Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biografia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biografia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 października 2014

Dariusz Kortko, Judyta Watoła "Religa. Biografia najsłynniejszego polskiego kardiochirirga"



Religa... Czy jest ktoś, kto nie zna tego nazwiska? Zwłaszcza, że ostatnio w kinach można oglądać, zbierający dobre opinie film "Bogowie". Nazwisko wywołujące przede wszystkim uśmiech na twarzach wielu ludzi. Kim był, co go kształtowało, dlaczego zdecydował się zagłębić w polityczny świat? Na te i inne pytania odpowiedzi szukają Dariusz Kortko i Judyta Watoła - autorzy biografii słynnego polskiego kardiochirurga.

Zaczyna się od "trzaśnięcia drzwiami" i walki ambitnego lekarza o możliwość wykonywania przeszczepów. Jednak przełożony w warszawskim szpitalu na Woli mówi stanowczo nie. Jest początek lat 80-tych, Religa czuje się gotowy, zdobył niezbędną wiedzę i doświadczenie, głównie w Ameryce. Chce robić przeszczep! Wie jednak, że w Warszawie już nic więcej nie osiągnie, przyjmuje więc posadę w Klinice Kardiochirurgii w Zabrzu... Co było dalej wie chyba każdy. Pierwszy w Polsce udany przeszczep serca.
Dla autorów biografii jest to wstęp, by pokazać nam kim był Zbigniew Religa, jakie miał dzieciństwo, w jakiej rodzinie wyrósł, skąd brały się jego poglądy i wiara w ludzi. Nie otrzymujemy chronologicznego zapisu życia kardiochirurga. Najpierw poznajemy dojrzałego lekarza, następnie dziecko i dorastającego chłopaka, w końcu ojca rodziny, polityka i ostatecznie pacjenta.

Autorzy starają się być obiektywni, nie tworzyć obrazu człowieka idealnego, jednak mimo ich usilnych starań, mimo częstych wspomnień o problemie alkoholowym, o naiwności wobec ludzi, spod ich pióra tak czy siak, wyłania się obraz lekarza bezgranicznie oddanego innym. Osoby, która nie potrafiła odmawiać, nawet kosztem własnego życia prywatnego. 
Religa był idealistą i wizjonerem. Kiedy wiedział, że w danej dziedzinie osiągnął już wszystko co mógł, znajdował sobie kolejny cel. Tak więc, kiedy przeszczepy stały się już chlebem powszednim, skupił się na budowie polskiego sztucznego serca. Kiedy zorientował się, że jeden minister jest w stanie zdziałać więcej niż kilkunastu lekarzy, zabrał się za politykę. Właśnie ten polityczny okres Religi, z racji na mój wiek, jest mi najlepiej znany i zawsze dziwiło mnie, dlaczego tak wybitny lekarz, człowiek z takim dorobkiem i autorytetem, charyzmą jakiej mogli mu pozazdrościć ludzie na najwyższych szczeblach, wplątał się w gierki na szczycie. Biografia pozwoliła mi spojrzeć na to z zupełnie innej strony. On wierzył. Wierzył, że jest w stanie poprawić los pacjentów, mimo że wielu krytykowało jego pomysły. Zapatrzony na kraje zachodnie, chciał stworzyć w Polsce coś podobnego. Jednak był tylko jednostką walczącą z wiatrakami...

Religa wyprzedził swoje czasy, wykształcił wielu wybitnych specjalistów, robił rzeczy, których inni się bali. Był przy tym wszystkim niezwykle ludzki. Wielu mówiło o nim "Święty". Potrafił zażartować, nikogo nie traktował z wyższością, zawsze znajdował czas dla wszystkich. Był przez ludzi szanowany i lubiany. 
Warto więc zapoznać się z biografią tego wybitnego kardiochirurga, która budzi wiele emocji. Jest napięcie i oczekiwanie na sukces, są momenty na uśmiech, kiedy poznajemy wiele anegdotek z życia profesora, jest też smutek i bezsilność, kiedy mimo chęci i walki coś się nie udaje, walka zostaje przegrana...

Naprawdę warto!


piątek, 13 czerwca 2014

Kalina Błażejowska "Uparte serce. Biografia Haliny Poświatowskiej"


Niewielka była moja wiedza na temat Haliny Poświatowskiej, mimo że wiele jej wierszy znam i bardzo lubię. Nie przypuszczałam, że życie autorki pięknych erotyków było krótkie, a jednocześnie intensywne, mimo ciężkiej choroby. Kalina Błażejowska przybliża nam postać Haśki, ukazując jej uczucia, obawy, porywy serca. W biograficznej opowieści pokazuje niezwykła walkę o życie i chyba przede wszystkim z życiem...

Halina Poświatowska przychodzi na świat w 1935 roku. Ma więc zaledwie cztery lata, kiedy rozpoczyna się wojna. Nie trudno się domyślić, że życie dziecka w tym czasie nie należało do najłatwiejszych, a wojenna zawierucha z pewnością została w pamięci dziewczynki. W 1944 roku zaczyna się choroba... Choroba, która zaważyła na całym życiu Haśki. Najpierw angina, następnie gorączka reumatyczna i zapalenie wsierdzia. Chwilę później umiera jej młodsza siostra Elżbieta...

Nie chcąc streszczać całej biografii napiszę w skrócie, pomijając wiele ciekawych wątków... Halina wiele tygodni spędzała w klinice w Krakowie, sanatoriach albo leżąc w łóżku, w domu w Częstochowie. Zapomnieć mogła o chodzeniu do szkoły, gdyż wejście po schodach okazywało się misją nie do wykonania. Tęskniła przez wiele lat za normalnym życiem, rozmyślając o śmierci i żyjąc z myślą, że ta może nastąpić w każdej chwili. Kolejnym ciekawym fragmentem biografii jest małżeństwo z Adolfem Poświatowskim, poznanym w sanatorium, cierpiącym na tę samą dolegliwość co Halina. Małżeństwo pełne miłości i zrozumienia okazało się niezwykle krótkie, gdyż po kilku miesiącach mąż umiera... Halina wiele lat wracała pamięcią do tego czasu, a Adolf pozostał najważniejszym mężczyzną w jej życiu.
W końcu przyszła dla początkującej poetki szansa na wyleczenie. Operacja w Stanach, którą udało się sfinansować dzięki wielu ludziom dobrej woli. Operacja udana, po której Halina postanawia zostać i studiować za oceanem, co niekoniecznie wszystkim przypada do gustu. Uparta kobieta chce jednak realizować marzenia. A realizuje je w sposób niepozostawiający wątpliwości ludziom, którzy najchętniej odesłali by ją do Częstochowy. Zdobywa stypendium i po zaledwie dwóch latach nauki angielskiego studiuje na uniwersytecie, osiągając najlepsze wyniki. W czasie amerykańskiej przygody pojawiają się w jej życiu też mężczyźni: Jerzy Kosiński, czy szermierz Jerzy Twardokens.
Niespodziewanie, kiedy zdobywa kolejne stypendium na prestiżowej uczelni, postanawia wracać do Polski...
Lata po powrocie to rozwój poetycki, kolejne związki, tytuły naukowe, próba samobójcza i najgorsze... nawrót choroby.

Życie Haliny Poświatowskiej trwało zaledwie trzydzieści dwa lata, jednak było tak pełne przeżyć, uczuć, rozterek, że nie sposób się przy biografii poetki znudzić.

Poświatowska fascynuje. Przez lata obserwujemy jej zmaganie z chorobą, śmiercią i wielką chęć życia. Kiedy przychodzi zdrowie, Halina nie potrafi sobie z nim poradzić. Uczy się żyć, jednak okazuje się, że jest to o wiele trudniejsze niż oczekiwanie na śmierć. I to właśnie w latach, kiedy zdrowie dopisywało, najwięcej w Halinie depresyjnych stanów, wątpliwości i destrukcyjnych działań. Wiele w niej było niewiary w siebie i we własną twórczość. Często, mimo pozytywnych recenzji uznawała drukowane wiersze za nieudane i słabe. Ciągle tkwiło w niej jakieś niezrozumiałe napięcie i lęk, niezależnie od tego czy zdrowie jej dopisywało, czy nie.

Błażejowska nie zabiera się za analizy twórczości, chociaż ta pojawia się na kartach biografii. Ta książka to w całości opowieść o życiu i śmierci. O upartej poetce, która zawsze chciała stawiać na swoim i żyć w zgodzie z własnymi pragnieniami. Po lekturze tej książki spojrzałam zupełnie inaczej na poezję Haśki, ujrzałam jej drugie dno, którego wcześniej nie dostrzegałam...

Polecam!

..........................................................................

Na koniec informacja dla mieszkańców Warszawy!

14.VI.2014
Spotkanie z autorką biografii Poświatowskiej
Zapraszamy na spotkanie z Kaliną Błażejowską do Ogrodu Krasińskich w Warszawie, 14 czerwca 2014 (sobota) o godzinie 15.00 w ramach 3. edycji Imienin Jana Kochanowskiego.
Szukajcie stoiska Wydawnictwa Znak nr 23!

..............................................................................

I jeden z piękniejszych wierszy Poświatowskiej, w muzycznej interpretacji Janusza Radka...




sobota, 8 marca 2014

Magdalena Grzebałkowska "Beksińscy. Portret podwójny"



Nie potrafię ładnie pisać o książkach, które zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Tak jest właśnie z "Beksińskimi". Wiem, że nie przekażę Wam tego co bym chciała, dlatego pierwszy raz, już we wstępie polecę, bo książka to dzieło naprawdę dużego kalibru...

Sięgając po książkę autorstwa Magdaleny Grzebałkowskiej wiedziałam, że czeka mnie naprawdę smakowita lektura. Zachwycona byłam już przy okazji poprzedniej publikacji, opisującej księdza Jana Twardowskiego. Tym razem autorka na warsztat wzięła malarza, który zachwyca mnie swoimi pracami - Zdzisława Beksińskiego i jego syna Tomasza. Obaj byli wielkimi indywidualistami, a ich życie to materiał na dwie osobne publikacje. Tym ciekawiej zapowiadała się książka opisująca ich relacje. Bo tym razem Grzebałkowska stworzyła opowieść o miłości, niezwykle trudnej i skomplikowanej, miłości między ojcem a synem.

Galeria Zdzisława Beksińskiego w Muzeum Historycznym w Sanoku
 
Kim jest Zdzisław Beksiński? Jeszcze całkiem niedawno sama tego nie wiedziałam. Ze sztuką i wiedzą na jego temat zdecydowanie się mijałam. Na szczęście trafiłam do muzeum na zamku w Sanoku i ekspozycję prac Beksińskiego. Nie wszystkie wzbudziły mój zachwyt, jednak kilka po prostu wryło mi się w głowę. Nie mogłam wręcz oderwać wzroku od niektórych obrazów. Po wizycie w muzeum zaczerpnęłam więc trochę wiedzy na temat artysty, jednak dopiero Grzebałkowska pokazała mi Mistrza w całej okazałości, i aż mnie nosi po lekturze, żeby pojechać po raz kolejny do Sanoka i już z uzupełnioną wiedzą jeszcze raz przyjrzeć się jego pracom.

"Cały paradoks z Beksińskim polegał na tym, że jego się utożsamiało z dziełem. To nie do końca jest błąd , bo wszystkie jego obrazy i rysunki to był on. Ale on nie był tylko taki. Będąc doktorem Jekyllem, wypluwał z siebie mister Hyde'a na obrazach. Ludzie, którzy znali tylko jego obrazy, myśleli, że to potwór straszliwy, a był jednym z najdelikatniejszych ludzi z jakimi się spotkałem".

Zdzisława poznajemy już w momencie narodzin, autorka przeprowadza nas przez kolejne lata życia malarza - dzieciństwo, małżeństwo z Zofią Stankiewiczową, narodziny Tomka. Skupia się też na kolejnych twórczych okresach artysty. Kiedy pojawia się syn, opowieść staje się jakby dwugłosowa.

"Zdzisław Beksiński nigdy nie uderzy swojego syna.
Zdzisław Beksiński nigdy nie przytuli swojego syna".
 Ten cytat to klucz do relacji ojca i syna. Tomasz od dzieciństwa w zasadzie nie znał granic, ojciec ich nie ustanowił. Żaden wybryk młodzieńca nie był przez artystę karany, co też przeniosło się na dorosłe życie Tomasza. Przyzwyczajony został do dostawania czego chciał. Zdzisław nie ograniczał syna w żaden sposób, ale też nigdy zanadto się nie otwierał i nie zbliżał do niego. Mimo, że niewątpliwie darzył go wielkim uczuciem.

Kim więc jest Tomasz Beksiński? O ile o Zdzisławie wiedziałam wiele przed lekturą, o tyle o jego synu zaledwie to, że w młodości zażartował z bliskich i znajomych, rozwieszając klepsydry informujące o swoim zgonie. Teraz dowiedziałam się, co było tego powodem... Przez lata fascynował się śmiercią, wielokrotnie próbował też popełnić samobójstwo. Ale to przecież nie cały on. Prowadził audycje radiowe, które cieszyły się naprawdę wielka popularnością, m.in. w Radiowej Trójce. Posiadał ogromną, nietuzinkową kolekcję płyt. Miał trudności w kontaktach z kobietami, bo mimo wkroczenia w dorosłość w głębi pozostał dzieckiem i tak też często się zachowywał.

Ojciec i syn fizycznie podobni, posiadali spójne zainteresowania, jednak ich stosunki to wieczna walka i jakby niekończąca się rywalizacja, w której pole zawsze oddawał Zdzisław.
"Jeśli ojciec kocha muzykę, syn kocha ją po dwokroć.
Jeśli ojciec chce mieć dużo płyt, syn pożąda ich dwa razy więcej.
Jeśli ojciec nie potrafi bez muzyki malować, syn nie umie bez niej żyć".
"(...) tymczasem on (Tomasz), podobnie jak ja, jeśli już poświęca się czemuś, to całkowicie i bez reszty (...)" 

Tłem dla tych dwojga jest Zofia. Obdarzyła Zdzisława wielkim uczuciem, jego dobro stało się dla niej najważniejsze, całe życie poświęciła jemu i synowi. W stu procentach im się oddała.O ile Zdzisław mimo swojej egoistycznej często postawy, potrafił okazać żonie uczucie, o tyle Tomasz nie szanował matki, traktując ją często jak służącą.
"Tadeusz Nyczek: "Moja prymitywna teoria - Zdzisław wypluwał demony z siebie na obrazy. A Tomek nie. W nim to wszystko siedziało w środku. Był potworem nie do opanowania, i to od dzieciństwa. Przejawiał zdumiewającą agresję wobec matki. Mówił do niej najgorszymi wyrazami, nie krępował się przy mnie""
Dla niego zawsze liczył się ojciec, chociaż nie potrafił mu tego okazać.

"Niejednokrotnie ojcowie to albo głupie wieprze, albo po prostu sknery i pijacy, do tego jeszcze cholernie staroświeccy. Ja też niejednokrotnie narzekam na swojego, a w sumie wiem, że to kapitalny człowiek".

Reporterka przekopała się przez tony listów i wypowiedzi, przesłuchała dzienniki foniczne, odwiedziła znajomych rodziny Beksińskich, dotarła do przeróżnych materiałów. Pozwoliło jej to stworzyć barwną historię, która jest nie tylko opowieścią o wielkim malarzu i jego dziełach, czy o jego mrocznym i nieobliczalnym synu. Przede wszystkim wyłania się z tej książki obraz naprawdę trudnej miłości dwóch mężczyzn, którzy nie są w stanie okazać sobie tego uczucia. Historii obydwu Panów towarzyszy Zofia, matka i żona, której przyszło żyć z dwoma indywidualistami, o bardzo trudnych i przedziwnych charakterach. Mimo, że książka jest opowieścią o ojcu i synu, autorka postarała się, aby ukazać Zofię w taki sposób, aby nie było wątpliwości, że dzięki niej panowie byli tym kim byli. Stałą się ich opoką, punktem stałym, bez którego trudno było im żyć.

Jak już napisałam we wstępie, brakuje mi słów, żeby oddać zachwyt jaki towarzyszył mi przy lekturze książki. Otrzymałam ponad 400 stron genialnej historii o nieprzeciętnych ludziach. I aż ciekawość mnie zżera, kto też następny trafi pod pióro autorki, która bez tabloidowego wścibstwa, czy wyciągania brudów, potrafi stworzyć naprawdę piękne biografie...

Źródło

czwartek, 7 listopada 2013

Małgorzata I. Niemczyńska "Mrożek. Striptiz neurotyka"




Na początku zadajmy sobie pytanie, kim właściwie jest neurotyk? 
"Podstawowym znakiem rozpoznawczym neurotyka jest przesadna emocjonalność. Z jednej strony mówi się o nadwrażliwości, z drugiej zaś – o chwiejności. Neurotyk wciąż się czymś zamartwia. Często pojawiają się u niego napady lęku, bez konkretnej przyczyny. Potrzebuje ciągłej akceptacji, która często wynika z deficytów w sferze miłości".*
 "Każdemu neurotykowi, który stale się trapi swoim nędznym losem, polecam napisanie sztuki i wystawienie jej w teatrze". (str. 88)
Małgorzata I. Niemczyńska zaczyna swoją opowieść  w 2002 roku, kiedy na skutek udaru mózgu następuje u autora afazja, czyli całkowita utrata zdolności mówienia. Już wcześniej krążyły legendy o jego nieprzystępności i małomówności.
"Zawsze był małomówny, jego milczenie uchodziło wręcz za legendarne. Z początku nie przychodzi mu nawet do głowy, że nie potrafi powiedzieć: "dziękuję"".(str. 11)
"(...) komunikacja werbalna zostaje naszym podstawowym narzędziem do codziennego życia. Bez niej czujemy się bezradni. A u wybitnego pisarza świadomość tego, co zostało utracone, musi być jeszcze dotkliwsza".(str. 11)
Z pomocą logopedy Beaty Mikołajko, w ciągu prawie pięciu lat terapii, autor wraca do formy. W czasie dochodzenia do sprawności powstaje autobiografia "Baltazar". Myli w niej wprawdzie daty i wątki, jednak jest ona świadectwem skuteczności terapii i walki o powrót do normalności. 
Po afazji Mrożek w zasadzie przestaje pisać, sięga za to po to, co powstało dużo wcześniej. Powoli zaczyna striptiz... Wydaje listy, dzienniki, rysunki. Ten zamknięty w sobie człowiek zaczyna zdejmować kolejne warstwy, a poprzez dziennik pokazuje swoją intymność i prywatność. Można mieć wrażenie, że mówi w końcu to wszystko, o czym milczał przez całe swoje życie... Ale czy to aby nie tylko wrażenie?
Niemczyńska w przystępny sposób prezentuje nam obraz autora "Tanga" przez pryzmat miejsc i osób. 
Borzęcin, gdzie autor przychodzi na świat, zaczyna naukę, poznaje czym jest słowo pisane. Tam też zastaje go wojna i zaczyna się okres życia pełen strachu, który wpłynie na jego późniejsze traumy. Kraków i Dom Literatów na Krupniczej, gdzie stawia pierwsze kroki jako twórca, gdzie rodzi się wiele zabawnych anegdot i poznaje śmietankę literacką ówczesnej Polski. Chiavari, o którym po latach Mrożek powie: "Pomyłka w której tkwiłem kilka lat za długo". Tu jednak powstaje jego najgłośniejszy dramat "Tango". Vence, gdzie spotykał swoją "obsesję" - Witolda Gombrowicza. Paryż, do którego trafia już jako pewny siebie artysta u szczytu sławy. Aż w końcu Meksyk, w którym osiedla się z żoną Susaną i Nowa Polska, do której wraca w wieku sześćdziesięciu sześciu lat.
Ludzi na swej drodze spotyka przeróżnych, autorka skupia się jednak na tych, którzy w jakimś stopniu wpływali na dramaturga. Jest więc Adam Włodek, który chyba jako pierwszy dostrzegł talent Mrożka i pomógł mu wejść w środowisko, gdzie ten mógł się rozwijać. Maria Obremba, pierwsza żona artysty, malarka, która niestety zmarła niespodziewanie po dziesięciu latach małżeństwa. Stanisław Lem, z którym przez lata autor korespondował. Witold Gombrowicz, na punkcie którego pisarz miał obsesję i wobec którego odczuwał kompleks niższości. Susana Osorio, druga żona, która dała mu szczęście i spokój. I w końcu krytyk Jan Błoński - człowiek owładnięty Mrożkiem, z którym ten także prowadził obszerną korespondencję. Dzięki Błońskiemu powstało wiele publikacji na temat dramaturga, a w końcu książka "Wszystkie sztuki Sławomira Mrożka".

Dzięki ludziom i miejscom wyłania nam się obraz autora "Emigrantów".
"Byli pesymistami, ale różnymi pesymistami (...) Pesymizm Mrożka wynikał z niego samego, był jego rachubą na własne życie. On nie spodziewa się niczego nadzwyczajnego, choć rzeczywiście zależy mu na przykład na karierze międzynarodowej. U Lema pesymizm wynikał z tego co myśli o człowieku. A źle myśli. Zresztą mizantropami byli chyba obydwaj" (str.124).
"Jak głosi legenda, przez lata wspólnego mieszkania Mrożek i Czycz widzą się ledwie kilka razy. Ten pierwszy się chowa, bo ma obsesję, że ten drugi chce od niego pożyczyć pieniądze. Gdy słyszy, że kolega się krząta po kuchni, na wszelki wypadek nie wychodzi z pokoju. Któregoś razu daje się zaskoczyć w piwnicy przy węglu. Nie wiedząc, kto nadchodzi, na wszelki wypadek gasi świecę i pada. W opowieściach Czycza pełne nazwisko współlokatora brzmi:"Ten Skąpy Skurwysyn Mrożek"" (str. 66).
"Mrożek jest trochę jak Chudy, bohater jego minipowieści Ucieczka na południe: "Widuje się go zawsze po przeciwnej stronie ulicy, po drugiej stronie rzeki, za zakrętem, obok, nigdy tuż""(str. 18).

Książkę uzupełnia wywiad autorki z Mrożkiem. Pierwszy raz dziennikarka rozmawiała z dramaturgiem w 2007 roku, ostatni na kilka miesięcy przed jego śmiercią. Nie boi się poruszać trudnych tematów, takich jak alkohol, Gombrowicz, dzieci czy afazja. Warto sięgnąć po publikację również dla tego wywiadu .

Niemczyńska stworzyła książkę, która pokazuje nam w przystępny sposób człowieka bardzo nieprzystępnego.

Polecam!



czwartek, 13 grudnia 2012

Agata Tuszyńska "Tyrmandowie. Romans amerykański"


Sięgnęłam po książkę z sympatii dla pisarstwa Agaty Tuszyńskiej, jednak tym razem autorka pełni raczej rolę słuchacza, zbierającego piętnaście amerykańskich lat Leopolda Tyrmanda w spójną opowieść. Głos zabiera małżonka pisarza Mary Ellen Tyrmand, która za sprawą listów i własnych wspomnień, przybliża nam postać autora "Dziennika 1954".
Zawsze sceptycznie podchodziłam do publikacji zawierających cudownie odnalezione prywatne korespondencje. I moje stanowisko pozostanie w tym miejscu niezmienne. Nie rozumiem dlaczego ktoś oddaje swoją prywatność w ten sposób. List to dla mnie coś tak intymnego, co powinno pozostawać do wglądu tylko osoby zainteresowanej, niemniej nie każdy musi myśleć jak ja... 

Mary Ellen za pomocą listów swoich i Lola pokazuje, jak zmieniało się uczucie niemłodego, bo pięćdziesięcioletniego już pisarza, do młodszej o ponad 20 lat studentki. Zafascynowana jego poglądami, młodziutka dziewczyna napisała list... I tak zaczęła się ich znajomość, która ostatecznie przerodziła się w miłość i niesamowite porozumienie dusz. Listy pisane podczas podróży Tyrmanda, obrazują jak zmieniało się jego uczucie do Mary Ellen. Można wyraźnie zauważyć moment, kiedy zaczął myśleć o tej znajomości jak o czymś więcej niż tylko przelotnym uczuciu. Piękne to były listy... Takich już się teraz nie pisze. W zasadzie mało kto teraz pisze... A szkoda.

Tyrmand we wspomnieniach żony, to pedantyczny, często skąpy, trzymający się swoich wartości i zasad mężczyzna. Nauczyciel i doradca, ale również partner do rozmów i dyskusji na wiele tematów. Żona w jego oczach pozostać miała na drugim miejscu, za pisaniem, jednak jak sam po latach się przekonał, stała się dla niego najważniejsza. Tworzyli udane małżeństwo, którego ukoronowaniem było przyjście na świat bliźniąt.

"Lolek nie omijał żadnej okazji do wygłaszania swoich opinii. Lubił mówić, przemawiać, udowadniać. Lubił uczyć i pouczać. Pewny siebie? To za mało powiedziane. Był intelektualnym despotą, apodyktycznym i wszechwiedzącym adwokatem własnych poglądów, a czasem i adwokatem diabła. Potrafił prowokować dla błysku i efektu rozmowy. Potrafił prowokować dla błysku i efektu rozmowy. Walkę na argumenty traktował bardzo poważnie. Bezkompromisowy i niezależny cenił podobnych sobie."
"Podziwiałam go, ale życie z nim bywało trudne. Kurczowo trzymał się zasad i reguł, co przecież ogranicza, a jednocześnie - mimo pewnego dogmatyzmu - był jednym z najbardziej wyrafinowanych i przenikliwych myślicieli, z jakimi się zetknęłam."

Leopold Tyrmand Zmarł nagle, na zawał, w 1985 roku. Przeżyli razem piętnaście lat, pełnych miłości i zrozumienia. Ona zmieniła się dla niego, a on dla niej. "Tyrmandowie. Romans amerykański" to wciągająca historia niezwykłego uczucia. Warto przyjrzeć się bliżej sylwetce Tyrmanda widzianej oczami najbliższej mu osoby...

wtorek, 30 października 2012

Agata Tuszyńska "Oskarżona: Wiera Gran"


Wiera Gran urodziła się w 1916 roku na terenie Rosji, w rodzinie żydowskiej, jako córka Eliasza i Luby. Wczesną młodość spędziła w Wołominie, żyjąc w raczej skromnych warunkach. Po przeprowadzce do Warszawy zaczęła uczęszczać do szkoły tańca Ireny Prusickiej, gdzie po raz pierwszy zetknęła się ze Stefanią Grodzieńską i Franciszką Mann. To właśnie znajomość z tą drugą stała się podstawą wielu oskarżeń, rzucanych na nią po wojnie. Mannówna znana była bowiem w czasie okupacji ze swych związków z gestapowcami.
Karierę taneczną zaprzepaścił tragiczny wypadek, jednak "umarła" Wiera tancerka, a narodziła się Wiera śpiewaczka, która szybko zaskarbiała sobie coraz szersze grono wielbicieli. Cieszyła się niemałą sławą i zarabiała też coraz większe pieniądze.

Wojenna zawierucha rzuciła Wierę do Lwowa, gdzie wyjechała wraz z mężem Kazimierzem Jezierskim. Jednak tęsknota za matką i siostrami spowodowała, że już w 1941 roku weszła do getta, aby być przy nich. Pracowała w Kawiarni Sztuka i to tam podobno wstawiła się za Władysławem Szpilmanem, wymyślając duet akompaniatorów Goldfeder - (W książce autorka wymienia imię Artur, w artykule w Wikipedii pojawia się jako Andrzej) - Szpilman. Pomagała też innym artystom wstawiając się za nimi.
Getto opuściła 2 sierpnia 1944 roku i ukryła się w Babicach pod Warszawą, gdzie jej mąż pracował jako lekarz. W 1944 roku urodziła syna, który po zaledwie trzech miesiącach życia zmarł z głodu. Doczekała końca wojny jako pani doktorowa, a kiedy koszmar się skończył, postanowiła udać się na Pragę, gdzie uruchomiono polskie radio, a jego najbardziej wpływową postacią był... Szpilman. Jednak już na wstępie usłyszała oskarżenia.
"-To ty żyjesz?!
Nie zapomni tego pytania.
- Ty żyjesz?!
Rozłożyła ręce.
- Żyję.
- Co Ty tu robisz?
- Przyszłam szukać pracy.
- Słyszałem że współpracowałaś z gestapo!"

Od tego zaczął się koszmar Wiery Gran... Oskarżenia o kolaborację, mimo późniejszych wyroków uniewinniających, ciągnęły się za nią przez całe życie. Dotykały jej w Izraelu, Polsce, Francji i wielu innych miejscach na świecie.

Tak w dużym skrócie prezentuje się życiorys sławnej śpiewaczki. Teraz czas na moją refleksję z lektury książki Agaty Tuszyńskiej "Oskarżona: Wiera Gran". A wierzcie mi, nie jest to lekka i przyjemna pozycja. W wielu miejscach budziła we mnie skrajne uczucia, które teraz, mnie samą dziwią. Ani przez moment nie zastanawiałam się nad winą Wiery, ponieważ ta kwestia chyba już nigdy nie zostanie rozstrzygnięta. Mamy tu typowy przykład słowa przeciwko słowu. Jedne zeznania z całą mocą obciążały kobietę, inne z kolei oczyszczały i przytaczały przykłady jej działalności społecznej. Ciężko po tylu latach po raz kolejny rozstrzygać kwestię. W moim odczuciu śpiewaczka była niewinna, a zawiść obudziła wyniosłość i duma, którymi emanowała.
"Wiem, że Wiera Gran ma dużo zalet, sądzę, że te pogłoski powstały raczej na tle stosunków osobistych, ze względu na jej przykre cechy - pychę i pewną dozę zarozumiałości." (Gerard Gadejski)
Wiera Gran wzbudziła we mnie mnóstwo emocji, zarówno tych pozytywnych jak i negatywnych. Obraz jaki prezentuje Tuszyńska, to trochę zdziwaczała staruszka z silną manią prześladowczą, która budzi chęć przytulenia i pocieszenia. Czujemy złość wobec niesprawiedliwości jaka spotkała Wierę. Jednak już po chwili wyłania się kolejna warstwa. I tym razem jest to dumna, wyniosła kobieta, która w zasadzie nie lubi nikogo i niczego. Lekko próżna, uwielbia swoją sławę i gratyfikacje dzięki niej płynące. Wiera śpiewaczka ani przez chwilę nie wzbudziła mojej sympatii. 
Owszem, przeżyła wojnę, niełatwy czas getta, śmierć dziecka. Przeżyła dzięki pomocy Kazimierza. Brakowało jednak w jej zachowaniu jakiejś pokory.
Dziwny był też jej związek z mężem (nie jest nigdzie udokumentowane, czy rzeczywiście ślub wzięli). Ocalił ją od zagłady, jednak nigdy mu za to nie podziękowała, co kilkukrotnie podkreśla autorka, często nazywała go za to tchórzem.
"Starał się przez lata. I nie udało mu się pokonać przezroczystej szklanej ściany, jaka między nimi wyrosła. Pozwalała widzieć, pozwalała na zachwyt i marzenia, ale nie umożliwiała kontaktu."
 Agata Tuszyńska spędziła z Wierą Gran kilka ostatnich lat jej życia i chyba emocjonalnie uzależniła się od swojej bohaterki. Powstała dzięki temu książka, w której często, w moim odczuciu, autorka próbuje usprawiedliwiać śpiewaczkę. Nie mogę tego nazwać brakiem obiektywizmu, który Tuszyńska mimo wszystko zachowała, ale chwilami aż za bardzo próbuje wtłoczyć w czytelniczą głowę wytłumaczenia dla zachowań Wiery, nie pozostawiając nam miejsca na interpretację. Pozwala nam za to wkroczyć w życie Gran, oglądać jej mieszkanie pełne pamiątek z przeszłości, przeżywać na powrót lata dawnej świetności o której coraz mniej osób pamięta.

Dodać muszę jeszcze mimochodem, że "Oskarżona: Wiera Gran" to także świetna lekcja historii muzyki, teatru, kabaretu. Na kartach książki pojawiają się wzmianki o całej plejadzie gwiazd, takich jak Adolf Dymsza, Eugeniusz Bodo, Nina Andrycz, Stefania Grodzieńska a nawet Hanka Bielicka i wielu innych, którzy powoli odchodzą w zapomnienie.

Polecam pozycję Agaty Tuszyńskiej, która budzi naprawdę wiele emocji. A Gran to piękny głęboki głos i silny charakter, który warto poznać. Dodatkowo książka okraszona jest masą zdjęć pochodzących ze zbiorów Wiery, oraz zrobionych ręką autorki i Elżbiety Lempp. Warto...


poniedziałek, 1 października 2012

Alfonso Signorini "Zbyt dumna, zbyt krucha"


Maria Callas, śpiewaczka operowa, której nazwisko znają niemal wszyscy, a o której rzadko kto jest w stanie powiedzieć więcej. Piękna kobieta, zawsze elegancka, sprawiała wrażenie dumnej i wyniosłej. Jednak jak odkrywamy w beletryzowanej biografii Alfonso Signorini, wewnątrz była smutną i kruchą artystką.

Dzieciństwo Marii miało wpływ na całe jej późniejsze życie. Od najwcześniejszych lat żyła w cieniu starszej siostry Jackie. Matka faworyzowała córkę, jednocześnie traktując młodszą pociechę z najwyższą pogardą. Dziewczynka wysłuchiwała że jest brzydka, gruba, bezwartościowa, jedynie ojciec okazywał jej uczucie. Wszystko zmieniło się kiedy rządna pieniądza matka wyczuła niesamowity talent Marii. Zmuszała ją do występów i zarabiania, a wszystkie jej działania miały na celu osiągnięcie przychodów z talentu córki.
Kolejnym traumatycznym przeżyciem stał się wyjazd ze Stanów do Grecji i rozłąka z ojcem, jedyną osobą, która Marię kochała. Przez kolejne lata dziewczyna dojrzewała i szlifowała swój talent, aby w końcu zadebiutować na deskach opery. Właśnie w momencie wschodzenia swojej gwiazdy poznała Giovaniego Batistę Meneghini, dużo starszego mężczyznę, którego poślubiła, zyskując w ten sposób wygodne życie pozbawione większych uniesień i przede wszystkim miłości.
Sława Marii w kolejnych latach stawała się coraz większa. Kobieta otaczała się luksusem, nosiła bogate stroje, miała grono wielbicielami, jednak w głębi ducha doskwierała jej samotność. Poświęciła się muzyce, rezygnując z uczuć. Jednak wszystko zmieniło się w momencie, kiedy na jej drodze stanął Aristoteles Onasis. Ich gorący romans nadał sens życiu Marii. W końcu odnalazła w sobie kobietę, gotową do macierzyństwa i szczęścia. Jednak i tutaj czekało ją sporo rozczarowań...

Alfonso Signorini stworzył świetną i porywającą biografię, w której przedstawia nam Callas nie tylko jako divę operową, ale przede wszystkim kobietę... dumną i jednocześnie bardzo kruchą. Autor nie skupia się za bardzo na karierze Marii, ale na jej życiu prywatnym, niezwykle burzliwym od momentu poznania Aristotelesa. Brakowało mi czasami większej ilości informacji, związanych z karierą śpiewaczki. Wydaje mi się, że włoski pisarz mógł jeszcze bardziej rozbudować biografię divy operowej. Po lekturze "Zbyt dumnej, zbyt kruchej"  mam wielką ochotę sięgnąć po inne pozycje opisujące życie tej wielkiej gwiazdy.
Książka Alfonso Signiorini, to niezwykle wciągający opis życia, toksycznej miłości i rozpaczy po stracie dziecka. Nie sposób się od niej oderwać...

Polecam!


piątek, 9 grudnia 2011

Christa Maerker "Marilyn Monroe & Arthur Miller"


Od momentu, kiedy w moje ręce trafiły "Fragmenty" Marilyn Monroe, zmieniłam zupełnie sposób postrzegania, tej niewątpliwie jednej z największych legend kina. Wcześniej z powodu braku wiedzy, myślałam o niej raczej stereotypowo. Dlatego z wielką ciekawością sięgnęłam po niewielką objętościowo pozycję Christy Maerker, zajmującą się związkiem gwiazdy z dramaturgiem Arthurem Millerem, autorem m.in. "Czarownic z Salem" czy "Śmierci komiwojażera".

Autorka podzieliła książkę na cztery części. Zaczyna od pierwszych spotkań pary, kiedy to Marylin związana była z reżyserem Elią Kazanem, a Arthur żonaty był z Mary Grace Slattery. Christa Maerker przedstawia powody dla których początkowa fascynacja nie przerodziła się od razu w coś więcej, po czym przechodzi do opisania biografii obojga swoich bohaterów. Poznajemy więc najpierw historię Arthura od urodzenia, poprzez dzieciństwo i pierwsze sukcesy. Analogicznie autorka przedstawia biografię Monroe, od momentu narodzin Normy Jeane Mortenson, przez nieszczęśliwe lata młodości, pracę modelki i pierwsze role filmowe.
Na koniec otrzymujemy rozdział poświęcony prawie pięcioletniemu związkowi bogini i jajogłowego. Widzimy więc, jak małżeństwo przeżywa kolejne kryzysy, które nieubłaganie prowadzą do rozstania.

Christa Maerker nie uniknęła niestety, przynajmniej w moim odczuciu, oceniania bohaterów i narzucania czytelnikowi co ma myśleć i jak postrzegać różne sytuacje. Chwilami w mojej głowie pojawiał się niezgodny z rzeczywistością obraz gwiazdy, naiwnej, romansującej, nadużywającej leków i alkoholu - niezwykle spłycony obraz. Ginie w tym wszystkim Marilyn - wrażliwa, nieszczęśliwa, pragnąca uczucia, niepewna siebie, mimo iż autorka o tych wszystkich problemach pisze.
Po lekturze "Marilyn Monroe & Arthura Millera" pozostał we mnie niedosyt. Jeżeli odliczyć rozdziały poświęcone biografiom bohaterów, o związku tych dwojga pozostaje naprawdę niewiele treści. Poza tym mam wrażenie, że w to wszystko wkradł się lekki chaos, a konstrukcja książki niekoniecznie jest trafiona.
Całość okraszona jest kilkunastoma archiwalnymi zdjęciami z życia Marilyn i Arthura, filmografią aktorki i bibliografią utworów pisarza.

Pozycja na pewno stanowi świetne uzupełnienie wielu biografii Marilyn Monroe i jako takie dopełnienie właśnie ją polecam.

"Sądzę że zawsze
głęboko przerażała mnie myśl o byciu czyjąś
żoną
bo nauczyłam się od życia
że nie można kochać drugiego,
nigdy, naprawdę" (Marilyn Monroe "Fragmenty")


Wydawnictwo Literackie Stron: 186

wtorek, 15 listopada 2011

Mirosław Cielemęcki "Człowiek z gazu"


"Człowiek z gazu" Mirosława Cielemęckiego, zmarłego niedawno wieloletniego szefa działu biznesowego gazety "Wprost", to wciągająca i interesująca pozycja, przedstawiająca biografię jednego z najbogatszych Polaków przełomu wieków. Do lektury książki podchodziłam z dużą rezerwą, ponieważ moje zainteresowania raczej nie kręcą się wokół przemysłu gazowego i biznesu na wielką skalę, ale niemal od pierwszej strony dałam się wciągnąć w historię Gudzowatego - "króla gazu".

Aleksander Gudzowaty urodził się tuż przed wojną jako syn Eliasza i Aleksandry Gudzowatych. Rodzina nie była zamożna, często ledwo wiązała koniec z końcem. "Człowiek z gazu" to pozycja, która pokazuje drogę, jaką przeszedł mały Aleksander - poprzez dzieciństwo, gdzie musiał obserwować rodziców ciężko pracujących, a zarabiających niewiele, do pozycji numer jeden w rankingu "100 najbogatszych Polaków".
Z książki dowiemy się jakimi zasadami kierował się w życiu i biznesie milioner, zbierzemy też kilka nieocenionych rad prezesa Bartimpeksu. Pozycja ta, to również zbiór wielu cennych myśli wielkich postaci światowego biznesu takich jak Konosuke Matsushita czy Richard Branson. Na kolejnych stronach poznajemy współczesną historię gospodarczą Polski, szczegóły dotyczące transakcji związanych z przesyłem gazu i budową gazociągów, m.in. jamalskiego, czy też proponowanego przez Gudzowatego odcinka Bernau-Szczecin. Pomysł, jak sugeruje jego autor, wielokrotnie torpedowany był, za sprawą działalności "loży minus pięć". Czym jest loża pojawiająca się na wielu stronach książki? Zdradzać nie będę, zachęcę za to do lektury.
W ostatnim rozdziale znajdziemy zbiór haseł - alfabet Aleksandra Gudzowatego, przez pryzmat których wyłania się nam pełny obraz krezusa, jego poglądów i stosunku do ludzi i świata.

"Człowiek z gazu" to mieszanka spostrzeżeń autora, dialogów z Aleksandrem Gudzowatym, tekstów ważnych i ważniejszych ludzi biznesu, polityki i mediów. Z tego wszystkiego wyłania się obraz Gudzowatego - milionera z zasadami, których przestrzegał w całym swoim życiu. Biografia nietypowa i frapująca, z pewnością warta poznania, nie tylko przez ludzi interesujących się biznesem, czy też przemysłem gazowym w Polsce. Jest to w końcu, przede wszystkim, historia człowieka, który od niczego doszedł do wielkich pieniędzy. Może nie ma w niej gotowej recepty na sukces, ale z pewnością każdy odnajdzie pewne cenne wskazówki i rady, które przełożyć można nie tylko na biznes ale i życie codzienne.

Po lekturze czuję lekki niedosyt, a bierze się on stąd, że mam wrażenie, iż to co zawarte w książce, to nie jest cały Gudzowaty, a jedynie ta część, którą on sam chce ludziom pokazać. Ale to tylko moje małe spostrzeżenie, być może niesłuszne, a spowodowane dużym głodem informacji na temat Pana Aleksandra.

Naprawdę warto sięgnąć po historię jednego z najbogatszych ludzi w Polsce. Polecam!

Wydawnictwo: Regan Press Stron: 215

niedziela, 25 września 2011

Andre Agassi "OPEN. Autobiografia tenisisty"


Andre Agassi... triumfator ośmiu turniejów wielkoszlemowych, zwycięzca sześćdziesięciu innych turniejów, sportowiec wielokrotnie znajdujący się na pierwszym miejscu w rankingu ATP... nienawidził tenisa. Nienawiść ta niszczyła mu życie, wpędzała w depresje. Wielokrotnie chciał rzucić grę, ale... no właśnie... kochał tenis. Taki paradoks. Nie potrafił robić nic innego, tylko grać i zwyciężać.

Urodził się w 1970 roku w Las Vegas, i mimo iż posiadał trójkę rodzeństwa, stał się ostatnią nadzieją ojca na wielki tenisowy talent w rodzinie. Emanoul Agassi przelał wszystkie swoje niespełnione ambicje na syna, zmuszając go do treningów ponad dziecięcą siłę, zabraniając innych rozrywek, które mały Andre uwielbiał, jednocześnie nigdy nie był zadowolony, nawet z największych osiągnięć syna. Dzieciństwo trwało pod znakiem maszyny do wyrzucania piłek, zwanej przez dziecko smokiem. Jako nastolatek wysłany został do szkoły tenisowej Nicka Bolletteriego, która jawiła mu się jako kolejne więzienie, a okazała się wieloletnią salą tortur. Agassi zaczął się wtedy buntować, o czym świadczy jego młodzieńczy wizerunek, kolczyki w uchu i irokez. Jednocześnie pojawiły się też pierwsze poważne sportowe wygrane, aż w końcu decyzja o przejściu na zawodowstwo.
Od tej pory jego kariera to szereg wspaniałych zwycięstw i sromotnych porażek. Okresy, kiedy był nie do pokonania i czasy, gdy przegrywał niemal wszystko. Na szczęście, na pewnym etapie kariery spotkał Gila Reyesa, który zastąpił mu ojca i pomagał jak tylko mógł, pełniąc rolę trenera i ochroniarza.

Agassi opowiada wiele o swoim życiu prywatnym. Nieudanym związku z aktorką i modelka Brooke Shields i wreszcie o małżeństwie które odmieniło jego życie, ze Stefanie Graff - niemiecką mistrzynią tenisową, z którą ma dwójkę wspaniałych dzieci.

Autobiografia jest niezwykle szczera i miejscami lekko szokująca. Wywołała nie małe poruszenie w tenisowym światku. Na wieść o wykryciu swego czasu w organizmie Agassiego narkotyków, podniosły się głosy sprzeciwu m.in. Martiny Navratilovej, czy Marata Safina. Agassi okłamał komisję ATP, dzięki czemu uniknął dyskwalifikacji.
Dzięki autobiografii poznajemy ciemne życie sportowca, chwile zniechęcenia, gorycz porażki, ból związany z treningami i forsowaniem ciała. Modne jest powiedzenie "sport to zdrowie", ale po przeczytaniu wspomnień tenisisty wiem jedno... Na pewno nie wyczynowy. Agassi w wieku 34 lat miał wiele problemów ze swoim ciałem, które było wyeksploatowane do granic możliwości. Spał na podłodze z powodu powracających bólów kręgosłupa, a o innych schorzeniach nawet nie będę pisać.

Na stronach książki pojawiają się również przeciwnicy na kortach. Agassi z dużą dokładnością opisuje mecze, jakie był zmuszony grać w czasie swojej ponad dwudziestoletniej kariery. Do historii przeszły jego pojedynki z Petem Samprasem, z którym spotykał się niemal zawsze w finałach ważnych imprez. Mimo iż w książce czuć sympatię do Peta, to i tak Agassi musiał dać mu prztyczek w nos, ujawniając jego skąpstwo. Nie ukrywa wielkiej nienawiści do Borisa Beckera, czy niechętnego stosunku do Michaela Changa, który go irytował.

Szczera spowiedź jednego z największych tenisistów amerykańskich, pokazująca ciemne i złe strony sportu, których na korcie nie widzimy. Agassi uświadamia, że tenis, to nie tylko wielkie zwycięstwa, ogromne pieniądze i sława, ale też nienawiść wielu osób, lata wycieńczających treningów, trwały uszczerbek zdrowia, czy też po prostu niemożność realizacji innych niż tenis marzeń. Po przeczytaniu autobiografii zupełnie inaczej spojrzę na zawodników wylewających poty na korcie, z pozoru robiących to z łatwością i radością.

Co do samej książki... Została stworzona wraz z amerykańskim zdobywcą nagrody Pulitzera, napisana jest więc sprawnie, bez przydługich opisów, czy męczących szczegółów. Autorzy znaleźli sposób, aby pokazać poszczególne mecze czy treningi, nie przesadzając jednocześnie z ich prezentacją, która z pewnością mogłyby zmęczyć kogoś, kto wielkim pasjonatem tenisa nie jest. Myślę też, że jest to lektura obowiązkowa, dla każdego wielbiciela tego sportu!

Polecam!

Wydawnictwo: Bukowy las Stron: 455

czwartek, 22 września 2011

Magdalena Grzebałkowska "Ksiądz Paradoks. Biografia Jana Twardowskiego"

"Można powiedzieć o nim przeciwstawne rzeczy i wszystkie okażą się prawdą. Taki paradoks" (str. 298)

Człowiek paradoks. Z jednej strony skromny i pobożny, nieśmiały, niepewny swoich wierszy. Z drugiej perfekcjonista, dbający o każde słowo w wydawanych książkach, znający wartość swojej twórczości. Na co dzień roztargniony, zamyślony; guziki często źle pozapinane, dwa różne buty na nogach, a przy tym zawsze perfekcyjnie przyklejony tupecik. W latach świetności otoczony ludźmi, ale mimo to bardzo samotny. Ciągle poszukujący potwierdzenia wartości swojej twórczości, a przede wszystkim zbierający okruchy miłości. Ksiądz od biedronek, ukochany przez ludzi, którego wiersze osiągnęły do dnia dzisiejszego milionowe nakłady, tak naprawdę o sobie mówił mało. Był tym, który słucha i pociesza, trafnie zadaje pytania, jednocześnie nie pokazując swojego wnętrza. Przez całe życie prowadził wewnętrzną walkę księdza i poety... Nie pozwalał o sobie mówić inaczej jak "ksiądz, który pisze wiersze".

Grzebałkowska stanęła przed niełatwym zadaniem, ponieważ po śmierci księdza Jana wielu ludzi okryło się kurtyną milczenia. Wiele osób, nawet jeśli z autorką porozmawiało, często odwoływało swoje słowa, lub spotkania. Reporterka przeprowadziła kilkadziesiąt rozmów, prawie rok czekała na teczkę księdza w IPN-ie, dodatkowo w jej ręce trafił dziennik księdza. Wszelkie inne dokumenty po księdzu znajdują się u jego spadkobierczyni, która nie ujawnia ich nikomu. Grzebałkowska prowadzi nas od czasów dzieciństwa i młodości księdza Twardowskiego, poprzez lata pierwszych twórczych prób, aż do świetności i ostatnich dni Rektora Sióstr Wizytek. Odwiedza miejsca młodości, zabiera nas w pasjonującą wycieczkę po życiu księdza.

Ksiądz od biedronek, w swojej biografii, ukazany jest głównie przez pryzmat rozmów z licznymi znajomymi. Autorka łączy to w świetną i porywająca całość dodatkowo okraszoną zdjęciami, dokumentami i wierszami. Książka, która teoretycznie powinna być nudna, bo i ksiądz był, może nie tyle nudny, ale żyjący bez fajerwerków i sensacji, wciąga niemal od pierwszej strony i nie pozwala czytelnikowi się oderwać, aż do ostatniej strony.

Wielu wróżyło autorce, że książki nie napisze, ponieważ nic o księdzu nie wie, nie znała go, nic nie ma, jednak na szczęście słowa nie okazały się prorocze. Grzebałkowska stworzyła obraz księdza Jana składający się z paradoksów, które dają czytelnikowi do myślenia. Jednocześnie nie ocenia, pozostawia to nam... Zachęcam, ponieważ to naprawdę kawałek dobrej reporterskiej pracy, jednocześnie fascynujący obraz życia, składającego się z wielu sprzeczności. Naprawdę warto!

Wydawnictwo: Znak Stron: 376

niedziela, 29 sierpnia 2010

Julia Child "Moje życie we Francji"


Pełna humoru i werwy autobiografia pierwszej w Stanach Zjednoczonych profesjonalnej szefowej kuchni, na kanwie której nakręcono niedawny przebój kinowy Julia i Julia z Meryl Streep w roli głównej. Julia Child - „matka chrzestna” Nagelli Lawson i Jamiego Olivera – sprawiła, że Amerykanie pokochali jedzenie i gotowanie. Swoje pięć minut w telewizji dostała po tym, jak na rozmowę o napisanej przez siebie książce kucharskiej przyniosła do studia jajka oraz wszystkie niezbędne narzędzia włącznie z przenośną kuchenką i przyrządziła na wizji omlet. Widzowie chcieli więcej!

Książka opowiada o początkach jej kulinarnej fascynacji, kiedy wraz z mężem zamieszkała we Francji. Nie znała wówczas ani słowa po francusku i nie miała pojęcia o gotowaniu.

To książka o rzeczach, które w życiu kochałam najbardziej: moim mężu, Paulu Child; la belle France; i wielu przyjemnościach płynących z gotowania i jedzenia (…). Te wczesne lata we Francji należą do najszczęśliwszych w moim życiu – pisze Julia Child.

Julia Child (1912-2004) – autorka pierwszego w Stanach Zjednoczonych telewizyjnego programu kulinarnego Francuski Szef Kuchni oraz słynnej książki kucharskiej Francuska sztuka gotowania. Jedzenie i gotowanie pokochała podczas pobytu nad Loarą. Pierwszy posiłek w Paryżu (ostrygi, solę meuniere ze zrumienionym masłem, dobre wino) zjadła w słynnej restauracji La Cauronne i właśnie wtedy postanowiła poznać tajniki sztuki kulinarnej. W legendarnej paryskiej szkole Le Cordon Bleu wzbudziła nie lada poruszenie – swoim temperamentem, wzrostem (188 cm!) oraz niesłychanie wysokim, piskliwym głosem, który kilkanaście lat później pokochały tysiące Amerykanów. Za swoje show w 1966 roku Julia Child otrzymała nagrodę Emmy. Zmarła na dwa dni przed swoimi 92 urodzinami.

Nie jestem fanką biografii, ale ta jest inna. Pasja, pasja i jeszcze raz pasja.
Podziwiam Julię za kilka rzeczy:
1. Nauczyła się francuskiego a to trudny język :)
2. Nauczyła się gotować a to trudna sztuka niebywale...
3. Przekazała swoją wiedzę Amerykanom i zaraziła ich swoim entuzjazmem...



Książki nie należy na pewno czytać na pusty żołądek, chyba że lubimy jak stale nam coś burczy ;) Chwilami trochę się nudziłam, bo to mimo wszystko dalej jest biografia, ale zaraz sobie przypominałam fenomenalną kreację Meryl Streep w Filmie Julie & Julia i wyobrażałam sobie prawdziwą Julię Child w kuchni :) No i do tego wszystkiego francuskie krajobrazy...
Tak więc książka sympatyczna i na pewno warta przeczytania, polecam każdemu miłośnikowi gotowania i jedzenia ;)

Baner