
Ostatnio, podczas lektury „Kwadratu zemsty” Pietera Aspe, zwróciłam uwagę na niesamowitą alkoholową chłonność głównego bohatera - komisarza Van Ina. Teraz trafił mi się inspektor Morse, który niemal dorównuje, a nawet delikatnie wyprzedza w swoim zamiłowaniu do alkoholu belgijskiego inspektora.
Rzecz się dzieje niedaleko Woodstock. Odnalezione zostają zwłoki dziewczyny, która widziana była wcześniej z koleżanką na przystanku autobusowym. Ponieważ bus nie przyjechał, dziewczyny postanowiły złapać stopa. Wyprawa kończy się tym, że jedna zostaje znaleziona zgwałcona i martwa na tyłach gospody, a druga znika bez śladu. Inspektor Morse i sierżant Lewis skupiają się na poszukiwaniach towarzyszki denatki, jednak te nie przynoszą rezultatów. Mimo to, śledztwo przesuwa się leniwie do przodu, a poszczególne elementy układanki zaczynają znajdować swoje miejsce w głowie inspektora.
Nie podobał mi się również sposób prowadzenia śledztwa, które rozwiązywało się w głowie inspektora. Czytelnik nie otrzymuje zbyt wielu wskazówek, wiele spotkań i faktów zostało pominiętych w toku śledztwa, a jak się okaże na końcu zostało sprawdzonych przez Morse’a wcześniej, o czym dowiadujemy się grubo po fakcie. Można powiedzieć, że inspektor bawi się sam ze sobą… a to nieładnie.
I rzecz najważniejsza… nie polubiłam inspektora, nie zaskarbił mojej sympatii, a jedynie mnie irytował. Po wypadku, kiedy zwichnął stopę zakochał się w ciągu jednego dnia w pielęgniarce, na śmierć i życie. Za każdym razem, kiedy powinien działać wolał wyskoczyć na drinka, piwko, albo inny trunek.
Podsumowując… Kryminał bardzo dobry, czyta się szybko, zakończenie zaskakuje, ciężko jest się domyślić niemal do ostatniej strony. Z pewnością sięgnę po kolejne części, z nadzieją że autor rozbuduje wątki poszczególnych postaci, jednak bez wielkiego entuzjazmu. To po prostu nie moje klimaty.
