i duchy są na porządku dziennym. Do tego interesująca historia miłosna, rodzinna tajemnica i obowiązkowo wiktoriański dwór... Dla każdego coś dobrego, do tego stopnia, że nie można się oderwać od lektury.

Polecam więc, na dłuuuugie zimowe wieczory ;-)

środa, 5 października 2011

Małgorzata Gutowska-Adamczyk "Cukiernia Pod Amorem. Hryciowie"


Prawie rok czekania na ostatni tom miał swoje plusy i minusy. Na pewno czas ten zaostrzył apetyty czytelnicze. Wraz ze zbliżającą się datą premiery, czułam coraz większą ekscytację, związaną z poznaniem ostatecznym losów bohaterów. Jednak kiedy przystąpiłam już do lektury, pojawił się problem, z powrotem do Gutowa, przypomnieniem sobie wszystkich bohaterów z poprzednich części, którzy już niestety w mojej pamięci przyblakli i przede wszystkim z poczuciem klimatu rodzinnej sagi, jaki udzielał mi się przy poprzednich częściach. Na szczęście autorka zamieszcza na końcu książki kalendarium i spis postaci, co znacznie ułatwia lekturę trzeciego tomu.

Mimo początkowych trudności, szybko wchłonęły mnie losy bohaterów, podobnie jak w poprzednich częściach przeżywających zauroczenia, zdrady i intrygi, tym razem na tle II Wojny Światowej i PRL-u.

Małgorzata Gutowska-Adamczyk jak zwykle prowadzi fabułę dwutorowo - w latach 90-tych i w przeszłości.
W 1994 roku Iga zaprzątnięta romansem ojca z Heleną Nierychło oddala się trochę od rozwiązania zagadki pierścienia. Z pomocą przychodzi jej babcia Celina, wracająca do zdrowia po chorobie. Starsza pani rozpoznaje bluzkę na ciele odnalezionej, zmumifikowanej kobiety, jako swoją. W jakich okolicznościach i komu ją oddała? Nie zdradzę...
W Gutowie pojawia się również młodzieńcza miłość Celiny - Adam Toroszyn, wraz z wnukiem i synem. Czy będzie dane im się spotkać i odnaleźć dawne uczucia?

Równocześnie śledzimy losy bohaterów w przededniu wybuchu II Wojny Światowej. Adam, pozostawiając hrabiego Tomasza i Pawlaka w majątku, udaje się do Warszawy , aby sprawować opiekę na chorą umysłowo przyrodnią siostrą. Grażyna wraz z mężem spędza czas na zagranicznych wojażach. Wojna zastaje ją w Damaszku. Jako że Gina jest jedną z najsłynniejszych europejskich artystek, szybko zaczynają się nią interesować Niemcy. Wojenne losy Giny są fascynujące i pokazują jak łatwo ludzie ulegają propagandzie i osądzają innych bez wiedzy na temat kulisów decyzji, które ci są zmuszani podejmować.
II Wojna Światowa to czas, kiedy wiele osób traci dorobek życia, a często też i życie. Również powojenne losy bohaterów nie są łatwe. Szara rzeczywistość PRL-u rzucała kłody pod nogi Celiny Hryć, rozkręcającej rodzinny interes.

Małgorzata Gutowska - Adamczyk zabrała nas w trzecią i niestety już ostatnią podróż w czasie. Wraz z Adamem Toroszynem widzimy walące się od bomb warszawskie budynki i umierających na ulicach ludzi. Zygmunt Cieślak rozświetla nam obraz konspiracji. Poprzez osobę Lilith Apfelbaum doświadczamy zagłady gutowskich Żydów. Z Grażyną wkraczamy na salony okupowanej Europy. Każda z osób zmuszona jest podejmować decyzje, nie zawsze w zgodzie z własnym sumieniem, ale dla dobra ogółu. Niektóre zadziwiają, zniesmaczają, ale wojna, również w "Cukierni Pod Amorem", rządzi się własnymi prawami.

Przychodzi moment zakończenia, tak samo niespodziewanie jak w dwóch poprzednich tomach. Książka się skończyła, ale życie toczy się dalej. I to od nas zależy jak. W tym przypadku koniec, jest jakby początkiem...

Fascynująca, wciągająca, wzruszająca, przerażająca, intrygująca, to tylko niektóre z przymiotników jakimi można opisać sagę, a jest ich dużo, dużo więcej. Każda z części jest idealną kontynuacją poprzedniej, a losy poszczególnych bohaterów opisane są ze szczegółami od narodzin, aż do śmierci. Nie ma miejsca na niedosyt. Autorka konsekwentnie z najdrobniejszymi detalami prezentuje miejsca, ludzi i sytuacje.

Hryciowie, to idealne zwieńczenie trzytomowej sagi, które nie rozczarowuje, a przede wszystkim zaskakuje i pozwala na chwilowe oderwanie od rzeczywistości. Już czuję tęsknotę za Gutowem i poznanymi tam ludźmi.

Gorąco polecam!

Wydawnictwo: Nasza Księgarnia Stron: 495


poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Katarzyna Michalak "Sklepik z niespodzianką. Bogusia"



Nabrałam ochoty na coś ciepłego, kobiecego i przede wszystkim pozytywnego... Sięgnęłam więc, po raz kolejny po "Sklepik z niespodzianką". Czytam już chyba trzeci raz, i za każdym razem coraz więcej odnajduję cech wspólnych z główną bohaterką.

Bogusia Leszczyńska to młoda kobieta, która dopiero wróciła do Polski z pracy w Holandii. Jadąc do Warszawy, do rodzinnego domu, zatrzymuje się przypadkowo w Pogodnej i... zostaje. Od pana Jakuba, sympatycznego staruszka, wynajmuje lokal i piętro starej kamieniczki, gdzie postanawia otworzyć swój sklepik. Początkowe plany, brały pod uwagę kwiaciarnię, jednak konkurencja weryfikuje nieco myślenie dziewczyny, a za sprawą snu, wpada na pomysł sklepu z kurzołapkami, czyli różnymi mniej lub bardziej potrzebnymi ozdóbkami. Do tego dziewczyna serwować będzie pyszną gorącą, gęstą czekoladę i domowej roboty ciasta. Bogusia żwawo więc przystępuje do remontu i realizacji planów.
Samo miasteczko przyjmuje ją bardzo pozytywnie, szybko zaprzyjaźnia się z Adelą, Lidką i panią Stasią. Na jej ścieżce stanie również przystojny malarz Igor i nieco starszy od dziewczyny Wiktor oraz jego syn Bartek. Ale chyba najbarwniejszą postacią, przynajmniej w moim odczuciu jest Piegusek, piesek którego dziewczyna przygarnia po tym, gdy ktoś nie dość, że pozbywa się zwierzaka, to dodatkowo prawdopodobnie przywiązuje do drzewa (kiedy Bogusia go znajduje, ma na szyi sznurek, który zdążył już wrosnąć w skórę). Smutne i niestety często się przytrafiające...

"Sklepik z niespodzianką" jest taki słodko-gorzki... Obserwujemy entuzjazm Bogusi związany z nowym miejscem, ludźmi, sklepikiem i widzimy również, jak powoli pojawia się depresja zarówno u niej, jak i u ojca, który nie może pozbierać się po wypadku. I co ważne, często autorzy popełniają błąd uzdrawiając swoich bohaterów w mgnieniu oka, pod wpływem jednego pozytywnego wydarzenia. W życiu tak nie jest i w tej pozycji również. Powrót do zdrowia jest długotrwały i trudny, ale obraz dzięki temu jest o wiele prawdziwszy.

Autorka porusza również inne problemy - alkoholizm, czy znęcanie się nad zwierzętami. I tutaj bardzo pozytywną postacią jest Bartek, który przygarnia wszystko, co tylko tego potrzebuje.

Całość okraszona jest modnymi ostatnio przepisami... ale jakimi!! czytając np. ten na sernik, dostałam ślinotoku. Na pewno wypróbuję... albo ptysie w czekoladzie... po prostu mmm....

Zakończenie, jak przystało na autorkę, nie tyle zaskakujące, co nie pozwalające przejść obojętnie obok następnej części. Ja jej będę z niecierpliwością wyczekiwać.

Jednym słowem ... Polecam! ;) Ja się odprężyłam i po raz kolejny spędziłam miłe chwile z Katarzyną Michalak.

Ps. Liczę na rozwinięcie wątku sklepikowego! :)

.......................................................................................................



Baner