wtorek, 28 stycznia 2014
Magdalena Witkiewicz "Opowieść niewiernej"
niedziela, 4 listopada 2012
Douglas Kennedy "Kobieta z Piątej Dzielnicy"
wtorek, 23 października 2012
Marta Owczarek, Bartek Skowroński "Byle dalej. W 888 dni dookoła świata"
"Indii opisać się nie da i potwierdzi to każdy, kto kiedykolwiek postawił stopę w tym kraju. Indie trzeba powąchać, trzeba ich dotknąć, posmakować, wsłuchać się w nie, zapatrzeć w barwne korowody ludzi. To nie jest po prostu kolejny kraj, z odmienną kulturą, religią czy mentalnością. To są Indie. Nie próbujemy nawet tego definiować, bo się po prostu nie da."
niedziela, 21 października 2012
Joshua M. Greene "Sprawiedliwość w Dachau. Opowieść o procesach nazistów"
"Utrzymywanie równowagi wewnętrznej przez niemal rok obcowania z nazistowskim sadyzmem, bezdusznymi biurokratami i osobistą traumą zaczęło odciskać na nim swoje piętno. W sali sądowej codziennie stawał twarzą w twarz z z ludźmi takimi jak Zoller, których barbarzyńskie zachowanie w obozach koncentracyjnych podkopywało jego siły, i czuł się fizycznie chory. Minął prawie rok od jego przyjazdu do Dachau, a nieprzerwany kontakt z takim bestialstwem powodował zmiany w jego zachowaniu i wyglądzie. Od tygodni nie miał apetytu i wyraźnie stracił na wadze. Ręce mu się trzęsły, a czasami, tak jak teraz, pozwalał, by wściekłość uzewnętrzniła się na jego twarzy"
"Powiedzieli, że bardziej przypominam więźnia obozu koncentracyjnego niż wszyscy świadkowie, których powołałem - wyjaśnił po latach. - Próba odtworzenia tych rzeczy bardzo mnie wyczerpała. Zacząłem myśleć o tym co oni jedli. Ci ludzie pracowali przez cały dzień, w nocy nie mogli spać i dostawali mniej niż tysiąc kalorii dziennie. Mniej więcej tak samo było ze mną, do pewnego stopnia. Miałem drgawki i nie mogłem utrzymać szklanki w ręku. Wyglądałem jak szkielet. Ważyłem pięćdziesiąt trzy kilogramy. Normalnie ważyłem siedemdziesiąt sześć. Pracowałem po piętnaście godzin dziennie i nie sypiałem po nocach, ponieważ myślałem - miałem koszmary. Sam przeżywałem część tych doświadczeń."
Procesy w Dachau trwały w cieniu tych "ważniejszych" w Norymberdze, gdzie sądzono tzw. "grube ryby" Jednak to właśnie w Dachau zapadło mnóstwo wyroków skazujących, a kara spotkała ludzi, którzy wykazali się wyjątkowym okrucieństwem na niewyobrażalną wręcz skalę. "Sprawiedliwość w Dachau" robi wrażenie dobrze napisanego thrillera prawniczego, ponieważ forma jaką zachował Green właśnie do tego nawiązuje. Jednak nawet najlepszy pisarz nie wymyśliłby tego, co miało miejsce w obozach. A najbardziej irytujące i porażające w tym wszystkim jest to, że oskarżeni ani przez moment nie wyrazili skruchy, bezczelnie zaprzeczając wszelkim oskarżeniom, powołując się na własne nieskazitelne sumienie, rozkazy, czy naukę.
"Nikt nie oczekiwał, że nazistowscy funkcjonariusze wyznają swoje grzechy i będą błagać o przebaczenie, ale bezczelność, z jaką wszystkiemu zaprzeczali, była porażająca"
"Siedząc z zadowoloną miną na krześle, wypierając się wszystkiego, Ilse Koch uosabiała w oczach Densona arogancję Trzeciej Rzeszy. W jego przekonaniu była "rzeczywiście wiedźmą", która odgrywała obozową kommendeuse, a teraz znowu stała się po prostu wiedźmą, tylko że ciężarną"
"Sprawiedliwość w Dachau" to pozycja obowiązkowa!
czwartek, 11 października 2012
Konkurs! "Szopka" Zośki Papużanki do zgarnięcia!
"Debiut autorki obdarzonej doskonałym słuchem językowym, wyrazistym stylem i znakomitym warsztatem pisarskim. Kolejny – po sztuce Zapolskiej i powieści Kuczoka – sugestywny portret polskiej rodziny: nie patologicznej, nie kołtuńskiej, ale nadal strasznej, zakłamanej i zimnej, w której małżeństwo to więzienie o zaostrzonym rygorze, a dom rodzinny to codzienny teatr absurdu, modłów, wrzasków i kotletów schabowych. Mocna proza – jak uderzenie pięścią."
środa, 3 października 2012
Tomasz Jachimek "Handlarze czasem"
Książce pewnie można wiele zarzucić. Maszyna do handlu czasem działała, ale jak? Tego nie wie nikt... Chyba nawet sam autor. Jest wiele nieścisłości w jej funkcjonowaniu (np. odejmowanie 15 lat?), jednak nie o to tak naprawdę w "Handlarzach czasem" chyba chodzi. Maszyna to tylko pretekst do stworzenia karykaturalnego i mocno przerysowanego obrazu społeczeństwa XXI wieku.
wtorek, 2 października 2012
Nicole Mones "Ostatni kucharz chiński"
poniedziałek, 1 października 2012
Alfonso Signorini "Zbyt dumna, zbyt krucha"
sobota, 22 września 2012
Joanna Góźdź "Dekorowanie potraw"
Przed każdą imprezą zastanawiam się, co zrobić z podawanymi przeze mnie potrawami i przekąskami, żeby wyglądały jak najbardziej apetycznie i zachęcająco. Znałam kilka trików, pozwalających mi stworzyć jakieś małe ozdóbki z warzyw, a po zapoznaniu się z książką Pani Góźdź moja wiedza na temat ozdabiania potraw z pewnością stała się dużo bogatsza.
piątek, 21 września 2012
Jonas Jonasson "Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął" - audiobook (Artur Barciś)
"Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął" już samym tytułem zachęca do przeczytania. Bo kto nie jest ciekawy, co też się z owym staruszkiem stało? Książka to swoista parada atrakcji, w której autor wyciąga kolejne króliki z kapelusza zaskakując czytelnika i nie pozwalając nawet na chwilę znudzenia lekturą.
sobota, 15 września 2012
Virginia C. Andrews "A jeśli ciernie"
poniedziałek, 6 sierpnia 2012
Konkurs urodzinowy ;)
"Dziennikarka kulinarna Maggie McElroy jest pogrążona w bólu po przedwczesnej śmierci męża. Na wieść, że w Chinach prawdopodobnie wychowuje się jego nieślubne dziecko, postanawia zbadać sprawę. Podróż zbiega się z propozycją napisania o wschodzącej gwieździe tamtejszej sztuki kulinarnej, Samie Liangu. W Państwie Środka Maggie próbuje odnaleźć córkę męża, a jednocześnie, dzięki Samowi, potomkowi słynnych kucharzy, poznaje tajniki chińskiej sztuki kulinarnej, której filozofia i uroki zmieniają jej życie…"
Zasady:
1. W komentarzu, oprócz zwyczajowego "Zgłaszam się" należy wpisać jakieś ciekawe, sympatyczne i oryginalne życzenia :) I to właśnie będzie główne kryterium oceny.
2. Konkurs trwa do 9tego sierpnia.
3. Osoby anonimowe proszę o pozostawienie maila i podpisanie się
wtorek, 24 lipca 2012
Patricia Engel "Vida"
"Vida" zauroczyła mnie okładką. Po prostu od pierwszego wejrzenia wiedziałam, że zagłębię się w treść debiutu literackiego. Książka stanowi zbiór opowiadań, które łączy ze sobą osoba Sabiny, córki kolumbijskich imigrantów. Patricia Engel za pomocą Sabiny nawiązuje do swojego życia, gdyż również jej rodzice przybyli do Ameryki z Kolumbii.sobota, 9 czerwca 2012
Virginia C. Andrews "Płatki na wietrze"
"Płatki na wietrze" to powieść opisująca dalsze losy rodzeństwa Dollangangerów, których poznaliśmy przy okazji lektury "Kwiatów na poddaszu". Nie jest to moje pierwsze spotkanie z książką, miałam okazję czytać ją już kilka lat temu. Jednak mimo, iż podobnie jak w przypadku pierwszej części znałam finał historii, czytałam z wypiekami na twarzy, niemal bez chwili przerwy. Nie wiem w czym tkwi fenomen tych powieści, jednak z pewnością przesycone emocjami losy rodzeństwa oddziałują na wyobraźnię czytelnika nie pozwalając o sobie zapomnieć.wtorek, 24 kwietnia 2012
Paullina Simons "Dziewczyna na Times Square"
Pewnie niejedna osoba czytająca tę notatkę zachwycała się trylogią Paulliny Simons o Tatianie i Aleksandrze. Ja ją pochłonęłam czytając niemal non stop, nie jedząc i pijąc prawie. Byłam zachwycona krótko mówiąc. Ciężko więc będzie autorce zatrzeć wspomnienie o trylogii i stworzyć równie doskonałą opowieść. "Dziewczyna na Times Square" to historia zupełnie inna, jednak ma w sobie to coś, co powoduje, że nie jesteśmy w stanie oderwać się od lektury.środa, 11 kwietnia 2012
Rosamund Lupton "Potem"

Kolejna pozycja Rosamund Lupton, która mnie ogłuszyła emocjonalnie i nie pozwoliła się oderwać od lektury nawet na chwilę. Tym razem autorka postawiła na więź łączącą matkę i córkę i chociaż książka wydaje się być podobna do poprzedniczki, to jednak jest zupełnie inna i jeszcze bardziej zaskakująca.
Punktem wyjścia tej powieści jest dzień, w którym pożar strawił budynek szkoły, a Grace wbiegła do płonącego budynku ratować życie córki Jenny. Kobieta "budzi się" w szpitalu. Okazuje się, że dusza jej i córki oddziela się od ciała, a bohaterki mogą swobodnie krążyć wśród bliskich, przyglądać się ich reakcjom i cierpieniu. Grace jest w śpiączce, po tym jak kawałek sufitu spadł jej na głowę, z kolei Jenny jest okropnie poparzona, a jej serce okazuje się być do wymiany. Błądząc miedzy życiem a śmiercią, matka z córką postanawiają odkryć prawdę na temat pożaru, który odebrał im szczęśliwą codzienność. Czas ucieka szybko i zarówno kobiety, jak i ich bliscy muszą podjąć wiele trudnych i zaskakujących decyzji. A prawda okazuje się być przerażająca...
Podobnie jak w przypadku "Siostry", Lupton zastosowała ciekawą narrację. Grace przemawia bezpośrednio do swojego męża, który czuwa przy ciele żony i córki. W ten sposób, emocje jakie targają matką stają nam się bliższe i jesteśmy w stanie lepiej zrozumieć to czym się kieruje.
Relacje między matką i dorastającą córką są świetnie przedstawione. Nastolatka, powoli wchodząca w dorosłość i matka, która jeszcze nie jest gotowa uwierzyć w to, że ta na dorosłość jest gotowa. Dopiero obserwacja zachowania córki w szpitalu pozwala zrozumieć Grace, że Jenny powoli staje się młodą kobietą, która mimo iż bardzo rodziców kocha zaczyna mieć swoje własne życie, w którym będzie musiała podejmować własne decyzje i ponosić ich konsekwencje. Pięknie autorka też pokazała, jak silna i głęboka może być pierwsza młodzieńcza miłość
Chociaż nie jestem miłośniczką duchów, wychodzenia z ciała itp., to muszę przyznać, że w tym przypadku jest to zabieg niezwykle udany, który nadaje książce świeżości i sprawia, że cała historia staje się oryginalna i niepowtarzalna. Jedyne co mogłabym jej zarzucić, to zakończenie, które nie do końca mnie usatysfakcjonowało. Chyba trochę za wcześnie domyśliłam się o co w tej historii chodzi. Niemniej, Rosamund Lupton po raz kolejny uraczyła nas mądrym, klimatycznym, bardzo emocjonalnym thrillerem psychologicznym i z niecierpliwością będę wyczekiwać kolejnych powieści jej autorstwa.
Naprawdę warto!
poniedziałek, 9 kwietnia 2012
Rosamund Lupton "Siostra"

Jej siostra Tess to z kolei żywioł. Studentka, początkująca i utalentowana malarka, czerpiąca z życia wszystko to co najlepsze. Piękna, posiadająca wielu przyjaciół i znajomych ledwo wiąże koniec z końcem. Jest zupełnym przeciwieństwem Bee. Jednak mimo że siostry stanowią dwa przeciwne bieguny, istnieje między nimi niesamowita więź którą podtrzymują i pielęgnują, mimo odległości jaka dzieli Nowy Jork i Londyn. Dlatego kiedy Bee dowiaduje się o zaginięciu Tess, bez wahania wsiada w pierwszy samolot do stolicy Anglii i rozpoczyna poszukiwania siostry.
Ciało Tess szybko zostaje odnalezione, a policja orzeka samobójstwo. Jednak siostra nie jest w stanie przyjąć tej prawdy do świadomości. Bez pomocy śledczych postanawia odkryć prawdę, a im dalej w swym śledztwie się posuwa, tym więcej szczegółów z życia Tess poznaje, co pozwala jej jeszcze bardziej zacieśnić siostrzaną więź.
Nie chcąc zdradzić za dużo z fabuły skończę na takim opisie książki i przejdę do pieśni pochwalnej na jej cześć! Po przeczytaniu ostatnich stron pozycji poczułam się tak, jakby mi ktoś mocno przyłożył w głowę. Lupton mnie zaskoczyła i zszokowała. Wywołała we mnie mnóstwo emocji, nad którymi myślałam, że panuję. A jednak po odłożeniu "Siostry" moje myśli ciągle krążyły wokół więzi między bohaterkami. To jak autorka wykreowała postacie i łączące je porozumienie jest po prostu niesamowite.
Również sposób narracji wpływa na naszą wyobraźnię. Bee przemawia bezpośrednio do siostry, relacjonuje jej wszystkie postępy ze śledztwo w jej sprawie. Ta forma jakby listu powoduje, że więź między siostrami staje się nam bliższa i bardziej zrozumiała. W trakcie poszukiwania prawdy Bee zmienia się i upodobnia do siostry, odnajdując jednocześnie siebie i swój sens życia. Musi się też zmierzyć z kilkoma chwilami zwątpienia, które wystawiają na próbę to w co wierzy i niezachwianą wcześniej wiarę w siostrzaną miłość.
Rosamund Lupton poruszyła też temat badań genetycznych i ich wpływu na ludzkie zdrowie i życie. Ukazała, jak łatwo manipulować takimi kwestiami i obrócić ich działanie przeciwko nauce.
"Siostra" to jedna z tych książek, które czyta się od pierwszej do ostatniej strony, a wiedza na temat finału historii jest nam wręcz niezbędna do dalszego funkcjonowania. I mimo, że wydaje nam się, że już wszystko wiemy, autorka i tak zaskakuje nas i powoduje mętlik w głowie. Podobnie jest zresztą z najnowszą jej książką "Potem", przez którą zarwałam z kolei dzisiejszą noc. Warto naprawdę sięgnąć i bez wahania mogę powiedzieć, że w moim odczuciu to dwie lepsze książki z tego gatunku, jakie dane mi było czytać. A o "Potem" już w następnym poście...
Gorąco polecam!
środa, 4 kwietnia 2012
Tony Fitzjohn "Tańczący z lwami"

Na pewno wielu z Was kojarzy książkę i film opowiadający historię Elzy z afrykańskiego buszu, która od kociaka wychowywana była przez ludzi, a celem ich było przywrócenie jej środowisku naturalnemu. Lwicą zajmowała się Joy Adamson wraz z mężem Georgem. Mężczyzna założył Kampi ya Simba, sierociniec dla lwiątek, które trafiały tam na tak długo, aż stawały się zdolne do samodzielnego życia na wolności. Tony Fitzjohn trafił pod skrzydła Adamsona po okresie burzliwej młodości i od razu zrozumiał, że Afryka i lwy to jest to co będzie zaprzątać jego myśli do końca życia. Tony i George stworzyli niezwykły duet, wspierający się wzajemnie i udowadniający światu, że działania mające na celu przywracanie lwów i lampartów środowisku mają sens.
Jednak książka wcale nie zaczyna się kolorowo, bo już w pierwszych akapitach jesteśmy świadkami ataku lwa Shymanna na autora. Ciężko poturbowany, skazany jest na długotrwałą rekonwalescencję. Ta scena uświadamia, że nie mamy do czynienia z barwną i pełną sukcesów bajkową historią, a prawdziwą i ciężką pracą dużej grupy ludzi, często okupioną porażkami.
Tony u boku swojego mentora przez długie lata uczył się wszystkiego co dotyczy dzikich kotów, a po tragicznej śmierci staruszka stał się niejako kontynuatorem jego dzieła. Wiele lwów i lampartów udało się przywrócić naturalnemu środowisku, jednak z powodu absurdalnych przepisów i niebezpieczeństw związanych z somalijskimi kłusownikami Tony w pewnym momencie zmuszony został do opuszczenia ukochanej Kory. Nie poddał się jednak i w nowym miejscu - Tanzanii stworzył rezerwat którego celem było ratowanie ginących nosorożców i przywrócenie populacji Likaonów. Udowodnił, że ciężką pracą można odnieść sukces, nawet jeżeli droga do niego usłana jest przeróżnymi problemami."Tańczący z lwami" mimo interesującej fabuły, bynajmniej nie wciąga od pierwszej strony. Prawdopodobnie jest to wynikiem lekko chaotycznego stylu Fitzjohna. Który za nic ma ramy czasowe i często w swoich opowieściach wybiega w przyszłość, po to aby zaraz się cofnąć do innych wcześniejszych wydarzeń. W mojej głowie spowodowało to lekki zamęt. W jednej chwili czytam, że Freddie (ulubieniec Toniego) parzył się z samicą, aby po kilku stronach dowiedzieć się, że z lwem jest problem ponieważ nie chce kopulować i jeszcze nie miał samicy. To tylko jeden z przykładów "skoków" autora. Jednak kiedy przyzwyczaiłam się do specyficznej opowieści autora, przyznaję... nie mogłam się oderwać. Zafascynował mnie afrykański świat, przerażały biurokratyczne kłody rzucane pod nogi, cieszyły większe czy mniejsze sukcesy odnoszone po długiej i żmudnej pracy, uroniłam nawet kilka łez, kiedy z powodu ludzkiej bezmyślności, czy też złośliwości losu umierały zwierzęta.
Tony Fitzjohn poświęcił całe swoje życie afrykańskiej przyrodzie Kenii i Tanzanii. Został odznaczony orderem Imperium Brytyjskiego, pozyskał wielu sponsorów, którzy bez wahania łożą środki na projekty mające na celu rozwijanie Kory i Mkomazi. Jego historia, mimo iż prywatnie nie zawsze kolorowa, to świadectwo ciężkiej pracy, a przede wszystkim wielkiej miłości do zwierząt, które nie zawsze uczucie potrafiły odwzajemnić. Podziwiam i kibicuję.czwartek, 22 marca 2012
Norman Lebrecht "Pieśń imion"
Martin Simmonds, w momencie kiedy go poznajemy, ma sześćdziesiąt lat i jest właścicielem firmy zajmującej się drukiem i sprzedażą nut. Jego życie rodzinne jest ustabilizowane, nie brakuje mu pieniędzy, czuje jednak wielką pustkę. Pojawiła się ona w momencie tajemniczego zniknięcia przyjaciela z dzieciństwa. Dawidl, niezwykle uzdolniony skrzypek, trafił pod skrzydła ojca Martina w przededniu II Wojny Światowej. Chłopak, na prośbę ojca, który musiał pilnie wracać do Warszawy do chorej żony i dzieci, zostaje u rodziny Simmondsów, gdzie ma się dalej kształcić. Żydowska rodzina Dawidla Rapoporta w Warszawie czasów wojny nie miała większych szans na przetrwanie. Niemal wszyscy zostają zabici w obozach koncentracyjnych, a chłopak zostaje sam na świecie. Ma jednak wielkie i bezgraniczne oddanie Martina, rówieśnika z którym spędza większość czasu. Chłopcy żyją w niezwykłej symbiozie, jakby jeden bez drugiego nie mógł istnieć. Ta braterska, pozbawiona jakiegokolwiek seksualnego zabarwienia, więź zostaje przerwana w dniu wielkiego debiutu genialnego skrzypka. Dawidl znika bez śladu, a policyjne śledztwo nie jest w stanie ustalić co też się z nim stało…"Najbardziej na świecie bałem się stracić Dawidla. W jego towarzystwie byłem pewny siebie, zdolny, atrakcyjny, wygadany. Bez niego znowu stawałem się grubą niedojdą z wadą wymowy. On był rabinem, a ja Golemem, on Klarą, a ja Schumannem, był włącznikiem mojego radia." (str. 131)„Pieśń imion” to debiut literacki Normana Lebrechta, brytyjskiego dziennikarza muzycznego, który na szczęście postanowił zacząć pisać. Warsztat i język powieści zdradzają jego wielkie zdolności. Z wielką przyjemnością pochłaniało się kolejne zdania książki. Trochę inaczej odebrałam treść… Wspomnienia z dzieciństwa czytałam z wypiekami na twarzy, z kolei warstwa współczesna drażniła mnie i była jakby niespójna z resztą treści. Martin, nieśmiałe dziecko, wiecznie na końcu szeregu, jako sześćdziesięciolatek bryluje na salonach, romansuje z dużo młodszymi kobietami, często jego myśli są wręcz wulgarne i nie pasują do całokształtu osobowości tego bohatera. Również jego motywacje często są dla mnie niezrozumiałe. Mimo iż z uwagą czytałam każdą stronę, nie znajdowałam odpowiedzi na dręczące mnie pytanie "Co chcesz osiągnąć Martinie?".
W powieści brak punktu kulminacyjnego. W napięciu czekamy na „bombę”, czyli powód zniknięcia Dawidla, a dostajemy co najwyżej niewypał. Wytłumaczenie tej historii jest jak dla mnie zbyt proste.
Jest jeszcze kwestia muzyki… Lebrecht posiada ogromną wiedzę, co widać niemal na każdej stronie. Nazwiska mniej lub bardziej znanych kompozytorów, czy wykonawców pojawiają się co rusz. Tyle że to tylko nazwy. Brakuje tego niesamowitego klimatu jaki towarzyszy muzyce klasycznej, a który odnalazłam np. w powieści Andromedy Romano-Lax „Hiszpański smyczek”. Tam muzykę było niemal „słychać”, w „Pieśni imion” przebrzmiewa co najwyżej jakiś daleki pogłos.
Niemniej, mimo uwag wymienianych powyżej, autor stworzył świetną powieść, szczególnie w części opisującej dzieciństwo chłopców. Przybliżył nam również środowiska żydowskie żyjące w Anglii, zarówno te które odchodzą od tradycji, jak i bardzo ortodoksyjne. Warto więc sięgnąć, bo powieść z pewnością wartościowa i godna uwagi.
piątek, 27 stycznia 2012
Virginia C. Andrews "Kwiaty na poddaszu"

"Kwiaty na poddaszu" czytałam już raz, kilkanaście lat temu i książka zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Przez lata pamiętałam fabułę i poszczególne wątki, można więc powiedzieć że lektura zapadła mi w pamięć. Z pewną obawą sięgnęłam więc po nią po raz kolejny, w końcu miałam w pamięci jak historia się zakończy. Jednak obawy okazały się nieuzasadnione, ponieważ "Kwiaty..." po raz kolejny wciągnęły mnie niemal od pierwszej strony i nie pozwoliły od siebie oderwać aż do ostatniej.
Dollangangerowie wiodą szczęśliwe i spokojne życie. Głowa rodziny ma dobrą pracę, czwórka potomstwa ma pełne miłości dzieciństwo, matka nie pracuje i zajmuje się pociechami - Chrisem, Cathy, Carrie i Cory'm. Cały spokój burzy wypadek i śmierć ojca. Corrine zostaje sama i nijak nie potrafi sobie poradzić z codziennością, rachunkami i długami. Podejmuje decyzję o przeprowadzce do rodzinnego domu, gdzie będzie musiała wrócić do łask rodziców, którzy kilkanaście lat wcześniej ją wydziedziczyli. Kobieta liczy na szybką śmierć ojca i odzyskanie jego miłości, co równałoby się z odziedziczeniem całego majątku. Przeszkodą w tym planie okazują się dzieci, które matka wraz z babką postanawiają ukryć w pokoju połączonym z poddaszem. Początkowo wmawiają im, że to tylko jedna noc, jednak ta noc przechodzi w tygodnie, miesiące... i lata. W tym czasie między Cathy i Chrisem zaczyna się rodzić niezdrowa fascynacja seksualna...
Narratorką opowieści jest Cathy, która w momencie jej rozpoczęcia ma dwanaście lat, więc historia pisana z perspektywy dziecka jest prosta, nieskomplikowana, czasami naiwna i miejscami wręcz nierzeczywista. Relacje między rodziną Dollangangerów, szczególnie w okresie, kiedy żył ojciec, są tak idealne, że niestety trącą sztucznością i nieprawdziwością. Cała historia dzieci zamkniętych na poddaszu w wielkim domu przez lata również wydaje się nieprawdopodobna, jednak mimo to nie sposób się od niej oderwać i wyrzucić z pamięci. Za pierwszym razem czytałam ją z wypiekami na twarzy, teraz nawet widząc jej wady, również nie potrafiłam przejść obok niej obojętnie i odłożyć nim nie dotrę do końca. Jest coś dziwnego w powieści Virgini C. Andrews, bo po jej lekturze ciężko stwierdzić jednoznacznie czy się podobała czy nie. Z pewnością po spotkaniu z dziećmi Dollangangerów pozostaje wielki mętlik w głowie, i pojawia się ciekawość, jak też potoczyły się losy rodzeństwa. Na szczęście autorka stworzyła kolejne części opowieści, które również zaskakują, przerażają i przede wszystkim głęboko zapadają w pamięć.
"Kwiaty na poddaszu" to kultowa, kontrowersyjna i skandalizująca pozycja, która gra na czytelniczych emocjach, bazując na nieszczęściu, śmierci i kazirodztwie. Virginia C. Andrews stworzyła niesamowity klimat, w którym zawarła grozę, miłość i tajemnicę. Taki zestaw poruszy chyba każdego...
Warto!






