Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świat Książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świat Książki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 stycznia 2014

Magdalena Witkiewicz "Opowieść niewiernej"


Chyba pierwszy raz zdarzyło mi się poczuć taką bliskość z fikcyjnym bohaterem. Magdalena Witkiewicz stworzyła opowieść, w której dokonuje rozkładu na czynniki pierwsze gasnącej miłości. Prezentuje swoiste studium zdrady i rozpadu małżeństwa...

Ewa i Maciek są parą bardzo długo, a początki ich związku to wprost sielanka. Wspólne spacery, wyjazdy, częste randki, a wszystko w niezwykle romantycznej atmosferze, o jakiej marzy chyba każda kobieta. Ich związek rozwija się. Najpierw jest więc wspólne zamieszkanie, następnie pierścionek od Maćka zwiastujący ożenek. Jednak już na każdym kolejnym etapie, daje się wyczuć coraz więcej ustępstw ze strony Ewy. Nie ma więc wicia wspólnego gniazdka, mężczyzna przynosi cztery walizki do jej mieszkania, nie ma ślubu jak z bajki, jest aż za skromna uroczystość w Urzędzie Stanu Cywilnego... A to dopiero początek piekła, jakie zaczyna się rodzić w tym związku. Po ślubie jest coraz gorzej, brak wspólnych tematów do rozmów i zainteresowań powoduje, że para zaczyna życie razem, ale po prawdzie każde prowadzi je na własny rachunek. Maciek pracuje niemal non stop, a najważniejsze dla niego jest zarabianie pieniędzy, Ewa nie potrafi się odnaleźć i dotrzeć do męża. Wydaje się, że sytuację może naprawić dziecko, bo Ewa zachodzi w ciążę, jednak ta kończy się dość szybko, co wpędza kobietę w depresję i powoduje utratę pracy... W tym wszystkim pojawia się w końcu miejsce na myśl o zdradzie...

Literatura kobieca pełna jest licznych zdrad mężczyzn. Kobiety nie zdradzają w niej prawie nigdy. Dlaczego? Przecież statystycznie zdaje się co czwarta popełnia ten czyn. Pewnie dlatego, że literaturę kobiecą tworzą kobiety, a trochę dziwnym byłoby oczernianie własnej płci. Z reguły kobiety są nieskazitelne, zdradzają mężowie i partnerzy, odchodzą z innymi, następuje potok łez, a następnie pojawia się kolejna miłość życia. Tym bardziej podoba mi się temat jaki podjęła Witkiewicz. Po prostu jest to jakaś odskocznia. Zdrada podana w zupełnie inny sposób, niż jesteśmy przyzwyczajeni.
Autorka w klarowny sposób pokazała, jak łatwo można się zagubić, zapomnieć o tym co najważniejsze czyli o uczuciach. Zapomnieć o tym kim się jest i podporządkować wyobrażeniom innej osoby.
Miłość na początku zawsze jest pięknym zjawiskiem i często mamy klapki na oczach, nie zdając sobie sprawy z wad partnera i różnic. Kiedy te już opadną, okazuje się, że jest już za późno nawet na "hospitalizację" związku. Łatwo jest też oceniać i potępiać postępowanie, czy to kobiety, czy mężczyzny, którzy zdradzają, jednak na zdradę składa się wiele czynników. Często jest następstwem po prostu braku miłości. A tego nie da się naprawić i uratować.

Magdalena Witkiewicz w "Opowieści niewiernej" pokazała właśnie jak brak miłości i zainteresowania drugiej osoby prowadzi do decyzji, których się żałuje i które są nieodwracalne. Ewa zdradziła. Skrzywdziła tym innych ludzi, ciężko coś takiego usprawiedliwić. Jednak na jej zdradę, tak jak i na każdą inną, składa się gros maleńkich wydarzeń z codziennego życia, a wina zawsze leży gdzieś po środku. I nad tym chyba powinniśmy się zastanowić.

Polecam!

niedziela, 4 listopada 2012

Douglas Kennedy "Kobieta z Piątej Dzielnicy"



Po "Kobietę z Piątej Dzielnicy" sięgnęłam zachęcona pozytywnymi opiniami innych, starałam się jednak nie czytać opisów fabuły, a tym bardziej skrótu zawartego na tyle okładki. I ogromnie się cieszę, że tak właśnie uczyniłam, ponieważ kiedy po zakończeniu lektury przeczytałam tył, okazało się że zdradza mniej więcej treść połowy książki, a jego znajomość z pewnością zepsułaby mi trochę radość z czytania powieści Douglasa Kennedy'ego.
Nieświadoma więc tego, co tak naprawdę mnie czeka, rozpoczęłam lekturę, która z początku w zasadzie nie przypadła mi do gustu. Monotonna i lekko senna atmosfera powodowała, że ciężko było mi wpaść w  odpowiedni rytm i poczuć klimat Paryża w którym dzieje się cała akcja.

Henry Ricks ucieka... W Ameryce zostawia skandal który pozbawił go pracy i reputacji, byłą żonę i córkę. Jest na samym dnie i nie widzi dla siebie żadnych perspektyw do odbicia od niego. Jako, że zawsze jego największym marzeniem było wyjechać do Francji i napisać powieść, z garścią oszczędności w kieszeni postanawia je spełnić właśnie teraz, kiedy nie ma już nic do stracenia. Jednak myliłby się ktoś, kto pomyśli, że wraz z nowym miejscem skończą się problemy Henry'ego. Trafia do hotelu, gdzie spotyka zarozumiałego recepcjonistę, który traktuje go bez litości, zapada też na nieciekawą odmianę grypy, która nie pozwala mu wstać z łóżka przez kilka dni. Dzięki temu poznaje Adnana, pierwszego człowieka od wielu tygodni, który okazuje mu życzliwość, pomaga załatwić pokój w szemranej paryskiej dzielnicy, a przy tym sam wpada w spore tarapaty.

Życie, próbującego pisać powieść mężczyzny, popada w nudną rutynę, którą odmienią dwa wydarzenia... Oferta pracy jaką Henry otrzymuje od właściciela kafejki internetowej i spotkanie, na jednym z salonów organizowanych przez Madame Lorriaine L'Herbert, tajemniczej Margit, tłumaczki pochodzenia węgierskiego.

W życiu byłego wykładowcy zaczynają się dziać dziwne rzeczy... coraz bardziej nieprawdopodobne...

Jak pisałam we wstępie, początkowa akcja w ogóle nie zapowiada tej niesamowitej historii, jaka tworzy się na kolejnych kartach powieści. Monotonia, szybko zastąpiona zostaje dynamicznym biegiem wydarzeń, które zaskakują nie tylko bohatera, ale przede wszystkim czytelnika. Douglas Kennedy zaproponował nietypowe wyjaśnienie zagadek, jakie napotyka na swej drodze Henry. Z reguły nie podoba mi się wplatanie zjawisk niewytłumaczalnych w całkiem realną opowieść. Tym razem jednak autor zrobił to umiejętnie, okraszając całość otwartym zakończeniem, jakiego nota bene też w zasadzie nie lubię. Tym samym zabiegi, które z reguły mnie irytują przyniosły wręcz odwrotny efekt.

Gdybym miała użyć kilka słów, aby opisać powieść "Kobieta z Piątej Dzielnicy" pewnie byłyby to: fascynująca, magiczna, hipnotyzująca, nietypowa, niepokojąca... A i tak nie oddają wszystkiego!
Bardzo jestem ciekawa ekranizacji tej książki, więc prawdopodobnie niebawem wybiorę się do kina, aby skonfrontować dwie wersje "Kobiety...", tymczasem polecam gorąco powieść, warta jest tego, aby się w niej zatracić...

wtorek, 23 października 2012

Marta Owczarek, Bartek Skowroński "Byle dalej. W 888 dni dookoła świata"


Już dawno nie czytałam żadnej książki podróżniczej, chociaż jeszcze jakiś czas temu pochłaniałam je namiętnie. Dłuższa przerwa od tej literatury pozwoliła mi na nowo odkryć to, co zawsze mnie w tego typu książkach zachwycało. "Byle dalej" to jedna z tych pozycji, które pozwalają poczuć klimat odwiedzanych miejsc, zabierając nas za sprawą lektury w niesamowite i przepiękne zakątki.
Marta Owczarek i Baretek Skowroński decyzję o wyjeździe podjęli z dwuletnim wyprzedzeniem, nie był to więc spontaniczny wypad, ale szeroko zakrojone przedsięwzięcie. Wiązało się przede wszystkim z rzuceniem pracy, wynajęciem mieszkania, szczepieniami, zdobywaniem wiz itd. Jak się później okazało, wiele z czynności wykonanych przed wyjazdem okazało się zbędnymi, niemniej z pewnością doświadczenia stanowiły naukę na przyszłość dla podróżników.

Podróż rozpoczęli w lipcu 2008 roku, a za pierwszy cel obrali Mongolię, gdzie główną atrakcją miało być zaćmienie słońca. Na początku towarzyszyła im duża grupa przyjaciół, więc może tym łatwiej było im się zaaklimatyzować do życia w drodze, które miało trwać prawie dwa i pół roku. Odwiedzili kolejno Chiny, Nepal, Indie, Tajlandię i Kambodżę, Wietnam i Laos, Wyspy Pacyfiku, Malezję, Indonezję, Australię, Nową Zelandię, Argentynę, Chile, Boliwię, Peru, Ekwador i Kolumbię. Mówiąc krótko... Kawał świata!
Jako, że mnie najbardziej fascynuje Azja, to z wypiekami na twarzy czytałam kolejne rozdziały dotyczące tego kontynentu. Największą moją uwagę przykuły oczywiście Indie, które autorka świetnie scharakteryzowała.

"Indii opisać się nie da i potwierdzi to każdy, kto kiedykolwiek postawił stopę w tym kraju. Indie trzeba powąchać, trzeba ich dotknąć, posmakować, wsłuchać się w nie, zapatrzeć w barwne korowody ludzi. To nie jest po prostu kolejny kraj, z odmienną kulturą, religią czy mentalnością. To są Indie. Nie próbujemy nawet tego definiować, bo się po prostu nie da."

W skondensowany sposób autorzy przybliżają nam wszystkie kraje wymienione wyżej. I mimo iż na tych prawie czterystu stronach nie da się ująć i opisać wszystkiego co spotkali na swej drodze przez te 888 dni, to ja jako czytelnik, jestem w pełni usatysfakcjonowana tym co otrzymałam. 
Zmieniały się państwa, zmieniały się też często środki lokomocji, jakimi poruszali się Marta i Bartek. Elektryczny rower, skuter, samochód i ostatecznie do końca podróży motor, towarzyszyły parze w czasie wojaży. Zmieniał się też nastrój, przychodziły chwile zwątpienia. Złamana noga, długotrwałe załamania pogody, kradzież to tylko niektóre z przeszkód napotkanych na drodze. Jednak niewiele jest w tej książce tych złych momentów. Utrzymana jest w wesołym tonie, napisana przystępnym językiem, który powoduje, że z miejsca  zaczynamy lubić "naszych" podróżników. 

Czytając często nachodziło mnie skojarzenie z Kingą Choszcz i Chopinem, którzy swoją podróż, nieco dłuższą, opisali w książce "Prowadził nas los". Porównując te dwie pary i podróże, wydaje mi się że Marta i Bartek przemieszczali się w sposób bardziej przemyślany, bez większego zbędnego ryzyka, nie tracąc przy tym nic z podróżniczych doznań. W wojażach Kingi zawsze uderzał mnie brak wyobraźni, który w każdej chwili mógł skończyć się źle. Myślałam, że widocznie inaczej się nie da, ale jak widać na przykładzie autorów "Byle dalej" można z wyobraźnią. Chociaż może te różnice wynikają też z tego, że Kinga podróżowała kilka lat wcześniej? Taka mnie naszła dygresja...

Wracając do "Byle dalej"... Zachwyciły mnie zdjęcia, przy niektórych otwierałam wręcz buzię z zachwytu. Trochę książek podróżniczych zaliczyłam i stwierdzam, że pod tym względem "Byle dalej" z pewnością znajduje się w czołówce!

Lekki i żartobliwy styl w jakim utrzymana jest książka z pewnością przypadnie każdemu do gustu, dlatego jeśli chcecie poczuć egzotyczne klimaty, polecam książkę Marty Owczarek i Bartka Skowrońskiego. Wielkie brawa dla autorów za odwagę i konsekwentne spełnianie marzeń!

niedziela, 21 października 2012

Joshua M. Greene "Sprawiedliwość w Dachau. Opowieść o procesach nazistów"


"Sprawiedliwość w Dachau" Greena, to jedna z tych książek, które wycieńczają psychicznie czytelnika, ponieważ ciężko jest uwierzyć, że to co opisywane jest na jej stronach miało naprawdę miejsce. Ponieważ człowiek nie jest w stanie pojąc wynaturzenia i okrucieństwa jakie miało miejsce w obozach koncentracyjnych. I chociaż zdawałam sobie sprawę, jak chyba każdy zresztą, jak źle było w obozach, to i tak nie uniknęłam nocnych koszmarów, złości i irytacji.

Nie inaczej było z Williamem Densonem, głównym oskarżycielem w procesach zbrodniarzy z Dachau, Mauthausen, Buchenwald. Densonowi szczyt kariery przypadł na samym jej początku, za sprawą  procesów nazistowskich zbrodniarzy. Młody prawnik, w krótkim czasie musiał przygotować akty oskarżenia ponad setki zbrodniarzy: komendantów i ich zastępców, rapportfuhrerów, lekarzy, sanitariuszy, funkcjonariuszy nadzorujących pracę przymusową, strażników, obozowych kapo i wielu innych. Green świetnie przedstawił sylwetkę Densona. Udało mu się uchwycić zmiany, jakie procesy spowodowały w wyglądzie i zachowaniu prawnika, pokazał nam też jego życie prywatne i rodzące się uczucie.
"Utrzymywanie równowagi wewnętrznej przez niemal rok obcowania z nazistowskim sadyzmem, bezdusznymi biurokratami i osobistą traumą zaczęło odciskać na nim swoje piętno. W sali sądowej codziennie stawał twarzą w twarz z z ludźmi takimi jak Zoller, których barbarzyńskie zachowanie w obozach koncentracyjnych podkopywało jego siły, i czuł się fizycznie chory. Minął prawie rok od jego przyjazdu do Dachau, a nieprzerwany kontakt z takim bestialstwem powodował zmiany w jego zachowaniu i wyglądzie. Od tygodni nie miał apetytu i wyraźnie stracił na wadze. Ręce mu się trzęsły, a czasami, tak jak teraz, pozwalał, by wściekłość uzewnętrzniła się na jego twarzy"

"Powiedzieli, że bardziej przypominam więźnia obozu koncentracyjnego niż wszyscy świadkowie, których powołałem - wyjaśnił po latach. - Próba odtworzenia tych rzeczy bardzo mnie wyczerpała. Zacząłem myśleć o tym co oni jedli. Ci ludzie pracowali przez cały dzień, w nocy nie mogli spać i dostawali mniej niż tysiąc kalorii dziennie. Mniej więcej tak samo było ze mną, do pewnego stopnia. Miałem drgawki i nie mogłem utrzymać szklanki w ręku. Wyglądałem jak szkielet. Ważyłem pięćdziesiąt trzy kilogramy. Normalnie ważyłem siedemdziesiąt sześć. Pracowałem po piętnaście godzin dziennie i nie sypiałem po nocach, ponieważ myślałem - miałem koszmary. Sam przeżywałem część tych doświadczeń."

Procesy w Dachau trwały w cieniu tych "ważniejszych" w Norymberdze, gdzie sądzono tzw. "grube ryby" Jednak to właśnie w Dachau zapadło mnóstwo wyroków skazujących, a kara spotkała ludzi, którzy wykazali się wyjątkowym okrucieństwem na niewyobrażalną wręcz skalę. "Sprawiedliwość w Dachau" robi wrażenie dobrze napisanego thrillera prawniczego, ponieważ forma jaką zachował Green właśnie do tego nawiązuje. Jednak nawet najlepszy pisarz nie wymyśliłby tego, co miało miejsce w obozach. A najbardziej irytujące i porażające w tym wszystkim jest to, że oskarżeni ani przez moment nie wyrazili skruchy, bezczelnie zaprzeczając wszelkim oskarżeniom, powołując się na własne nieskazitelne sumienie, rozkazy, czy naukę.

"Nikt nie oczekiwał, że nazistowscy funkcjonariusze wyznają swoje grzechy i będą błagać o przebaczenie, ale bezczelność, z jaką wszystkiemu zaprzeczali, była porażająca"

Chyba najgłośniejszą sprawą, było oskarżenie Ilse Koch, tzw. "wiedźmy z Buchenwaldu", głośne również za sprawą jej późniejszego ułaskawienia i skrócenia kary dożywotniego więzienia do zaledwie czterech lat. Takie polityczne ingerowanie w sprawiedliwość wywołało głosy sprzeciwu na całym świecie, również w Niemczech. Ilse była żoną komendanta obozu, kobietą słynącą ze swojego okrucieństwa. Lubowała się w przedmiotach wykonanych z ludzkich, wytatuowanych skór. Wielu więźniów za jej sprawą straciło życie i chyba nie było w obozie osoby, która nie miałaby do powiedzenia czegoś złego o wiedźmie.
"Siedząc z zadowoloną miną na krześle, wypierając się wszystkiego, Ilse Koch uosabiała w oczach Densona arogancję Trzeciej Rzeszy. W jego przekonaniu była "rzeczywiście wiedźmą", która odgrywała obozową kommendeuse, a teraz znowu stała się po prostu wiedźmą, tylko że ciężarną"
 Denson uzyskał wyroki dla wszystkich oskarżonych. Większość skazana została na śmierć przez powieszenie. Politycy amerykańscy, pragnąc jednak ocieplić stosunki z Niemcami, aby stworzyć wspólny front przeciw rosnącej w siłę komunistycznej Rosji, wiele z wyroków złagodzili, zamieniając kary śmierci na długoletnie więzienia, lub jak w przypadku Ilse drastycznie skracając czas odsiadki. Smutne to, szczególnie w kontekście cierpień, jakie spotkały setki tysięcy, jak nie miliony ludzi. 

"Sprawiedliwość w Dachau" to pozycja obowiązkowa!

czwartek, 11 października 2012

Konkurs! "Szopka" Zośki Papużanki do zgarnięcia!


Dzięki uprzejmości Świata Książki, mogę się z wami podzielić egzemplarzem książki "Szopka" Zośki Papużanki. Debiut krakowskiej autorki zbiera na razie same pozytywne recenzje, więc chyba warto zapoznać się z tym tekstem!

"Debiut autorki obdarzonej doskonałym słuchem językowym, wyrazistym stylem i znakomitym warsztatem pisarskim. Kolejny – po sztuce Zapolskiej i powieści Kuczoka – sugestywny portret polskiej rodziny: nie patologicznej, nie kołtuńskiej, ale nadal strasznej, zakłamanej i zimnej, w której małżeństwo to więzienie o zaostrzonym rygorze, a dom rodzinny to codzienny teatr absurdu, modłów, wrzasków i kotletów schabowych. Mocna proza – jak uderzenie pięścią."

Zasady:
1. Jeżeli chcesz przygarnąć książkę, zostaw informację w komentarzu i w kilku słowach uzasadnij dlaczego Ty powinieneś/aś otrzymać "Szopkę".
2. Jeżeli jesteś osobą anonimową, zostaw swój adres e-mail i podpisz się imieniem.
3. Zgłaszać się można w terminie od 11.10 (czwartek) do 15.10 (poniedziałek)
4. Losowanie będzie zorganizowane po 15.10.

środa, 3 października 2012

Tomasz Jachimek "Handlarze czasem"


Od godziny siedzę nad pustą "kartką" i zastanawiam się jak zacząć, "żeby było normalnie, a w dodatku jeszcze sympatycznie"...

Wuj Franciszek to szalony wynalazca, a przede wszystkim miłośnik quizów rodzinnych, które co niedzielę odbywały się w rodzinnym gronie. Brali w nich udział: nestorka rodu babcia Wiktoria, siostra Grażyna z mężem Piotrem i ich dzieci Michaś i Hania. Oczywiście nikt nie miał szans pokonać wuja, który był "jedynym autorem wszystkich pytań, tym samym jedynym jurorem autorytatywnie rozstrzygającym wszelkie wątpliwości". Wuj oczywiście na każdym kroku wykorzystywał fakt, że jest najmądrzejszy, a głównym jego argumentem w każdej dyskusji było stwierdzenie "Jakbyś był taki mądry, tobyś przynajmniej raz ze mną w quizie rodzinnym wygrał". 
Franciszek, oprócz pytań, wymyślał też różne dziwne rzeczy użytkowe, których działanie często pozostawiało wiele do życzenia. Rodzina śmiała się z jego wynalazków, aż w końcu mężczyzna zamknął się w warsztacie i nikogo do niego nie dopuszczał. 
Życie rodzinne zmieniło się w dniu, w którym w końcu jakiś wynalazek się wujowi udał... Franciszek wymyślił maszynę do handlowania czasem! Jedni mogli sobie dokupić godziny, inni, którym czasu było za dużo mogli odsprzedać i jeszcze zarobić w myśl powiedzenia "czas to pieniądz!" 
Jak nietrudno się domyślić, maszyna wuja stała się sensacją, z której korzystało coraz więcej ludzi, a chaos jaki się stworzył za jej sprawą trudno jest wręcz opisać.

Tomasz Jachimek, znany satyryk stworzył powieść, w której obnaża wszystkie nasze przywary. Pokazuje za pomącą ciętego i błyskotliwego języka nasze cechy złe, które wychodzą z nas z reguły wtedy, kiedy komuś innemu się udaje. Obrywa się anonimowym komentującym na forach, dziennikarzom, urzędnikom i wielu wielu innym. A sposób w jaki Jachimek atakuje ludzkie słabostki, to po prostu majstersztyk.

Książce pewnie można wiele zarzucić. Maszyna do handlu czasem działała, ale jak? Tego nie wie nikt... Chyba nawet sam autor. Jest wiele nieścisłości w jej funkcjonowaniu (np. odejmowanie 15 lat?), jednak nie o to tak naprawdę w "Handlarzach czasem" chyba chodzi. Maszyna to tylko pretekst do stworzenia karykaturalnego i mocno przerysowanego obrazu społeczeństwa XXI wieku.

Książkę czytałam i jednocześnie słuchałam audiobooka w interpretacji samego autora. I z całego serca polecam właśnie audiobook czytany przez Tomasza Jachimka. Jest po prostu genialny! Sama książka jest dobra, a przeczytana przez autora to niekończący się atak śmiechu.
Polecam!

wtorek, 2 października 2012

Nicole Mones "Ostatni kucharz chiński"

Ależ mi się trafiła smakowita lektura! Opis zupełnie tego nie zapowiadał, a w środku takie zaskoczenie...
Nicole Mones jest znawczynią kultury chińskiej, tworzy też książki przedstawiające cywilizację Państwa Środka w różnych aspektach. A że wie o czym pisze, czuć niemal na każdej stronie powieści "Ostatni kucharz chiński".

Maggie McElroy ma czterdzieści lat i od roku jest wdową. Jej mąż Matt zginął w tragicznym wypadku, z czym kobieta niekoniecznie sobie radzi. Sprzedaje dom, zmienia mieszkania na coraz mniejsze, aż w końcu zamieszkuje na łodzi. Kiedy już jakoś zaczyna sobie układać życie bez ukochanego, otrzymuje telefon z Chin, od współpracownika i przyjaciela swego męża. Okazuje się, że jakaś kobieta złożyła sądowe roszczenie, twierdząc że mąż bohaterki jest ojcem jej córeczki. Burzy to misternie budowany spokój  Maggie. Długo się nie zastanawiając, postanawia polecieć do Chin i wyjaśnić sprawę, a że jest dziennikarką kulinarną, przy okazji ma przeprowadzić wywiad z Samem Liangiem, wnukiem autora książki "Ostatni kucharz chiński" i wschodzącą gwiazdą tejże orientalnej kuchni.
Na miejscu kobieta dzięki Samowi odkrywa niezwykłe smaki chińskiej kuchni i poznaje przy okazji kulturę kraju, który z dnia na dzień staje jej się coraz bliższy...

Spodziewała się jakiegoś egzotycznego romansu z Pekinem w tle, a tu proszę... Otrzymałam dojrzałą, nieprzesłodzoną powieść, z bohaterką zmagającą się z żałobą po mężu budującą swoją nową codzienność. Jednocześnie zostałam uraczona całą paletą smaków, które dosłownie czułam, czytając kolejne strony "Ostatniego kucharza chińskiego". Nadziewana, chrupiąca skóra z kurczaka, żeberka wieprzowe w liściach lotosu przyrządzane na parze, chrupiące krewetki, niesamowicie delikatne i miękkie w środku... czujecie już głód?
Autorka raczy nas nie tylko cudownymi smakami, ale historią chińskiej kuchni, wraz z jej smutnym okresem, kiedy komuniści zabronili jeść i gotować smakowicie. Oprócz tego poznajemy też zwyczaje panujące przy stole i w rodzinie. Bo jedzenie w Chinach zawsze odbywa się w towarzystwie innych.
Podsumowując...Mamy historię powoli rodzącego się uczucia między dwojgiem dojrzałych już ludzi, smaki i zapachy niemal na każdej stronie, bogatą historię i szeroki obraz kultury jedzenia w Państwie Środka. Czy można chcieć więcej?

Gorąco polecam!

poniedziałek, 1 października 2012

Alfonso Signorini "Zbyt dumna, zbyt krucha"


Maria Callas, śpiewaczka operowa, której nazwisko znają niemal wszyscy, a o której rzadko kto jest w stanie powiedzieć więcej. Piękna kobieta, zawsze elegancka, sprawiała wrażenie dumnej i wyniosłej. Jednak jak odkrywamy w beletryzowanej biografii Alfonso Signorini, wewnątrz była smutną i kruchą artystką.

Dzieciństwo Marii miało wpływ na całe jej późniejsze życie. Od najwcześniejszych lat żyła w cieniu starszej siostry Jackie. Matka faworyzowała córkę, jednocześnie traktując młodszą pociechę z najwyższą pogardą. Dziewczynka wysłuchiwała że jest brzydka, gruba, bezwartościowa, jedynie ojciec okazywał jej uczucie. Wszystko zmieniło się kiedy rządna pieniądza matka wyczuła niesamowity talent Marii. Zmuszała ją do występów i zarabiania, a wszystkie jej działania miały na celu osiągnięcie przychodów z talentu córki.
Kolejnym traumatycznym przeżyciem stał się wyjazd ze Stanów do Grecji i rozłąka z ojcem, jedyną osobą, która Marię kochała. Przez kolejne lata dziewczyna dojrzewała i szlifowała swój talent, aby w końcu zadebiutować na deskach opery. Właśnie w momencie wschodzenia swojej gwiazdy poznała Giovaniego Batistę Meneghini, dużo starszego mężczyznę, którego poślubiła, zyskując w ten sposób wygodne życie pozbawione większych uniesień i przede wszystkim miłości.
Sława Marii w kolejnych latach stawała się coraz większa. Kobieta otaczała się luksusem, nosiła bogate stroje, miała grono wielbicielami, jednak w głębi ducha doskwierała jej samotność. Poświęciła się muzyce, rezygnując z uczuć. Jednak wszystko zmieniło się w momencie, kiedy na jej drodze stanął Aristoteles Onasis. Ich gorący romans nadał sens życiu Marii. W końcu odnalazła w sobie kobietę, gotową do macierzyństwa i szczęścia. Jednak i tutaj czekało ją sporo rozczarowań...

Alfonso Signorini stworzył świetną i porywającą biografię, w której przedstawia nam Callas nie tylko jako divę operową, ale przede wszystkim kobietę... dumną i jednocześnie bardzo kruchą. Autor nie skupia się za bardzo na karierze Marii, ale na jej życiu prywatnym, niezwykle burzliwym od momentu poznania Aristotelesa. Brakowało mi czasami większej ilości informacji, związanych z karierą śpiewaczki. Wydaje mi się, że włoski pisarz mógł jeszcze bardziej rozbudować biografię divy operowej. Po lekturze "Zbyt dumnej, zbyt kruchej"  mam wielką ochotę sięgnąć po inne pozycje opisujące życie tej wielkiej gwiazdy.
Książka Alfonso Signiorini, to niezwykle wciągający opis życia, toksycznej miłości i rozpaczy po stracie dziecka. Nie sposób się od niej oderwać...

Polecam!


sobota, 22 września 2012

Joanna Góźdź "Dekorowanie potraw"



Przed każdą imprezą zastanawiam się, co zrobić z podawanymi przeze mnie potrawami i przekąskami, żeby wyglądały jak najbardziej apetycznie i zachęcająco. Znałam kilka trików, pozwalających mi stworzyć jakieś małe ozdóbki z warzyw, a po zapoznaniu się z książką Pani Góźdź moja wiedza na temat ozdabiania potraw z pewnością stała się dużo bogatsza. 

Na wstępie otrzymujemy informację o niezbędnych przy dekorowaniu "narzędziach". Na szczęście nie ma tego aż tak dużo, więc zaopatrzyć się w sugerowane przez autorkę przedmioty można szybko i bez wielkich wydatków.

Następnie książka podzielona jest na trzy części:
Dekoracje z owoców


Dekoracje z warzyw 



Dekoracje słodkie
Nie chciałam się rozpisywać na temat poszczególnych rozdziałów, myślę że piękne zdjęcia umieszczone w książce powiedzą więcej niż ja mogłabym napisać.
Niewątpliwym plusem tej pozycji jest to, że niemal każdy, nawet największy kuchenny laik, powinien poradzić sobie z wykonaniem zamieszczonych w niej ozdób. Kolejnym są przepisy na lukier i masę cukierniczą. Ich zamieszczenie to z pewnością duże ułatwienie dla osób, które nie mają dostępu do gotowego produktu.

Niektóre dekoracje spokojnie mogą być podane jako gotowe dania. Galaretka w melonie, krokodyl z kiwi czy owoce w cukrze z pewnością zachwycą zarówno podniebienie jak i oczy :) Mnie chyba najbardziej przypadł do gustu rozdział "warzywny", a kokarda z pora to będzie mój kolejny eksperyment kulinarny.

"Dekorowanie potraw" to świetna pozycja dla adeptów sztuki kulinarnej, którzy pragną urozmaicić i dodać finezji swoim daniom. I właśnie początkującym w kuchni najbardziej polecam pozycję Joanny Góźdź.

piątek, 21 września 2012

Jonas Jonasson "Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął" - audiobook (Artur Barciś)



Czasami bywam lekko roztargniona (tak sobie tłumaczę swoje dziwne zachowania ;)), zamówiłam więc audiobooka do recenzji, nie mając go na czym odtworzyć. Trochę musiałam pokombinować, zanim w końcu, na wygrzebanym z dna szuflady, zakurzonym odtwarzaczu udało mi się w końcu uruchomić pliki. Niestety różowe cudeńko, ze swoją baterią wytrzymuje około godziny... Jak się pewnie domyślacie, trochę to za mało, żeby wysłuchać cały audiobook. Wtedy przyszło kolejne olśnienie (pierwsze było, kiedy przypomniałam sobie, że gdzieś posiadam mp4), przecież mogę to przerzucić na komórkę! Tak więc po trzech dniach męczenia się ze złośliwym sprzętem wszelkim, w końcu udało mi się uruchomić wszystko jak trzeba. A że ostatnio przytrafiła mi się praca, w której swobodnie mogę włożyć słuchawki do uszu, to książkę pochłonęłam w dwa dni.
Tyle tytułem przydługiego wstępu...
Audiobook o którym mowa to oczywiście "Stulatek, który wyskoczył przez ono i zniknął" Jonasa Jonassona w interpretacji Artura Barcisia. Co tu dużo mówić... interpretacji doskonałej. Wcześniej miałam okazję słuchać książek w wykonaniu Anny Dereszowskiej, również bardzo dobrej lektorki, jednak to Pan Barciś przekonał mnie ostatecznie do audiobooków.
Wspomnienia Allana Karlssona czytane przez tego świetnego aktora, są jeszcze bardziej zabawne niż podczas pierwszego spotkania z książką. Każdy bohater otrzymuje charakterystyczny głos, a całość czytana jest w sposób, jaki napisana jest książka, czyli lekko flegmatycznie i ospale, co bynajmniej nie powoduje senności w słuchaczach! Nie nie, historia Allana nie pozwala nawet na moment zmienić toru naszych myśli. Po prostu nie sposób oderwać się od perypetii szalonej "grupy lekko przestępczej"

Co do treści, odsyłam do swojej wcześniejszej recenzji (klik). Nie zmieniłam zdania, wręcz przeciwnie, uważam że ta książka jest nawet lepsza, niż mi się wydawało za pierwszym razem.

"Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął" już samym tytułem zachęca do przeczytania. Bo kto nie jest ciekawy, co też się z owym staruszkiem stało? Książka to swoista parada atrakcji, w której autor wyciąga kolejne króliki z kapelusza zaskakując czytelnika i nie pozwalając nawet na chwilę znudzenia lekturą.

Polecam gorąco zarówno książkę jak i audiobook. Idealna pozycja na poprawę humoru :)

sobota, 15 września 2012

Virginia C. Andrews "A jeśli ciernie"



Chyba jestem już zmęczona twórczością Virginii C. Andrews, która jak nikt inny potrafi grać na ludzkich emocjach. "A jeśli ciernie" to trzecia część sagi o Dollangangerach i zastanawiam się czy na niej nie poprzestać, darując sobie lekturę kolejnych dwóch części: "Kto sieje wiatr" i "Ogrodu cieni". Mimo, że po raz kolejny nie mogłam się oderwać od lektury czuję już przesyt historią zakazanej miłości rodzeństwa.

Po wydarzeniach w Foxforth Hall i śmierci Paula, Cathy i Chris układają sobie życie z dala od ludzi, którzy mogliby ich znać. Razem wychowują dwóch synów Cathy -  Jory'ego i Barta. Dzieci nie mają świadomości, że ich rodzice są rodzeństwem, a ich związek jest nieczysty. Życie rodzinne płynie spokojnie do momentu, kiedy do willi w sąsiedztwie nie sprowadza się tajemnicza, starsza kobieta z czarną woalką na twarzy. Pojawienie się damy i jej lokaja na zawsze burzy spokój rodziny. O ile Jory, którego całą uwagę pochłania taniec, nie zwraca większej uwagi na przybyszy, o tyle niezdarny Bart całkowicie ulega kobiecie, a przede wszystkim jadowitym podszeptom lokaja. Dziesięciolatka całkowicie odmienia pamiętnik jaki otrzymuje od służącego... 
Czyj pamiętnik trafia w ręce syna Cathy i kim jest tajemnicza kobieta w czerni? Czy rodzeństwo odkryje w jakim grzechu żyją ich rodzice? Z pewnością znajdziemy odpowiedzi w trzecim tomie powieści Virginii C. Andrews, w którym autorka oddaje głos synom Cathy.

Po raz kolejny zastanawiam się nad fenomenem powieści amerykańskiej autorki... Przecież ta historia jest tak nieprawdopodobna, i pełna dziwnych zwrotów akcji, że brak w niej odpowiedniej dawki realności, którą każda powieść mimo wszystko posiadać powinna. Jest po prostu nierealna... Do tego to wyraźne rozgraniczenie dobra i zła. Jory ten dobry brat i Bart zły i okrutny, niczym Abel i Kain, jednego lubimy, drugiego najchętniej przełożylibyśmy przez kolano i porządnie złoili. Tyle że wszystko jest tu zbyt czarne i białe, brakuje odcieni szarości... Poza tym cała historia jest przewidywalna aż do bólu. Autorka niczym nie zaskakuje. Od chwili pojawienia się tajemniczej damy wiemy z kim mamy do czynienia i jaki będzie finał tej historii. Mimo to, po raz kolejny miałam problem z oderwaniem się od lektury. Książka sama się czytała, a ja nie zauważałam upływu czasu i kolejnych stron. Z czego to wynika?  Może ktoś jest mi w stanie wytłumaczyć ten fenomen? Niemniej, nie sięgnę chyba po kolejne tomy. Mam już dość gry na emocjach jaką serwuje Virginia C. Andrews, a i dalsza historia rodziny coraz mniej mnie interesuje. Tylko czy wytrwam i nie złamię się kiedy w zapowiedziach pojawi się kolejna część? Zobaczymy.

Czytelnikom poprzednich części nie muszę polecać... Ciężko jest przejść obojętnie obok kolejnych tomów sagi o rodzinie Dollangangerów...


poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Konkurs urodzinowy ;)

Wczoraj, czyli 5 sierpnia, minęły dwa lata od pierwszej recenzji na moim blogu :) Radość ogromna, że udało mi się wytrwać tyle czasu i ciągle mam chęci do działania. Jeszcze większą radością dla mnie jest to, że tyle osób w tym moim blogowaniu mi towarzyszy.
Dzięki uprzejmości Świata książki mam dla Was egzemplarz "Ostatniego kucharza chińskiego"


"Dziennikarka kulinarna Maggie McElroy jest pogrążona w bólu po przedwczesnej śmierci męża. Na wieść, że w Chinach prawdopodobnie wychowuje się jego nieślubne dziecko, postanawia zbadać sprawę. Podróż zbiega się z propozycją napisania o wschodzącej gwieździe tamtejszej sztuki kulinarnej, Samie Liangu. W Państwie Środka Maggie próbuje odnaleźć córkę męża, a jednocześnie, dzięki Samowi, potomkowi słynnych kucharzy, poznaje tajniki chińskiej sztuki kulinarnej, której filozofia i uroki zmieniają jej życie…"

Zasady:
1. W komentarzu, oprócz zwyczajowego "Zgłaszam się" należy wpisać jakieś ciekawe, sympatyczne i oryginalne życzenia :) I to właśnie będzie główne kryterium oceny.
2. Konkurs trwa do 9tego sierpnia.
3. Osoby anonimowe proszę o pozostawienie maila i podpisanie się

wtorek, 24 lipca 2012

Patricia Engel "Vida"

"Vida" zauroczyła mnie okładką. Po prostu od pierwszego wejrzenia wiedziałam, że zagłębię się w treść debiutu literackiego. Książka stanowi zbiór opowiadań, które łączy ze sobą osoba Sabiny, córki kolumbijskich imigrantów.  Patricia Engel za pomocą Sabiny nawiązuje do swojego życia, gdyż również jej rodzice przybyli do Ameryki z Kolumbii.

Każde z opowiadań w jakiś sposób pokazuje niełatwe życia na emigracji społeczności latynoskiej, oraz innych nacji takich jak np. Węgrzy, Ukraińcy. Autorka swoimi bohaterami uczyniła obywateli całego świata. Z kolei tytułowa Vida to dziewczyna która do Stanów trafiła omamiona obietnicami, z których na miejscu nic nie okazało się prawdą. Trafiła do pospolitego burdelu. Aby się z niego wydostać rozkochała w sobie jednego z oprawców, z którym uciekła z miejsca cierpień. Jednak związek z Saszą nie dał jej szczęścia. Dopiero pojawienie się Sabiny odmienia jej życie...

Autorka zastosowała wybieg, polegający na tym, że wszystkie opowiadania połączyła osobą Sabiny. Jednak czytając poszczególne opowieści miałam wielki mętlik w głowie. Nie wiedziałam, czy Patricia Engel posługuje się tylko imieniem, aby zespolić ze sobą historie, czy też Sabina to ta sama osoba w każdym opowiadaniu. A że każde kolejne jest zupełnie inne od poprzedniego i przedstawia inny moment życia, inną historię i osoby towarzyszące dziewczynie, to w zasadzie do tej pory (a od przeczytania minął już grubo miesiąc) mam małe wątpliwości. Jednak muszę w tym miejscu zaznaczyć, że "Vida" to książka wręcz świetna, przepełniona emocjami i prezentująca niemal równy poziom w każdym opowiadaniu. Jest to debiut literacki, więc tym bardziej zaskakuje oryginalność z jaką Engel tworzy swoje opowieści. Porusza tematy, które są jej bliskie i które stanowią część jej codzienności, a robi to w sposób świeży i z pewnością godny uwagi.

Polecam, rzadko sięgamy po mało znanych autorów, debiutujących opowiadaniami, jednak w przypadku Patricii Engel naprawdę warto.

sobota, 9 czerwca 2012

Virginia C. Andrews "Płatki na wietrze"

"Płatki na wietrze" to powieść opisująca dalsze losy rodzeństwa Dollangangerów, których poznaliśmy przy okazji lektury "Kwiatów na poddaszu". Nie jest to moje pierwsze spotkanie z książką, miałam okazję czytać ją już kilka lat temu. Jednak mimo, iż podobnie jak w przypadku pierwszej części znałam finał historii, czytałam z wypiekami na twarzy, niemal bez chwili przerwy. Nie wiem w czym tkwi fenomen tych powieści, jednak z pewnością przesycone emocjami losy rodzeństwa oddziałują na wyobraźnię czytelnika nie pozwalając o sobie zapomnieć.
Do lektury dalszego ciągu tej recenzji nie zachęcam osób, które nie miały jeszcze styczności z "Kwiatami na poddaszu", ponieważ prawdopodobnie zdradzę kilka szczegółów, które mogłyby zepsuć ewentualną lekturę.

Akcja "Płatków na wietrze" zaczyna się w momencie, kiedy rodzeństwo po śmierci najmłodszego brata Cory'ego ucieka ze znienawidzonego Foxworth Hall. Szczęśliwym trafem , z powodu choroby najmłodszej Carrie trafiają do domu doktora Paula, który przygarnia zagubioną trójkę i pozwala na normalne życie, bez kłopotania się o sprawy materialne. Zapewnia rodzeństwu wszystko co najlepsze. Chrisowi szkołę medyczną, a Cathy baletową. Wszystko jest jak w bajce ze szczęśliwym zakończeniem, ale chęć zemsty na matce zatruwa duszę najstarszej córki. Cathy zmierza do realizacji swojego planu, co doprowadza do wielu komplikacji i nieszczęść...

Pojawia się po raz kolejny wątek zakazanej miłości między bratem a siostrą i mimo, że dziewczyna wiąże się z wieloma mężczyznami na przestrzeni lat, to gdzieś podświadomie szuka następcy brata, który z kolei nie potrafi sobie ułożyć życia z żądną inną kobietą.

"Płatki na wietrze" nie porażają już tak jak pierwsza książka Virginii C. Andrews, może dlatego, że już wiemy mniej więcej czego się po niej spodziewać, niemniej niektóre rozwiązania i decyzje podejmowane przez bohaterów powodują, że czytelnik przeciera ze zdziwieniem oczy i zastanawia się "dlaczego"? Denerwowała mnie też trochę nierealność niektórych wątków. Bo jak to jest możliwe, że dzieci, które bardzo długi czas spędziły niedożywione i podtruwane, bez słońca i świeżego powietrza, na poddaszu, są w stanie osiągać  niemal natychmiast po jego opuszczeniu życiowe cele. Cathy prawie od razu zostaje świetną baletnicą. Chris bez żadnych problemów rozpoczyna studia medyczne. A przecież oboje powinni mieć zaległości. Wprawdzie autorka zadbała, aby w czasie więzienia na poddaszu, sami dbali o edukację, jednak ten nadmiar szczęścia jaki spotyka rodzeństwo po opuszczeniu poddasza nie jest realny. Coś mi w tej części po prostu zgrzyta.


Jak już pisałąm we wstępie, nie wiem w czym tkwi fenomen książek Virginii C. Andrews. Są naiwne i nierealne, przesycone erotyzmem, nie zawsze pokazanym ze smakiem, jednak nie sposób porzucić lekturę i zapomnieć. To jedne z niewielu książek, które mimo upływu kilku, a może nawet kilkunastu już lat pozostają w mojej pamięci i nie jestem w stanie ich stamtąd wyrzucić. Oczekiwać więc będę z niecierpliwością wznowień kolejnych części...
A "Płatki na wietrze" oczywiście polecam, mimo  wcześniejszych uwag. To historia, która po prostu zapada w pamięć.


wtorek, 24 kwietnia 2012

Paullina Simons "Dziewczyna na Times Square"

Pewnie niejedna osoba czytająca tę notatkę zachwycała się trylogią Paulliny Simons o Tatianie i Aleksandrze. Ja ją pochłonęłam czytając niemal non stop, nie jedząc i pijąc prawie. Byłam zachwycona krótko mówiąc. Ciężko więc będzie autorce zatrzeć wspomnienie o trylogii i stworzyć równie doskonałą opowieść. "Dziewczyna na Times Square" to historia zupełnie inna, jednak ma w sobie to coś, co powoduje, że nie jesteśmy w stanie oderwać się od lektury.

Lily mieszka w Nowym Jorku, studiuje i wiecznie cierpi na brak pieniędzy. Żyje chwilą i dniem dzisiejszym, nie myśląc o przyszłości. Wszystko zmienia się pod wpływem kilku wydarzeń. Znika współlokatorka dziewczyny, a wcześniej odchodzi chłopak. Ale żeby nie było tak całkiem ponuro, Lily wygrywa na loterii ogromną sumę pieniędzy. Śledztwo w sprawie zaginionej Amy prowadzi nowojorski detektyw Spencer O'Malley i oczywiście, jak nietrudno się domyślić, mimo sporej różnicy wieku między Lily i policjantem zaiskrzy. Jednak to nie wszystko, nad bohaterką zbierają się czarne chmury i jak to w życiu bywa, szczęście często musi być okupione cierpieniem...

Jak pisałam we wstępie, ciężko będzie Paullinie Simons stworzyć historię na miarę "Jeźdźca miedzianego". "Dziewczyna na Times Square" to bardzo dobra powieść kobieca, która z pewnością umili niejeden wieczór, podczas którego z wypiekami na twarzy śledzić będziemy zmagania Lily z losem, jednak zabrakło tego, co odnalazłam w trylogii o Tatianie i Aleksandrze. Nie jestem nawet w stanie zdefiniować czego dokładnie mi brakuje. "Dziewczyna..." to świetne czytadło, w którym autorka raczy nas opowieścią miłosną, wątkiem kryminalnym, dramatem i wieloma różnymi wątkami poruszającymi mniej lub bardziej ważne problemy. Każdy odnajdzie w niej coś dla siebie, dlatego polecam wszystkim, bo lektura z pewnością jest godna uwagi.

środa, 11 kwietnia 2012

Rosamund Lupton "Potem"


Kolejna pozycja Rosamund Lupton, która mnie ogłuszyła emocjonalnie i nie pozwoliła się oderwać od lektury nawet na chwilę. Tym razem autorka postawiła na więź łączącą matkę i córkę i chociaż książka wydaje się być podobna do poprzedniczki, to jednak jest zupełnie inna i jeszcze bardziej zaskakująca.

Punktem wyjścia tej powieści jest dzień, w którym pożar strawił budynek szkoły, a Grace wbiegła do płonącego budynku ratować życie córki Jenny. Kobieta "budzi się" w szpitalu. Okazuje się, że dusza jej i córki oddziela się od ciała, a bohaterki mogą swobodnie krążyć wśród bliskich, przyglądać się ich reakcjom i cierpieniu. Grace jest w śpiączce, po tym jak kawałek sufitu spadł jej na głowę, z kolei Jenny jest okropnie poparzona, a jej serce okazuje się być do wymiany. Błądząc miedzy życiem a śmiercią, matka z córką postanawiają odkryć prawdę na temat pożaru, który odebrał im szczęśliwą codzienność. Czas ucieka szybko i zarówno kobiety, jak i ich bliscy muszą podjąć wiele trudnych i zaskakujących decyzji. A prawda okazuje się być przerażająca...

Podobnie jak w przypadku "Siostry", Lupton zastosowała ciekawą narrację. Grace przemawia bezpośrednio do swojego męża, który czuwa przy ciele żony i córki. W ten sposób, emocje jakie targają matką stają nam się bliższe i jesteśmy w stanie lepiej zrozumieć to czym się kieruje.
Relacje między matką i dorastającą córką są świetnie przedstawione. Nastolatka, powoli wchodząca w dorosłość i matka, która jeszcze nie jest gotowa uwierzyć w to, że ta na dorosłość jest gotowa. Dopiero obserwacja zachowania córki w szpitalu pozwala zrozumieć Grace, że Jenny powoli staje się młodą kobietą, która mimo iż bardzo rodziców kocha zaczyna mieć swoje własne życie, w którym będzie musiała podejmować własne decyzje i ponosić ich konsekwencje. Pięknie autorka też pokazała, jak silna i głęboka może być pierwsza młodzieńcza miłość

Chociaż nie jestem miłośniczką duchów, wychodzenia z ciała itp., to muszę przyznać, że w tym przypadku jest to zabieg niezwykle udany, który nadaje książce świeżości i sprawia, że cała historia staje się oryginalna i niepowtarzalna. Jedyne co mogłabym jej zarzucić, to zakończenie, które nie do końca mnie usatysfakcjonowało. Chyba trochę za wcześnie domyśliłam się o co w tej historii chodzi. Niemniej, Rosamund Lupton po raz kolejny uraczyła nas mądrym, klimatycznym, bardzo emocjonalnym thrillerem psychologicznym i z niecierpliwością będę wyczekiwać kolejnych powieści jej autorstwa.

Naprawdę warto!

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Rosamund Lupton "Siostra"


Beatrice to poukładana i ustabilizowana życiowo kobieta. Ma narzeczonego, którego uważa za duże oparcie, robi karierę zawodową, a niedawno zakupiła na kredyt mieszkanie. Krótko mówiąc, wszystko jest zaplanowane z wyprzedzeniem i nic nie jest w stanie jej zaskoczyć.
Jej siostra Tess to z kolei żywioł. Studentka, początkująca i utalentowana malarka, czerpiąca z życia wszystko to co najlepsze. Piękna, posiadająca wielu przyjaciół i znajomych ledwo wiąże koniec z końcem. Jest zupełnym przeciwieństwem Bee. Jednak mimo że siostry stanowią dwa przeciwne bieguny, istnieje między nimi niesamowita więź którą podtrzymują i pielęgnują, mimo odległości jaka dzieli Nowy Jork i Londyn. Dlatego kiedy Bee dowiaduje się o zaginięciu Tess, bez wahania wsiada w pierwszy samolot do stolicy Anglii i rozpoczyna poszukiwania siostry.

Ciało Tess szybko zostaje odnalezione, a policja orzeka samobójstwo. Jednak siostra nie jest w stanie przyjąć tej prawdy do świadomości. Bez pomocy śledczych postanawia odkryć prawdę, a im dalej w swym śledztwie się posuwa, tym więcej szczegółów z życia Tess poznaje, co pozwala jej jeszcze bardziej zacieśnić siostrzaną więź.

Nie chcąc zdradzić za dużo z fabuły skończę na takim opisie książki i przejdę do pieśni pochwalnej na jej cześć! Po przeczytaniu ostatnich stron pozycji poczułam się tak, jakby mi ktoś mocno przyłożył w głowę. Lupton mnie zaskoczyła i zszokowała. Wywołała we mnie mnóstwo emocji, nad którymi myślałam, że panuję. A jednak po odłożeniu "Siostry" moje myśli ciągle krążyły wokół więzi między bohaterkami. To jak autorka wykreowała postacie i łączące je porozumienie jest po prostu niesamowite.
Również sposób narracji wpływa na naszą wyobraźnię. Bee przemawia bezpośrednio do siostry, relacjonuje jej wszystkie postępy ze śledztwo w jej sprawie. Ta forma jakby listu powoduje, że więź między siostrami staje się nam bliższa i bardziej zrozumiała. W trakcie poszukiwania prawdy Bee zmienia się i upodobnia do siostry, odnajdując jednocześnie siebie i swój sens życia. Musi się też zmierzyć z kilkoma chwilami zwątpienia, które wystawiają na próbę to w co wierzy i niezachwianą wcześniej wiarę w siostrzaną miłość.

Rosamund Lupton poruszyła też temat badań genetycznych i ich wpływu na ludzkie zdrowie i życie. Ukazała, jak łatwo manipulować takimi kwestiami i obrócić ich działanie przeciwko nauce.

"Siostra" to jedna z tych książek, które czyta się od pierwszej do ostatniej strony, a wiedza na temat finału historii jest nam wręcz niezbędna do dalszego funkcjonowania. I mimo, że wydaje nam się, że już wszystko wiemy, autorka i tak zaskakuje nas i powoduje mętlik w głowie. Podobnie jest zresztą z najnowszą jej książką "Potem", przez którą zarwałam z kolei dzisiejszą noc. Warto naprawdę sięgnąć i bez wahania mogę powiedzieć, że w moim odczuciu to dwie lepsze książki z tego gatunku, jakie dane mi było czytać. A o "Potem" już w następnym poście...

Gorąco polecam!

środa, 4 kwietnia 2012

Tony Fitzjohn "Tańczący z lwami"


Na pewno wielu z Was kojarzy książkę i film opowiadający historię Elzy z afrykańskiego buszu, która od kociaka wychowywana była przez ludzi, a celem ich było przywrócenie jej środowisku naturalnemu. Lwicą zajmowała się Joy Adamson wraz z mężem Georgem. Mężczyzna założył Kampi ya Simba, sierociniec dla lwiątek, które trafiały tam na tak długo, aż stawały się zdolne do samodzielnego życia na wolności. Tony Fitzjohn trafił pod skrzydła Adamsona po okresie burzliwej młodości i od razu zrozumiał, że Afryka i lwy to jest to co będzie zaprzątać jego myśli do końca życia. Tony i George stworzyli niezwykły duet, wspierający się wzajemnie i udowadniający światu, że działania mające na celu przywracanie lwów i lampartów środowisku mają sens.

Jednak książka wcale nie zaczyna się kolorowo, bo już w pierwszych akapitach jesteśmy świadkami ataku lwa Shymanna na autora. Ciężko poturbowany, skazany jest na długotrwałą rekonwalescencję. Ta scena uświadamia, że nie mamy do czynienia z barwną i pełną sukcesów bajkową historią, a prawdziwą i ciężką pracą dużej grupy ludzi, często okupioną porażkami. Tony u boku swojego mentora przez długie lata uczył się wszystkiego co dotyczy dzikich kotów, a po tragicznej śmierci staruszka stał się niejako kontynuatorem jego dzieła. Wiele lwów i lampartów udało się przywrócić naturalnemu środowisku, jednak z powodu absurdalnych przepisów i niebezpieczeństw związanych z somalijskimi kłusownikami Tony w pewnym momencie zmuszony został do opuszczenia ukochanej Kory. Nie poddał się jednak i w nowym miejscu - Tanzanii stworzył rezerwat którego celem było ratowanie ginących nosorożców i przywrócenie populacji Likaonów. Udowodnił, że ciężką pracą można odnieść sukces, nawet jeżeli droga do niego usłana jest przeróżnymi problemami.

"Tańczący z lwami" mimo interesującej fabuły, bynajmniej nie wciąga od pierwszej strony. Prawdopodobnie jest to wynikiem lekko chaotycznego stylu Fitzjohna. Który za nic ma ramy czasowe i często w swoich opowieściach wybiega w przyszłość, po to aby zaraz się cofnąć do innych wcześniejszych wydarzeń. W mojej głowie spowodowało to lekki zamęt. W jednej chwili czytam, że Freddie (ulubieniec Toniego) parzył się z samicą, aby po kilku stronach dowiedzieć się, że z lwem jest problem ponieważ nie chce kopulować i jeszcze nie miał samicy. To tylko jeden z przykładów "skoków" autora. Jednak kiedy przyzwyczaiłam się do specyficznej opowieści autora, przyznaję... nie mogłam się oderwać. Zafascynował mnie afrykański świat, przerażały biurokratyczne kłody rzucane pod nogi, cieszyły większe czy mniejsze sukcesy odnoszone po długiej i żmudnej pracy, uroniłam nawet kilka łez, kiedy z powodu ludzkiej bezmyślności, czy też złośliwości losu umierały zwierzęta.

Tony Fitzjohn poświęcił całe swoje życie afrykańskiej przyrodzie Kenii i Tanzanii. Został odznaczony orderem Imperium Brytyjskiego, pozyskał wielu sponsorów, którzy bez wahania łożą środki na projekty mające na celu rozwijanie Kory i Mkomazi. Jego historia, mimo iż prywatnie nie zawsze kolorowa, to świadectwo ciężkiej pracy, a przede wszystkim wielkiej miłości do zwierząt, które nie zawsze uczucie potrafiły odwzajemnić. Podziwiam i kibicuję.

czwartek, 22 marca 2012

Norman Lebrecht "Pieśń imion"

Martin Simmonds, w momencie kiedy go poznajemy, ma sześćdziesiąt lat i jest właścicielem firmy zajmującej się drukiem i sprzedażą nut. Jego życie rodzinne jest ustabilizowane, nie brakuje mu pieniędzy, czuje jednak wielką pustkę. Pojawiła się ona w momencie tajemniczego zniknięcia przyjaciela z dzieciństwa. Dawidl, niezwykle uzdolniony skrzypek, trafił pod skrzydła ojca Martina w przededniu II Wojny Światowej. Chłopak, na prośbę ojca, który musiał pilnie wracać do Warszawy do chorej żony i dzieci, zostaje u rodziny Simmondsów, gdzie ma się dalej kształcić. Żydowska rodzina Dawidla Rapoporta w Warszawie czasów wojny nie miała większych szans na przetrwanie. Niemal wszyscy zostają zabici w obozach koncentracyjnych, a chłopak zostaje sam na świecie. Ma jednak wielkie i bezgraniczne oddanie Martina, rówieśnika z którym spędza większość czasu. Chłopcy żyją w niezwykłej symbiozie, jakby jeden bez drugiego nie mógł istnieć. Ta braterska, pozbawiona jakiegokolwiek seksualnego zabarwienia, więź zostaje przerwana w dniu wielkiego debiutu genialnego skrzypka. Dawidl znika bez śladu, a policyjne śledztwo nie jest w stanie ustalić co też się z nim stało…
"Najbardziej na świecie bałem się stracić Dawidla. W jego towarzystwie byłem pewny siebie, zdolny, atrakcyjny, wygadany. Bez niego znowu stawałem się grubą niedojdą z wadą wymowy. On był rabinem, a ja Golemem, on Klarą, a ja Schumannem, był włącznikiem mojego radia." (str. 131)
„Pieśń imion” to debiut literacki Normana Lebrechta, brytyjskiego dziennikarza muzycznego, który na szczęście postanowił zacząć pisać. Warsztat i język powieści zdradzają jego wielkie zdolności. Z wielką przyjemnością pochłaniało się kolejne zdania książki. Trochę inaczej odebrałam treść… Wspomnienia z dzieciństwa czytałam z wypiekami na twarzy, z kolei warstwa współczesna drażniła mnie i była jakby niespójna z resztą treści. Martin, nieśmiałe dziecko, wiecznie na końcu szeregu, jako sześćdziesięciolatek bryluje na salonach, romansuje z dużo młodszymi kobietami, często jego myśli są wręcz wulgarne i nie pasują do całokształtu osobowości tego bohatera. Również jego motywacje często są dla mnie niezrozumiałe. Mimo iż z uwagą czytałam każdą stronę, nie znajdowałam odpowiedzi na dręczące mnie pytanie "Co chcesz osiągnąć Martinie?".

W powieści brak punktu kulminacyjnego. W napięciu czekamy na „bombę”, czyli powód zniknięcia Dawidla, a dostajemy co najwyżej niewypał. Wytłumaczenie tej historii jest jak dla mnie zbyt proste.

Jest jeszcze kwestia muzyki… Lebrecht posiada ogromną wiedzę, co widać niemal na każdej stronie. Nazwiska mniej lub bardziej znanych kompozytorów, czy wykonawców pojawiają się co rusz. Tyle że to tylko nazwy. Brakuje tego niesamowitego klimatu jaki towarzyszy muzyce klasycznej, a który odnalazłam np. w powieści Andromedy Romano-Lax „Hiszpański smyczek”. Tam muzykę było niemal „słychać”, w „Pieśni imion” przebrzmiewa co najwyżej jakiś daleki pogłos.

Niemniej, mimo uwag wymienianych powyżej, autor stworzył świetną powieść, szczególnie w części opisującej dzieciństwo chłopców. Przybliżył nam również środowiska żydowskie żyjące w Anglii, zarówno te które odchodzą od tradycji, jak i bardzo ortodoksyjne. Warto więc sięgnąć, bo powieść z pewnością wartościowa i godna uwagi.

piątek, 27 stycznia 2012

Virginia C. Andrews "Kwiaty na poddaszu"


"Kwiaty na poddaszu" czytałam już raz, kilkanaście lat temu i książka zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Przez lata pamiętałam fabułę i poszczególne wątki, można więc powiedzieć że lektura zapadła mi w pamięć. Z pewną obawą sięgnęłam więc po nią po raz kolejny, w końcu miałam w pamięci jak historia się zakończy. Jednak obawy okazały się nieuzasadnione, ponieważ "Kwiaty..." po raz kolejny wciągnęły mnie niemal od pierwszej strony i nie pozwoliły od siebie oderwać aż do ostatniej.

Dollangangerowie wiodą szczęśliwe i spokojne życie. Głowa rodziny ma dobrą pracę, czwórka potomstwa ma pełne miłości dzieciństwo, matka nie pracuje i zajmuje się pociechami - Chrisem, Cathy, Carrie i Cory'm. Cały spokój burzy wypadek i śmierć ojca. Corrine zostaje sama i nijak nie potrafi sobie poradzić z codziennością, rachunkami i długami. Podejmuje decyzję o przeprowadzce do rodzinnego domu, gdzie będzie musiała wrócić do łask rodziców, którzy kilkanaście lat wcześniej ją wydziedziczyli. Kobieta liczy na szybką śmierć ojca i odzyskanie jego miłości, co równałoby się z odziedziczeniem całego majątku. Przeszkodą w tym planie okazują się dzieci, które matka wraz z babką postanawiają ukryć w pokoju połączonym z poddaszem. Początkowo wmawiają im, że to tylko jedna noc, jednak ta noc przechodzi w tygodnie, miesiące... i lata. W tym czasie między Cathy i Chrisem zaczyna się rodzić niezdrowa fascynacja seksualna...

Narratorką opowieści jest Cathy, która w momencie jej rozpoczęcia ma dwanaście lat, więc historia pisana z perspektywy dziecka jest prosta, nieskomplikowana, czasami naiwna i miejscami wręcz nierzeczywista. Relacje między rodziną Dollangangerów, szczególnie w okresie, kiedy żył ojciec, są tak idealne, że niestety trącą sztucznością i nieprawdziwością. Cała historia dzieci zamkniętych na poddaszu w wielkim domu przez lata również wydaje się nieprawdopodobna, jednak mimo to nie sposób się od niej oderwać i wyrzucić z pamięci. Za pierwszym razem czytałam ją z wypiekami na twarzy, teraz nawet widząc jej wady, również nie potrafiłam przejść obok niej obojętnie i odłożyć nim nie dotrę do końca. Jest coś dziwnego w powieści Virgini C. Andrews, bo po jej lekturze ciężko stwierdzić jednoznacznie czy się podobała czy nie. Z pewnością po spotkaniu z dziećmi Dollangangerów pozostaje wielki mętlik w głowie, i pojawia się ciekawość, jak też potoczyły się losy rodzeństwa. Na szczęście autorka stworzyła kolejne części opowieści, które również zaskakują, przerażają i przede wszystkim głęboko zapadają w pamięć.

"Kwiaty na poddaszu" to kultowa, kontrowersyjna i skandalizująca pozycja, która gra na czytelniczych emocjach, bazując na nieszczęściu, śmierci i kazirodztwie. Virginia C. Andrews stworzyła niesamowity klimat, w którym zawarła grozę, miłość i tajemnicę. Taki zestaw poruszy chyba każdego...

Warto!

Baner