Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Otwarte. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Otwarte. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 września 2014

Nina George "Lawendowy pokój"


Wstałam skoro świt i próbuję pisać o książce, o której teoretycznie nie powinnam... Bo została porzucona na mniej więcej setnej stronie... Mowa oczywiście o wzbudzającym zachwyty "Lawendowym pokoju". Cudze zachwyty. Mnie zaoferowane sto stron śmiertelnie wynudziło, a miejscami wywoływało zirytowanie nie do opisania i ataki śmiechu (zwłaszcza, kiedy czytaliśmy z mężem niektóre fragmenty na głos).

Zaczyna się naprawdę dobrze i zachęcająco... Jean Perdu ma w swoim mieszkaniu zamknięty pokój. Pomieszczenie do którego nie wchodził od dwudziestu lat, gdyż za bardzo przypominało mu o cierpieniu związanym z odejściem ukochanej kobiety. Katalizatorem do zmian jest pojawienie się nowej sąsiadki, która potrzebuje... stołu. Pomocny Jean, otwiera więc zapomniane pomieszczenie i oddaje kobiecie mebel. W stole zostaje jednak list. List od Manon, nieotwarty i porzucony przez zranionego księgarza. A właśnie! Bo Perdu prowadzi Aptekę literacką, w której proponuje swoim klientom odpowiednie książki na poszczególne dolegliwości. Prawda, że brzmi to naprawdę bajecznie?
Wracając do sedna... Catherine - sąsiadka, w końcu namawia Perdu do otwarcia i przeczytania listu, a to co mężczyzna zastaje w środku, zupełnie go zaskakuje i zmienia całe jego życie.
W tym momencie zaczyna się jego podróż, a moja przygoda z książką kończy i już spieszę z wyjaśnieniami dlaczego...

Wydaje mi się, że sam pomysł na historię, cały rdzeń jest bardzo dobry. Jednak autorka na siłę próbowała tworzyć coś wielkiego i lekko filozoficznego, a wyszła jej jakaś pokraka powieści. Porównania, które wołają o pomstę do nieba, opisy, które wywołują rozbawienie zamiast wprowadzać w nastrój... Bo np. zdanie typu - "Manon rozpuściła włosy: opadały jej na nagie piersi, gdy pędziła na swoim pokornym i wyrozumiałym rumaku o niedużych uszach". - naprawdę mnie bawi (oczywiście jest umieszczone w towarzystwie wielu innych podobnych). Że już nie wspomnę o "nocy ciepłej jak szklanka herbaty"... (tu z pomocą przyszła instagramowa znajoma, która wychwyciła to porównanie, mnie niestety umknęło... a szkoda...).

Zastanawia mnie fenomen tej książki, która w moim odczuciu jest nudna, nie budzi żadnej ciekawości i posiada właściwości usypiające. Nawet teraz, kiedy w końcu się poddaję, nie mam ochoty zerknąć na ostatnie strony, aby sprawdzić przynajmniej, jak losy Perdu się skończyły. Co dostrzegło w niej spore grono czytelników? Bo coś musieli, skoro skusiło mnie do jej przeczytania sporo pozytywnych opinii... 

Nie polecam, bo nie znalazłam niczego, co by na to zasługiwało. Bohater jakiś miałki i niewyraźny, powiedziałabym nawet "dupowaty", miłość z rodzaju tych, które drażnią i irytują, a przede wszystkim występują w bajkach, no i ten styl... wzniosły, patetyczny, nadający tej książce niepotrzebnej ciężkości.

I tyle z mojej strony. Mogłam sobie darować i nie pisać nic, ale może Wy pomożecie mi zrozumieć co takiego jest w tej książce, czego ja nie odnalazłam a Was zachwyciło....

niedziela, 18 maja 2014

Jeannette Kalyta "Położna. 3550 cudów narodzin"


Pewnie większość z Was kojarzy głos Jeannette Kalyty, z dość często emitowanej reklamy radiowej żelu do higieny intymnej. Reklamodawca zdecydowanie przesadził z częstotliwością, przez co cała Polska już po krótkim czasie miała dość, a słysząc "Nazywam się Żanet Kalyta, jestem położną..." przełączała radioodbiornik na inną falę. Mało kto zainteresował się tym, czy Jeannette rzeczywiście jest położną i jakie są jej osiągnięcia.

Położna w swojej autobiograficznej opowieści zaczyna od momentu, kiedy sama rodziła, a przypadło to w trudnych dla matek latach 80-tych. Kobiety traktowano wtedy przedmiotowo i obcesowo, nie pozwalano na pierwszy kontakt z dzieckiem, brakowało intymności w całym akcie przyjścia na świat nowego życia. Wtedy też autorka powzięła postanowienie. Obiecała sobie, że nigdy nie będzie bezduszną położną, trybikiem w wielkiej fabryce rodzenia. Już na stażu, gdy odbierała swój pierwszy poród, zaraz po pojawieniu się dziecka położyła je matce na brzuchu, umożliwiając tym samym kontakt rodzącej z potomkiem. Spotkało się to z wielką dezaprobatą ordynatora, który ostentacyjnie opuścił salę, jednak było też początkiem zmian jakie miały zajść w polskim położnictwie.

Poród napawa przerażeniem każdą przyszłą matkę. Zwłaszcza, kiedy wcześniej wysłuchują opowieści swoich mam o tym, jak to się kiedyś rodziło, jak to wszystko wygląda itd. Wiele się zmieniło przez lata na lepsze, jednak nadal strach przed pozostaje. Jeannette w swojej książce trochę odczarowuje akt wydania na świat dziecka. Nie minimalizuje bólu jaki matkę spotka, jednak oswaja z jego istnieniem, daje wskazówki jak godnie i świadomie przejść, te bądź co bądź, trudne momenty. Położna podaje wiele przykładów porodów, które odbierała, poświęca dużo uwagi zarówno pacjentkom, jak i ich partnerom. Jej oczy skierowane są przede wszystkim na człowieka, więc pewnie dlatego stała się tak popularna również wśród gwiazd.

Kalyta udowodniła, że mając własną wizję i dążąc uparcie do jej realizacji, można skruszyć nawet najtwardsze mury. Jest prekursorką zmian w położnictwie, a ta publikacja świetnie owe zmiany przybliża. Widzimy jak na przestrzeni lat zmieniały się szpitale i zmieniają się przede wszystkim ludzie. I chociaż dalej można trafić na relikty starego systemu, to różnica w stosunku do tego co było jest przeogromna. A część tych zmian to zasługa właśnie autorki. Zmusza młode matki, które szturmem zamawiają cesarskie cięcia (praktyka, o której usłyszałam od znajomej pracującej w szpitalu), do zastanowienia nad tym, jak ważny dla dziecka i kobiety jest poród i odwodzi od pochopnego podejmowania decyzji o tym jak ma przebiegać.

"Położna. 3550 cudów narodzin" to lektura, która wciąga od pierwszej strony, bawi, wzrusza, daje do myślenia. Nie jest to poradnik, jednak polecam wszystkim, którzy niebawem będą witać na świecie dziecko, jak i tym, którzy dopiero to planują. 

piątek, 6 grudnia 2013

Pamela Keogh "Jackie czy Marilyn?"



Początkowo miałam w ogóle nie pisać o tym "poradniku", ponieważ nie doczytałam nawet do setnej strony. Z jakiegoś powodu porzuciłam jednak lekturę, więc i wrażenia się pojawiły.  W tym przypadku bardzo negatywne...
Na pierwszy rzut oka, nic nie wróży bubla... Piękna okładka, twarda oprawa, wewnątrz mnóstwo ilustracji i różowego koloru. Bardzo kobieco. Ale już pierwsze zdania spowodowały, że zapaliła się u mnie lampka ostrzegawcza.
Przytoczę dwa cytaty:
"Jeśli wszystko inne zawiedzie, zawsze możesz też uciec się do niezawodnej metody sław - kłamstwa"
"W epoce Google'a trudno, o ile w ogóle jest to możliwe, udawać, że skończyło się Harvard albo inną renomowaną uczelnię, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby odciąć się od zgrai pomylonych kuzynów, ciotek i wujków! Zapomnij o robotniczych korzeniach na rzecz francuskiej arystokracji (trochę szyku nie zaszkodzi)! Porzuć nudny katolicyzm i przyłącz się do jakiegoś postępowego kościoła!"
Czy ja dobrze zrozumiałam? Autorka namawia nas do kłamania i oszukiwania otoczenia? Marilyn i Jackie kłamały, ale czy ślepo musimy naśladować kobiety, tylko po to, aby być tak stylowymi jak J.K., czy seksownymi jak M.M.? Może zbyt poważnie to traktuję, ale namawianie do nieetycznego postępowania jakoś mnie odrzuca...
Rady typu: odkryj kim naprawdę chcesz być czy pokochaj swoje ciało takim, jakim jest, znajdziemy niemal w każdym poradniku i mimo, że są prawdziwe i ważne, to w połączeniu z poszukiwaniem w sobie Marilyn czy Jackie zalecanym przez autorkę, dają dość groteskowy efekt. Sposoby, które proponuje Pamela Keogh, aby osiągnąć dwa powyższe cele, są po prostu śmieszne. Gdybym miała się zastosować do tych "rad" pewnie wzięto by mnie za lekko pomyloną kobietę.
Poradnik zupełnie nie przystosowany do naszych realiów, rady nieadekwatne do warunków w jakich żyjemy, a jedyny pozytyw tej książki to dość spora garść informacji o Marilyn Monroe i Jackie Kennedy i cytaty obydwu pań, czasami nawet dość trafne i mądre. 

Ładna otoczka ukrywa puste wnętrze... Nie bądźmy jak Jackie czy Marilyn... Bądźmy po prostu sobą i przede wszystkim żyjmy w zgodzie z sobą. Takie książki to dla mnie co najwyżej "ozdobniki na półce".


Ps. Wszystkie "gwiazdy" polecają tę książkę... Może ta pozycja jest skierowana bardziej w ich stronę i łatwiej im się odnaleźć w tych "poradach"...

niedziela, 22 września 2013

Paulina Wnuk "Kuchnia filmowa"


"Kuchnia filmowa" Pauliny Wnuk powstała na podstawie bloga "From movie to the Kitchen". Autorka zasługuje na wielkie ukłony już za sam pomysł. Zazdroszczę jej, bo wymyślanie i odtwarzanie przepisów na potrawy pojawiające się w kultowych filmach, musi być przede wszystkim świetną zabawą!
Książka podzielona jest na kategorie: filmy miłosne, komedie, filmy fantasy, dramaty, filmy animowane, filmy familijne, filmy gangsterskie, filmy polskie i thrillery. Otrzymujemy 49 przepisów z 38 obrazów.

A czym raczy nas autorka? Trufle czekoladowe z "Czekolady", wołowina po burgumdzku z "Julie & Julia", smażony kurczak ze "Służących", Ratatouille Remy'ego" z "Ratatuj" czy tarta limonkowa z "Dextera" to tylko niektóre z proponowanych przez Paulinę przepisów. Jako wielka  miłośniczka makaronu, na pewno wypróbuję Spaghetti cacio e pepe z "Jedz, módl się, kochaj", spaghetti z klopsikami z "Zakochanego kundla" i makaron z żółtym serem z filmu "Kevin sam w domu".

Oprócz przepisu z danego filmu, otrzymujemy noty autorstwa Piotra Czerkawskiego, opisujące w skrócie fabułę. Jeżeli nie mamy wiedzy na temat danego obrazu, w sugestywny sposób zostajemy zachęceni do zapoznania się z nim. Ta książka z pewnością bardzo ucieszy kinomaniaków, ponieważ przepisy wydają się być nieskomplikowane i proste. Prawdopodobnie każdy sobie z nimi poradzi, a jaką frajdą będzie oglądanie i gotowanie! 
Często zdarza mi się zachwycać jedzeniem na szklanym ekranie. Autorka Bloga roku 2012 udowadnia, że odrobina wyobraźni kulinarnej wystarczy, aby również samemu próbować odtwarzać pyszności. A jeżeli nie czujemy się na tyle mocni, to blogerka pomoże nam w tej kulinarno-filmowej "zabawie".

Jedynym moim zastrzeżeniem jest wydanie, a konkretnie sposób klejenia książki. Tuż przy grzbiecie jest pusta przestrzeń, przez co mój egzemplarz dotarł  z dziurą. Ale to jedyny minus... Polecam gorąco "Kuchnię filmową" i bloga autorki!

"Jedz, módl się, kochaj", "Zakochany Kundel", "Sex w wielkim mieście", "Ratatuj"

wtorek, 6 listopada 2012

Emily Giffin "Pewnego dnia"


Kirby to lekko zbuntowana osiemnastolatka, o szaroniebieskich oczach, blond włosach i odstających uszach. Jako niemowlę została adoptowana przez Lynn i Arta Rose, którzy wychowali ją najlepiej jak potrafili, dzięki czemu dziewczynka nigdy nie tęskniła za bilogicznymi rodzicami. Wątpliwości pojawiły się przez osiemnastymi urodzinami, po których mogła udać się do ośrodka adopcyjnego i uzyskać dane kobiety, która ją urodziła. W tajemnicy przed rodzicami zdobywa namiary i jedzie do Nowego Jorku, gdzie poznaje Marianne.

Marianne to kobieta sukcesu, ubierająca się w najdroższych sklepach i mieszkająca w przestronnym penthousie na Madison Avenue. Jest kierownikiem produkcji popularnego serialu i spotyka się z szefem stacji, z którym planuje wspólną przyszłość. Kobieta ma wszystko... Skrywa jednak przed całym światem tajemnicę, a kiedy ta wychodzi na jaw, na zawsze zmienia uporządkowane życie Marianne...
"-Zdaje się, że jesteś moją matką."

Emily Giffin po raz kolejny świetnie oddała subtelne kobiece emocje. Z pozoru historia jest lekka i przyjemna, jednak autorka umiejętnie wplotła w nią wiele uniwersalnych problemów takich jak tożsamość, relacje adoptowanego dziecka z przybranymi rodzicami, trudny okres dojrzewania, czy też kwestię "ważności ojca" w procesie decydowania o losie dziecka.
Kirby jest trochę nietypową zbuntowaną nastolatką, bo jednocześnie bardzo dojrzałą, spoglądającą na matkę, która oddała ją do adopcji, w zasadzie bez złości, a nawet ze współczuciem. Trochę wydawało się to wręcz nierealne, bo czy takie nastolatki istnieją? Być może w Ameryce... Bo zaznaczyć muszę, że ta powieść jest napisana w iście amerykańskim stylu i nie wyobrażam sobie, że jej akcja mogłaby się odbywać gdziekolwiek indziej. Matka, producentka filmowa z Nowego Jorku, ojciec, właściciel baru w Chicago, rodzina mieszkająca w domu na przedmieściach St. Louis, szkolne bale, prywatki, zbiorowe mierzenie sukienek... Klimat rodem z amerykańskiego filmu lub serialu, co bynajmniej nie stanowi z mojej strony zarzutu. Powieść czyta się jednym tchem, bez chwili nudy. Śledzimy trudną relację Marianne i Kirby, ale także ciekawi jesteśmy zachowań innych osób towarzyszących bohaterkom. Emily Giffin skupia się na relacjach międzyludzkich, świetnie pokazuje kiełkujące uczucia, czy to matki i córki, czy chłopaka i dziewczyny. Czytając wierzymy, że taka historia mogła wydarzyć się naprawdę, bo autorka w niczym nie przesadza, nie sprzedaje tanich emocji, a postacie które kreuje są niezwykle prawdziwe i wyraziste. Jedyne do czego mogłabym się "doczepić" to zakończenia, które nie do końca mnie przekonuje... Niby otwarte, pozostawia jakieś pole do popisu wyobraźni, a jednak nakierowuje nasze myślenie na konkretne tory, na końcu których, finał może być tylko jeden. Ale to w zasadzie nieistotny szczegół...

"Pewnego dnia" zaliczamy do literatury kobiecej, jednak jest to już wybór z tej wyższej półki, który z pewnością nie rozczaruje...

sobota, 2 czerwca 2012

Cristina López Barrio "Ogród wiecznej wiosny"

W końcu udało mi się przeczytać i opisać jakąś książkę! Do zawirowań związanych ze zmianą pracy doszły kolejne i coraz trudniej znaleźć mi siłę i chęć na to, żeby usiąść i coś napisać...

Jednak obok "Ogrodu wiecznej wiosny" nie mogłam przejść obojętnie, ponieważ książka wywołała we mnie bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony historia opowiedziana przez Cristinę Lopez Barrio wciąga i zaciekawia czytelnika, z drugiej wydaje mi się, że autorka uległa wpływom innych autorów i jej opowieść bardzo przypominała powieści Isabel Allende, czy Gabriela Garcia Marqueza. Tylko czy to jest zarzut? 

Nad rodem Laguna ciąży klątwa. Kobiety zakochują się nieszczęśliwie i rodzą córeczki, które czeka podobny do matek los. Clara Laguna jest przepiękną dziewczyną, która wręcz poraża urodą, nie dziwnym jest więc to, że zakochuje się w niej andaluzyjski myśliwy. Jednak biedna dziewczyna nie zdawała sobie sprawy z tego, że panicz z pozycją nigdy nie poślubi jej i nie da nazwiska jej dziecku. Wielka miłość przerodziła się w wielką chęć zemsty. Zhańbiona Clara, w domu otrzymanym od ukochanego, otwiera burdel, a sama zaczyna trudnić się najstarszym zawodem świata. W "czerwonym domu" rodzi się Manuela Laguna, kolejna przeklęta... Pozbawiona miłości i bliskości, oślepionej zemstą matki, wyrasta na zupełne przeciwieństwo Clary. Postanawia odmienić los i zyskać szacunek ludzi... Czy jej się to uda i jak potoczą się losy kolejnych pokoleń kobiet Laguna, Olvido i Margarithy, oraz... Santiago!?

Na 340 stronach autorka zawarła historie pięciu kolejnych pokoleń rodziny Laguna. Burzliwe losy każdej postaci spokojnie nadają się na osobne powieści, a ich skumulowanie na tych kilkuset stronach spowodowało, że otrzymujemy wartką i wciągającą wielopokoleniową sagę rodzinną o niesamowitym klimacie. Ogród kwitnący przez cały rok, to symbol wiecznej miłości, jaką kobiety Laguna darzyły swych ukochanych, aż po grób. Realizm magiczny to atut powieści, zresztą nie jedyny, bo mamy jeszcze wielkie namiętności, tajemnice, erotykę, nienawiść i zbrodnię, które tworzą powieść fascynującą i z pewnością godną uwagi.

Ukochaną książką autorki jest "Sto lat samotności" Marqueza, której niestety nie miałam okazji czytać, nad czym bardzo ubolewam, ponieważ podejrzewam że Hiszpanka inspirowała się powieścią Kolumbijczyka. Chętnie zestawiłabym sobie "Ogród wiecznej wiosny" i "Sto lat samotności"... Ale wszystko przede mną. A może wy macie doświadczenia z obojgiem autorów?

Podsumowując... polecam, ponieważ Cristina Barrio Lopez stworzyła naprawdę klimatyczną i dobrą powieść. I jeszcze słówko o okładce, która jest hipnotyczna, a kobieta na niej przedstawiona wygląda dokładnie tak, jakbym chciała widzieć Clarę Lagunę.

Polecam!


środa, 14 września 2011

Ewa Stec "Klub Matek Swatek. Operacja: Londyn"


Operacja Londyn, to kontynuacja przezabawnej historii "Klubu Matek Swatek". Z reguły stronię od literatury kobiecej, ale jeżeli Ewa Stec wydaje kolejną książkę, sięgam po nią bez wahania, ponieważ wiem, że czeka mnie tylko i wyłącznie dobra zabawa. Nie inaczej było również tym razem.
"Klub Matek Swatek. Operacja: Londyn" jest o niebo lepszy od pierwszej części, co nie zdarza się często. Autorka tym razem postawiła prawie wyłącznie na perypetie "starszych" pań, praktycznie pomijając wątek uczuciowy.

Jak wskazuje tytuł książki, akcja toczy się w Londynie, czyli terytorium przez KMS zupełnie niezbadanym. O ile w swoim mieście działąją posiadając sieć kontaktów, niezawodną bazę danych PARUJ, o tyle tutaj stąpają po całkowicie nieznanym gruncie. A historia zaczyna się w momencie, kiedy w biurze pojawia się zdesperowana matka, ze zdjęciem i wszelkimi danymi swojej córki Alicji i podobną teczką Igora, chłopaka z którym chciałaby widzieć swoją pociechę. Wszystko, jak w standardowej sprawie, tyle że okazuje się, że młodzi mieszkają... w Londynie. Panie po namyśle decydują się przyjąć sprawę i tym sposobem wpadają w sam środek, można powiedzieć, "międzynarodowej" afery. Okazuje się, że Alicja kocha się w arystokracie Archibaldzie, a romantyczne dusze starszych pań pragną pomóc kopciuszkowi odnaleźć księcia. Jak się okaże, książę raczej podrabiany, kopciuszek z tym bajkowym za wiele wspólnego nie ma, a dobre wróżki... no właśnie, co przytrafi się KMS to już musicie koniecznie przeczytać.

Jak wspominałam już wyżej, wątek miłosny autorka ograniczyła do minimum, co spowodowało, że KMS w żadem sposób nie jest kiczowaty, czy ckliwy. Dodatkowo Ewa Stec raczy nas plejadą barwnych i oryginalnych postaci. Po raz kolejny pojawia się więc Madame Klara Widząca (tym razem na emigracji)! Beata, Danuta, Jadwiga i Krystyna rozbawiają ciętym językiem i ironicznym poczuciem humoru. Wartkie dialogi nie trącą sztucznością i dalej bawią czytelnika do łez. "Klub Matek Swatek. Operacja: Londyn" to pozycja, przy której można się odprężyć i pośmiać, mam więc nadzieję, że jeszcze z bohaterkami się spotkam.
Ewa Stec obala popularny wśród literatury kobiecej mit kopciuszka. Dzięki niesamowitym i nieprawdopodobnym zwrotom akcji i sytuacjom, gdzie nic nie jest takie jak się z pozoru wydaje, czytelnik otrzymuje zaskakującą i ciekawą lekturę, gdzie białe niekoniecznie jest białe, a czarne ma wiele interesujących odcieni.
Polecam!

A o wcześniejszych przygodach swatek przeczytacie w książce "Klub Matek Swatek":

Wydawnictwo: Otwarte, stron: 378

środa, 29 czerwca 2011

Tomek Michniewicz "Samsara. Na drogach, których nie ma"


Ostatnio zaczytywałam się w książkach Kingi Choszcz dotyczących Nepalu i podróży dookoła świata. Zafascynował mnie świat jaki pokazała i postanowiłam się z nim na razie nie rozstawać, szczególnie z Nepalem i Indiami. Idealną kontynuacją wydaje mi się więc „Samsara” Tomka Michniewicza. Styl pisania i prezentowania świata zupełnie inny, ale równie hipnotyzujący. Co ciekawe, wiele miejsc, które poznałam dzięki Kindze, teraz mogłam podziwiać i na nowo "zobaczyć" oczami Tomka.
Troszkę musiało minąć czasu, zanim się przestawiłam na pisarstwo Michniewicza, ale kiedy odpowiedni trybik zaskoczył, po prostu dałam się porwać. Z wypiekami na twarzy przewracałam kolejne strony i sama musiałam się pilnować, żeby lekturę dawkować i za szybko nie skończyć.

Celem podróży jest zobaczenie dziadugara, czyli maga, który potrafi czarować i robić rzeczy niemożliwe. Autor wraz z przyjaciółmi, najpierw zafascynowanym wojskiem Adamem, następnie informatykiem Kaczorem i na koniec Marianną, przez drogi których nie ma, próbuje odnaleźć magię i czary. Indie, Nepal, Kambodża, Tajlandia, Malezja to tylko niektóre z państw, które przemierza. (kolejność przypadkowa), a owe miejsca poznajemy za sprawą historii jakie mu się przytrafiają oraz anegdot i opowieści z wcześniejszych wyjazdów.

Uczestniczymy więc w strasznym procederze, jakim jest bestialskie traktowanie słoni, a w którym z radością biorą udział żądni rozrywki turyści. Przyznam szczerze… płakałam nad losem zwierząt i do tej pory jak o tym pomyślę, nie potrafię opanować łez.
Bierzemy również udział w festiwalu wegetariańskim, gdzie ludzie chodzą w jakimś dziwnym transie, nie czują bólu i nie krwawią (nawet Ci, którzy przebili sobie policzki kilkoma ostrzami… na wylot!). Z jednej strony niesamowite i po prostu magiczne, z drugiej… po obejrzeniu zdjęć, nie miałam już ochoty na kolację, czegoś takiego moja psychika chyba nie pojmuje.
Jadąc dalej… odwiedzamy nawróconego hodowcę skorpionów. Suang Puangsri, kiedyś sprzedawał martwe skorpiony i zarabiał na nich masę pieniędzy. Pewnego dnia, doszedł jednak do wniosku, że jako buddysta nie może odbierać życia, postanowił więc odkupić winy, teraz z nimi… mieszka. Kilka tysięcy skorpionów, skupionych w jednym miejscu, niesamowity widok.

Opisałam Wam tylko trzy historie, a ta pozycja zawiera ich dużo, dużo więcej i są równie ciekawe, wciągające, magiczne i fascynujące.

Pisząc o „Samsarze”, nie sposób nie wspomnieć o świetnych zdjęciach, które wprowadzają nas w odpowiedni nastrój i wizualizują to, co Michniewicz stara się nam opisać. Niektóre ujęcia, są tak realne, że musiałam, czytając zasłaniać je kartką, bo budziły we mnie strach. A przykute do drzew słonie i malutkie słoniątka, z tak wielkim smutkiem w oczach, że nie da się tego opisać, to fotografie, które zrobiły na mnie największe wrażenie i które zapamiętam na bardzo długo.

„Samsara” to przede wszystkim świetny styl, humor, emocje, piękne i często niebezpieczne miejsca, genialne zdjęcia… i tak mogłabym wymieniać jeszcze długo, długo…

Polecam i czekam na kolejne… a w między czasie, warto zajrzeć, na stronę autora:

TOMEK MICHNIEWICZ

i polecam trailer do książki:

niedziela, 12 grudnia 2010

Jacek Skowroński "Był sobie złodziej"



Był sobie złodziej. Taki wybrał zawód. Okradał bogatych, nie rozdawał biednym. Nigdy nie wpadł. Aż do tego feralnego dnia. Kiedy wychodził z mieszkania, które właśnie obrobił, ktoś już na niego czekał...









Jedno wiem na pewno... w ciemno sięgnę po każdą kolejną książkę pana Skowrońskiego :)

"Był sobie złodziej"to historia, jak łatwo się domyślić, złodzieja Rafała. Bohater nie jest łasy na łatwe pieniądze, jest zawodowcem. Każdą akcję długo planuje i jest bardzo ostrożny. Jednak nawet największa ostrożność, nie uchroniła go przed dziwnym zbiegiem okoliczności... Zostaje wzięty za klienta, którego obrabiał i wplątuje się w mafijne zabawy...

Tyle po krótce o treści książki, Ci którzy czytali "Muchę" pewnie zauważą zbieżności... Ale wierzcie mi, Złodzieja czyta się równie dobrze jak Muchę i mimo, że pojawia się wspólny mianownik w postaci mafii, to historia jest inna i napisana z równie dużym rozmachem jak w przypadku kolejnej książki autora.


A w tej dużo się dzieje. Przede wszystkim po raz kolejny pojawiają się charakterystyczni Menele ;) Kto czytał "Muchę" ten wie o czym piszę ;) Autor wykreował plejadę barwnych postaci, które umieścił w szarej polskiej rzeczywistości. A jak wiadomo Polak potrafi :)
Język powieści znakomicie dopasowany jest do postaci i sytuacji. I aż żal, że książka tak szybko się kończy... Co do zakończenie... bardzo mnie zaskoczyło.

To jest książka od której ciężko się oderwać, a wyobraźnia Pana Skowrońskiego czasami powala wręcz na kolana ;) Polecam z całego serca :)

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Ewa Stec "Klub Matek Swatek"


Beata – matka Anki, (ponad) trzydziestoletniej panny – postanawia działać. Korzysta z pomocy Klubu Matek Swatek.
Nie wie, że Anka już w dniu przeprowadzki do nowego mieszkania poznaje dwóch przystojnych mężczyzn. Jeden jest nią wyraźnie zainteresowany, drugi... jeszcze bardziej. Tylko czy ich intencje są szczere? I czy intrygi KMS nie zniszczą rodzących się uczuć?

Zabawna i romantyczna powieść – wspaniała rozrywka i dla matki, i córki.



Książka napisana z takim poczuciem humoru,że nie można się od niej oderwać:)
Beata nie potrafi zrozumieć dlaczego jej córka Anka nie chce znaleźć sobie męża, z pomocą przychodzi jej Danuta i przedstawia koleżanki z KMS. Panie tworzą profil, radzą się wróżki(Madame Klara Widząca, pojawia się we wszystkich książkach Ewy Stec), szukają kandydata... jednym słowem...mieszają :D Zaszkodzą nawet zorganizowanej akcji CBŚ. W książce można znaleźć wszystko... byłą agentkę sekretarkę, Astona Martina, Małaszyńskiego... Wiktora, Fryderyka...nie, nie Szopena :D Szopę, czarną góralkę Matyldę Gąsienicę (tata spotkał Jamajkę :D)... po prostu parada atrakcji :D Świetnie napisany kryminał z poszukiwaniem księcia w tle.
Polecam każdemu kto ma ochotę na naprawdę dobrą rozrywkę

piątek, 20 sierpnia 2010

Ewa Stec "Romans z trupem w tle"


Kiedy przyłapiesz narzeczonego w łóżku - a właściwie na fotelu dentystycznym - z inną, możesz zrobić trzy rzeczy:
• wybaczyć,
• upić się
• albo zemścić.
Agnieszka Rusałka postanawia się upić. A potem zemścić. Za pomocą ogrodowego krasnala. I wplątuje się w niesamowite tarapaty...


Policyjne zasadzki,
porwanie i pościg,
Mikołaj, Superman i Mozart,
kuzynka modelka i sąsiad Wiesio,
nadopiekuńcza matka i złośliwa ciotka,
wróżka Klara Widząca i magiczny kot,
dwie zwariowane przyjaciółki
i Bond. Jerzy Bond.




Kolejna po "Polowaniu na Perpetuę" książka Ewy Stec i kolejna przy której płakałam ze śmiechu :D Agnieszka Rusałka zostaje zdradzona przez narzeczonego Jacka. Postanawia sie upić i będąc już w stanie nieważkości poznaje w barze cudownego mężczyznę... Bonda... Jerzego Bonda... nota bene pana ginekologa :D no i zaczynają się problemy... Rusałka wplątuje się w międzynarodową aferę narkotykową, spotykają ją same dziwne przygody i zbiegi okoliczności, a wszystkiemu winien ogrodowy krasnal :D
Z niecierpliwością oczekuję "Klubu Matek Swatek"... ;)

wtorek, 17 sierpnia 2010

Ewa Stec "Polowanie na Perpetuę"


Dzieci urocze, choć czasem doprowadzają do szału. Mąż kochający, ale bardzo zajęty. Dwie oddane przyjaciółki. Jedna prezerwatywa która burzy prawie idealne życie Agaty. Kiedy Agata znajduje ją w samochodzie męża, podejrzewa zdradę. Postanawia ratować małżeństwo za pomocą... pasa do pończoch i trzech par szpilek. Ale wszystko komplikuje Perpetua, piękna jak anioł kolumbijska zakonnica.To książka dla tych, którzy kochają powieści obyczajowe i kryminały doprawione szczyptą świetnego dowcipu.

Świetna książka na poprawę humoru :) Trochę stylem przypomina mi Joannę Chmielewską... Autorka ma świetne poczucie humoru i w wielu miejscach śmiałam się w głos, nie mogąc się powstrzymać (ludzie w tramwaju rzucali mi podejrzliwe spojrzenia ;)) wątek kryminalny jest wprawdzie łatwy do przejrzenia i cała intryga wydaje się być dość przejrzysta, nie zmienia to jednak faktu, że książka jest po prostu zabawna i naprawdę godna uwagi... a zakończenie... popłakałam się ze śmiechu :). Nie żałuję wydanych pieniędzy i chętnie sięgnę po pozostałe dwie pozycje autorki :)
I pamiętajcie... Szpilki są lekarstwem na wszystko ;)

czwartek, 12 sierpnia 2010

Bridget Asher "Pożyczona miłość"


Zgodziłabyś się udawać żonę byłego chłopaka?
Gwen się zgodziła, a jej mąż nawet ją do tego zachęcił. Z wielką tremą wkroczyła na nową drogę życia.
Wkrótce dowiedziała się, czyją żonę tak naprawdę udawała…


Książka idealna na lato :)Lekko i przyjemnie napisana, ale nie typowe babskie czytadło... Główna bohaterka Gwen, mężatka od kilku lat, żyje w związku w którym nie czuje się sobą, wszystko zmienia się kiedy spotyka Elliota Hulla, dawną miłość. Zaczyna zastanawiać się nad sobą, nad tym kim właściwie jest i czy jej obecne życie jest szczęśliwe. Książka poruszająca, ukazująca głęboką przemianę bohaterki, Napisana w przystępny sposób. Polecam każdemu kto poszukuje książki łatwo przyswajalnej, ale dającej jednocześnie do myślenia.

Baner