Pokazywanie postów oznaczonych etykietą różności. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą różności. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 stycznia 2013

Jak układacie swoje zbiory? :)

Po babci odziedziczyłam skłonność do przestawiania wszystkiego. Jako, że z meblami nie mam chwilowo takiej możliwości, postanowiłam poprzestawiać... książki :D Już od dawna (za sprawą Kingi) marzyło mi się ułożenie ich kolorystycznie, tylko nigdy nie miałam w sobie tyle zapału, żeby pomysł zrealizować. Aż tu wczoraj dopadła mnie odziedziczone przez babcię przypadłość i po prostu musiałam... Przy okazji odkurzyłam trochę książki i półki. Efekt jak widać poniżej nawet robi wrażenie. Dolne półki pozostały niezmienione, ponieważ znajdują się na nich książki, które z jakichś powodów muszą stać obok siebie (recenzyjne, kucharskie, i serie). Jestem zadowolona :)

A jaki Wy stosujecie klucz przy układaniu swoich zbiorów?







Pochwalę się jeszcze cudeńkiem zakupionym w jednym z krakowskich sklepików (Art Factory, Józefa 9). Chwaliłam się już na facebooku, teraz pochwalę się tutaj... ;) Poluję też na inną "książkową" biżuterię. Może znacie jakieś sklepiki gdzie można zakupić podobne cudeńka?





środa, 16 stycznia 2013

"Andy Warhol. Konteksty" - wystawa w Krakowie



Dane mi było, będąc w Krakowie, zajrzeć na wystawę mistrza pop-artu - Andy Warhola, odbywającą się w Międzynarodowym Centrum Kultury. 
Zaprezentowane dzieła pochodzą z kolekcji Zoya Museum w Modrze na Słowacji, a znajdziemy wśród nich zarówno sławną i znaną wielu Marilyn Monroe jak i wiele innych grafik. Prace pochodzą z lat 1969 - 1987 i jest wśród nich 60 serigrafii i 3 rysunki. Oprócz prac Warhola zobaczyć możemy również archiwalne fotografie przedstawiające artystę, celebrytę, a jednocześnie introwertyka. Wystawa trwa do 10 lutego 2013 roku, jest więc jeszcze trochę czasu aby się wybrać i obejrzeć z bliska to co prezentuję poniżej.





Rzadko mamy okazję na zdjęcie ze zmarłym...

sobota, 22 grudnia 2012

Wesołych Świąt!

Moja tegoroczna choinka prezentuje się niezwykle okazale... Postanowiłam zrezygnować z wersji zielonej i w końcu ułożyć książkową ;)


Życzę wszystkim rodzinnych i radosnych Świąt. A książkoholikom masy książek pod choinką ;)

czwartek, 25 października 2012

Beskid Śląski - uroki wsi

Dzisiaj post o tematyce fotograficznej... Mój drogi ojciec spędził ostatnio kilka dni w Beskidach i udało mu się uchwycić zarówno cudowną jesień jak i piękno beskidzkiej wsi. Myślę, że zdjęcia warte są pokazania :)

Miejsce wykonania zdjęć to okolice Zwardonia i Koniakowa oraz Wyrch Czadeczka.


To zdjęcie kojarzy mi się literacko z "1Q84" Haruki Murakamiego ;)











niedziela, 30 września 2012

(3) Niedziela... czyli Zakopane i KONKURS!

Jak pisałam tydzień temu, spędziłam kilka, a dokładnie pięć, dni w Zakopanem. Jechać miała siostra z chłopakiem, niestety mogła tylko w weekend, dlatego resztę opłaconego czasu w stolicy Tatr spędzałam ja ;)

Widok z przełęczy pod Kopą Kondracką

Przyjechałam w poniedziałek późnym wieczorem, dlatego wtorek spędziłam na chodzeniu bez celu po okolicy, a później po Krupówkach (czy jest jakiś czas w roku, kiedy tam nie ma tłumu ludzi?!). Udało mi się prawie wpaść na Justynę Kowalczyk, która wybiegała z ośrodka Imperial i widziałam Stanisława Karpiela-Bułeckę (kuzyna tego sławniejszego - Sebastiana). Jeszcze zerknęłam na Wielką Krokiew i tyle z wtorku.

Nie wiem dokładnie co to za willa, ale bardzo mi się spodobała :)

Kościół p.w. Św. Antoniego oo. Bernardynów


W środę miałam mało ambitny plan, wjechania na Kasprowy Wierch kolejką i przejścia do Kopy Kondrackiej. Mało ambitne plany pokrzyżował wiatr, przez który kolejka była nieczynna. Musiałam więc szybko zmienić trasę i tak oto postanowiłam wybrać się do schroniska na Hali Kondratowej i tam pomyśleć co dalej. Dotarłam, pomyślałam... i postanowiłam... że cóż to dla mnie 500 m w górę... wejdę na przełęcz pod Kopą Kondracką, a stamtąd albo na Kopę, albo na Kasprowy Wierch. Tak więc rozpoczęłam mozolną wspinaczkę, przeklinając siebie i wszystko dookoła. Mój rytm... 3 kroki do góry, 3 minuty postoju nie wróżył niczego dobrego, ale o dziwo, jakimś cudem byłam coraz wyżej... I dopiero gdzieś na wysokości 1700 m.n.p.m. poczułam dlaczego kolejka z powodu wiatru była nieczynna. Halny, którego doświadczałam zwalał z nóg. Kiedy wiał prosto w twarz, miałam wrażenie jakbym oddychała pod wodą. Tak więc walczyłam nie tylko z sobą, ale i z silnym wiatrem. Kiedy dotarłam na przełęcz, od razu stwierdziłam, że dalsza wycieczka nie ma sensu. Wiatr nie pozwalał siedzieć, a co dopiero chodzić. Szkoda, byłam już naprawdę wysoko (1863 m.n.p.m.) miałam siły i ochotę na dalszą wycieczkę i zdobywanie szczytów. Niestety... człowiek z naturą nie wygra. Zeszłam więc tą samą drogą do schroniska, po raz kolejny walcząc z wiatrem.
Giewont widziany z przełęczy pod Kopą

Przełęcz pod Kopą Kondracką

Ja :) Trzymam się prosto chociaż wiatr próbuje mnie złamać ;)

A tak wyglądali ludzie próbujący chodzić...

Widok z przełęczy na Tatry wysokie

Schronisko na Hali Kondratowej

A tędy wiodła trasa mej wycieczki :)

W czwartek dotarła do mnie siostra z chłopakiem, a ponieważ moje nogi odczuwały trud wspinaczki z dnia poprzedniego, to po raz kolejny przeszłam się Krupówkami, wjechałam na Gubałówkę (aż wstyd się przyznawać) i odpoczywałam :)
Widok z Gubałówki

Piątek to dzień mojego wyjazdu, ale do południa zaplanowaliśmy chodzenie po Dolinie Kościeliskiej. To chyba najciekawsza, z tatrzańskich dolin. Masa jaskini (polecam Mylną, można się tam przez moment poczuć jakby się było grotołazem :D), przepiękny Smreczyński staw z cudowną panoramą w tle i góry, miejscami przypominające bieszczadzkie połoniny. Całość psuje tylko cała masa "dziwnych" turystów. Szpilki i lans przede wszystkim. No i zastanawiam się, jak można rezygnować w połowie trasy! Modzi ludzie, nie dają rady dojść po raczej płaskiej drodze do schroniska... coś jest nie tak :)



Smreczyński Staw

Widok ze schroniska na Hali Ornak

Lisek, który nie boi się ludzi i kradnie im kanapki


Podsumowując... zmarnowałam dwa dni z powodu niesprzyjających warunków i żałuję, że tak mało chodziłam po wysokich górach. O dziwo, myślałam że z kondycją kiepsko, a okazało się że tempo miałam nawet dobre a i sił dużo. Trochę też za ostro zaczęłam, co skończyło się zakwasami, które prawdopodobnie jeszcze kilka dni będą trzymać.  Wyjazd udany, Tatry piękne, ludzie irytujący... to tyle o urlopie.


Żeby nieco ożywić facebookowe konto Magii książki, postanowiłam zorganizować tam konkurs. Do wygrania książka "Jeszcze jeden dzień" Fabio Volo. ZAPRASZAM! (KLIK)


A jutro recenzja książki, która mi w Zakopanem towarzyszyła...

niedziela, 23 września 2012

Niedziela... czyli Zakopane, Giflof i zakładki (2)

Postanowiłam, że niedziele poświęcę na pisanie o wszystkim i o niczym ;)

Zacznę więc może od tego, że od jutra nadawać będę z Zakopanego... Tydzień w stolicy polskich Tatr! Wyjazd wyskoczył mi zupełnie niespodziewanie. Miała jechać siostra z chłopakiem, niestety nie może i tak oto jadę ja. Sama już nie wiem czy się cieszyć, czy nie, zwłaszcza że w Tatrach spadł śnieg. Poza tym perspektywa samotnego biegania po górach jakoś mnie nie zachwyca, a że w góry chcę się wybrać, to pewne ;) Zobaczymy... w każdym razie, na pewno uraczę Was jakimiś zdjęciami. No i zastanawiam się, jakie książki zabrać ze sobą, gdyby pogoda nie dopisała...

---------------------------------------------------------------------------
Ostatnio przy porządkach wygrzebałam moje zakładki do książek. Z reguły przy czytaniu używam wszystkiego, tylko nie ich. Tak więc między kartkami lądują paragony, zdjęcia, chusteczki higieniczne (?), długopisy i inne dziwne rzeczy (ostatnio znalazłam zalaminowaną kartkę z ceną pączka!) ;) A zakładki leżą w pudełku. Jednak mam swoje ulubione, które chciałam Wam zaprezentować :) A Wy? Macie swoje naj? Może pochwalicie się u siebie?






--------------------------------------------------------------------------------------
Wczoraj miałam okazję wysłuchać i obejrzeć koncert ciekawe zespołu z Tych. Giflof, bo tak się nazywają, gra bardzo energetyczną i żywiołową muzykę. A perkusista po prostu mnie zachwycił!







I zapraszam do polubienia zespołu na facebooku (klik)

-----------------------------------------------------------------------------------

Tyle na dziś! A jutro spodziewajcie się stosu :) I trzymajcie kciuki, żeby udało mi się z tego mojego niespodziewanego urlopu wrócić :)

wtorek, 22 maja 2012

Małe wytłumaczenie :-)

Aż mi wstyd jak bardzo zaniedbałam bloga, ale zawirowania związane ze zmianą pracy (mam nadzieję, że wszystko pójdzie po mojej myśli) powodują, że nie mam czasu prawie na nic. Czytać, oczywiście czytam. Wchłonęłam dla odstresowania i odprężenia cztery książki Joanny Chmielewskiej, o których mam nadzieję już  niebawem wspomnę na blogu. Niestety na pisanie już nie jestem w stanie wygospodarować czasu. Mam nadzieję, że już wkrótce wszystko sobie poukładam i będę mogła wrócić w pełni do blogowego życia, bo trochę mi za nim tęskno i jakoś nie potrafię sobie wyobrazić porzucenia bloga na zawsze.

A na razie zapraszam na bloga, który powstał pod wpływem drugiej pasji, mianowicie gotowania. Na razie raczkuję, mam nadzieję się jednak rozwinąć w tej dziedzinie. A że gotować i jeść muszę, to na to na szczęście trochę czasu potrafię wygospodarować. ;-)

Trzymajcie kciuki, żeby wszystko się w końcu poukładało tak jak powinno :-)

A tymczasem, miłego dnia wszystkim życzę :-)

czwartek, 8 marca 2012

O trzech filmach, które warto zobaczyć...

Jak pewnie niektórzy zauważyli, blog ostatnio zaniedbałam bardzo. Urlopowanie w Bieszczadach skończyło się zapaleniem oskrzeli i dopiero teraz jakoś dochodzę do siebie. Czytać nie mam siły, pisać tym bardziej, ale mam nadzieję, że w końcu jakoś zbiorę się w sobie i wrócę na dawne tory.

Za to w czasie tych kilku tygodni nieczytania obejrzałam trzy bardzo dobre filmy, o których postanowiłam naskrobać kilka słów i które chcę polecić Wam gorąco. Podkreślę od razu, że pisać o filmach nie potrafię, musicie mi więc wybaczyć niedociągnięcia, mam nadzieję że uda mi się mimo to przekonać Was do prezentowanych obrazów :)

Zacznę od "Róży" Wojtka Smarzowskiego, którą uznaję za dzieło niemalże wybitne. Nie oglądam może zbyt wielu filmów i nie mam za bardzo z czym porównywać, ale ten zrobił na mnie niesamowite wrażenie i mimo, że od seansu minęło już kilka tygodni, ciągle siedzi mi w głowie. Nie jestem w stanie przestać o nim myśleć. Powraca do mnie nawet w snach! Ta brutalna, ale przede wszystkim niezwykle prawdziwa historia wwierca się w mózg i zmusza do refleksji. Wszystko co w "Róży" zostało przedstawione, czyli radziecka "szarańcza", która niszczyła i gwałciła wszystko co napotkała na swej drodze, czy problemy mniejszości (w tym przypadku Mazurów), znane mi było wcześniej, ale dopiero film Smarzowskiego "otworzył mi oczy", pozwolił zrozumieć... Przy całej brutalności, nienawiści przebrzmiewa przez poszczególne sceny jakaś poetyckość, i mimo brudu i powojennej pożogi udało się twórcom uchwycić piękno mazurskiego krajobrazu. Nie sposób, nie wspomnieć też o wybitnych kreacjach aktorskich. Marcin Dorociński i Agata Kulesza zagrali po prostu koncertowo. Jacek Braciak i Kinga Preis z kolei tchnęli w film odrobinę humoru.
Jedyne, co nie do końca do mnie przemówiło to samo zakończenie, trochę inaczej "widzę" finał historii Tadeusza.

Podsumowując... "Różę" trzeba po prostu zobaczyć!
"Lato 1945 roku, tuż po zakończeniu drugiej wojny światowej. Tadeusz, polski żołnierz, któremu wojna zabrała wszystko i niczego nie oszczędziła, dociera na Mazury, na ziemie, które przed wojną należały do Niemiec, a po wojnie zostały przyznane Polsce. Odnajduje wdowę po niemieckim żołnierzu, którego śmierci był świadkiem. Mieszkająca sama w dużym gospodarstwie Róża przyjmuje Tadeusza chłodno, pozwala przenocować. Tadeusz odwdzięcza się za gościnę pomocą w obejściu. Róża, choć się do tego nie przyznaje, potrzebuje czegoś więcej - przede wszystkim ochrony przed szabrownikami, którzy nachodzą jej gospodarstwo. Stopniowo Tadeusz poznaje przyczyny jej samotności... Na tle krajobrazu wyniszczonego przez wojnę, gdzie nadzieja stała się narzędziem propagandy, między dwojgiem ludzi z odległych światów rodzi się miłość... niemożliwa"*


Drugi film opiszę na "świeżo", ponieważ kino odwiedziłam wczoraj (mam to szczęście, że w moim Bytomskim Centrum Kultury, bilet kosztuje 11 zł, a filmy puszczane są niemal te same co w dużych multipleksach, może jedynie z lekkim poślizgiem)

"Rzeź" Romana Polańskiego to taka tragikomedia, przy której z pewnością wielokrotnie się uśmiechniemy, ale która zmusi nas też do głębszej refleksji. Dwa małżeństwa zamknięte w jednym mieszkaniu, rozwiązują problem jakim jest bójka między dziećmi. Jednak kilka niepotrzebnych słów i alkohol szybko odsłaniają maski jakie bohaterowie nałożyli sobie przed spotkaniem. Wychodzą prawdziwe charaktery, a mistrzowska gra aktorska, może w sposób lekko przerysowany, ale tym bardziej prawdziwy, pokazuje jak często zmuszeni jesteśmy do udawania kogoś innego, trwania w ramach narzuconych przez otoczenie i bliskie nam osoby.
Film został nakręcony na postawie sztuki teatralnej Yasminy Reza "Bóg mordu". Akcja toczy się w jednym pomieszczeniu i opiera się głównie na dialogach, z którymi świetnie poradzili sobie Christoph Waltz (Uwielbiany przeze mnie od czasów "Bękartów wojny"), Kate Winslet, Jadie Foster i John C. Reilly.
Gorąco polecam!

"Dwie nowojorskie pary: Alan (Christoph Waltz) i Nancy (Kate Winslet) oraz Michael (John C. Reilly) i Penelope (Jodie Foster). Zdawałoby się, że wszystko je łączy. Nienaganne maniery, wysoki standard życia i satysfakcja z uczących się w najlepszych szkołach dzieci. Wszyscy czworo mogą uważać się za elitę amerykańskiej socjety. Kiedy ich dzieci wszczynają bójkę, na pozór niewinne spotkanie rodziców, zorganizowane celem wyjaśnienia sprawy, przerodzi się w lawinę potyczek i wzajemnych złośliwości. W tym piekielnie zabawnym pojedynku stawką będzie dobre imię i status każdego z uczestników. Nic zatem dziwnego, że wytrawni przeciwnicy dopuszczą się ciosów poniżej pasa. Wkrótce wyjdą na jaw głęboko skrywane tajemnice, a gdy więzy małżeńskie ulegną zaskakującemu rozluźnieniu, okaże się, że w nowoczesnym związku wszystkie chwyty są dozwolone..."*


Film numer trzy, czyli "Dziewczyna z tatuażem" Davida Finchera z genialną Rooney Marą w roli Lisbeth Salander (dokładnie tak ją sobie wyobrażałam czytając książkę Stiega Larssona). Wydaje mi się, że film przypadnie do gustu osobom, które zaczytywały się w trylogii Larssona. Jest skondensowanym obrazem dzieła szwedzkiego pisarza, pomijającym przydługie opisy, które w książce mogły męczyć. Świetnie zrealizowany, bez "bondowskich" nierealnych scen. Jedyne co mi się nie podobało, to Daniel Craig. I nie chodzi o to, że grał źle, czy sobie z czymś nie radził, po prostu inaczej wyobrażałam sobie Mikaela Blomkvista i nie potrafiłam się przestawić. Nie mam niestety porównania ze skandynawską produkcją... Powinnam nadrabiać zaległości?

Mikael Blomkvist, znany dziennikarz oskarżony o zniesławienie, otrzymuje nietypowe zlecenie od właściciela koncernu przemysłowego, Henrika Vangera. Ma zbadać sprawę tajemniczego zaginięcia 16-letniej Harriet Vanger, które miało miejsce w latach 60-tych. Blomkvist nie wie, że każdy jego krok jest śledzony przez niezwykle inteligentną hakerkę, Lisbeth Salander, która wykonuje to na prośbę Vangera. Śledztwo z czasem zaczyna odkrywać krwawą i niebezpieczną historię rodziny Vanger.*




* Opisy pochodzą ze strony http://www.filmweb.pl/

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Moja biblioteczka

Wzięłam się ostatnio za porządki z książkami, a przy okazji zrobiłam zdjęcia, które już prezentowałam na facebooku. Teraz przyszła kolej na bloga... Trochę się zmieniło w moich zbiorach od ostatniego razu :)





A jak prezentują się Wasze zbiory?

Baner