Pewnie niejedna osoba czytająca tę notatkę zachwycała się trylogią Paulliny Simons o Tatianie i Aleksandrze. Ja ją pochłonęłam czytając niemal non stop, nie jedząc i pijąc prawie. Byłam zachwycona krótko mówiąc. Ciężko więc będzie autorce zatrzeć wspomnienie o trylogii i stworzyć równie doskonałą opowieść. "Dziewczyna na Times Square" to historia zupełnie inna, jednak ma w sobie to coś, co powoduje, że nie jesteśmy w stanie oderwać się od lektury.
Lily mieszka w Nowym Jorku, studiuje i wiecznie cierpi na brak pieniędzy. Żyje chwilą i dniem dzisiejszym, nie myśląc o przyszłości. Wszystko zmienia się pod wpływem kilku wydarzeń. Znika współlokatorka dziewczyny, a wcześniej odchodzi chłopak. Ale żeby nie było tak całkiem ponuro, Lily wygrywa na loterii ogromną sumę pieniędzy. Śledztwo w sprawie zaginionej Amy prowadzi nowojorski detektyw Spencer O'Malley i oczywiście, jak nietrudno się domyślić, mimo sporej różnicy wieku między Lily i policjantem zaiskrzy. Jednak to nie wszystko, nad bohaterką zbierają się czarne chmury i jak to w życiu bywa, szczęście często musi być okupione cierpieniem...
Jak pisałam we wstępie, ciężko będzie Paullinie Simons stworzyć historię na miarę "Jeźdźca miedzianego". "Dziewczyna na Times Square" to bardzo dobra powieść kobieca, która z pewnością umili niejeden wieczór, podczas którego z wypiekami na twarzy śledzić będziemy zmagania Lily z losem, jednak zabrakło tego, co odnalazłam w trylogii o Tatianie i Aleksandrze. Nie jestem nawet w stanie zdefiniować czego dokładnie mi brakuje. "Dziewczyna..." to świetne czytadło, w którym autorka raczy nas opowieścią miłosną, wątkiem kryminalnym, dramatem i wieloma różnymi wątkami poruszającymi mniej lub bardziej ważne problemy. Każdy odnajdzie w niej coś dla siebie, dlatego polecam wszystkim, bo lektura z pewnością jest godna uwagi.
