Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 lipca 2014

Wiesława Bancarzewska "Zapiski z Annopola"


Sięgnęłam po "Zapiski z Annopola" nie mając pojęcia, że jest to kontynuacja "Powrotu do Nałęczowa". Zorientowałam się dopiero po kilkunastu stronach i stanęłam przed dylematem... Odłożyć książkę, która już mnie wciągnęła i sięgnąć do początków historii, czy też kontynuować czytanie? Stanęło na tym drugim.
Jakież było więc moje zaskoczenie, kiedy okazało się, że nie jest to zwykła obyczajowa powieść dla kobiet osadzona w latach trzydziestych XX wieku, ale historia z wątkiem lekko fantastycznym! Główna bohaterka przenosi się bowiem w czasie, do XXI wieku. Ot niebanalny pomysł, który od razu skojarzył mi się z "Przeklętą barierą" ukochanej Joanny Chmielewskiej i automatycznie spowodował wzrost sympatii dla Wiesławy Bancarzewskiej.

Anna Obrycka w "Powrocie do Nałęczowa" przeniosła się w czasie do lat przedwojennych. Tam ułożyła sobie życie, poznała swoją rodzinę, która w XXI wieku już odeszła, wyszła za mąż i urodziła córeczkę Walentynkę. W "Zapiskach z Annopola" poznajemy jej codzienne życie, niezwykle rodzinne, ciepłe i pełne uczuć. Córeczka wychowywana jest w zgodzie z charakterem matki, bez kompleksów, że nie jest chłopcem, bez niani i w komitywie z dziećmi z czworaków. Anna z kolei odnosi sukcesy jako autorka książek dla dzieci, wydająca w zacnym wydawnictwie Nasza Księgarnia. Jednocześnie prowadzi dom (często korzystając z pomocy nowoczesnych sprzętów, przenoszonych z roku 2011), dokształca służącą i coraz bardziej przyzwyczaja się do życia w czasach innych niż się wychowała. Jest tylko jedna rzecz, która spędza jej sen z powiek... Widmo zbliżającej się wojny. Im bliżej do jej wybuchu, tym intensywniej Anna szuka możliwości ratunku dla siebie i rodziny oraz informacji o losach swoich bliskich w czasach współczesnych.

Wiesława Bancarzewska urzekła mnie niemal od pierwszej strony klimatem swojej powieści, pełnym ciepła i miłości. Autorka pokazała wagę więzi rodzinnych, które przed wojną były niezwykle silne, a później z biegiem lat ulegały zatarciu, aż do czasów współczesnych, gdzie przecież tak rzadko siadamy razem chociażby do wspólnych posiłków.
Oczywiście jest w tej książce wiele nielogiczności, jako że podróże w czasie i życie w dwóch wymiarach musi mieć jakieś konsekwencje, o których pisarka jakby zapomina. Jednak można wybaczyć to naiwne spojrzenie na wątek fantasy, bo nie logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy w książce jest najważniejszy. "Zapiski z Annopola" to pozycja, przy której wzruszymy się do łez, ale też wielokrotnie uśmiechniemy. Ot taka lekka, niebanalna, dająca jednak do myślenia lektura.

niedziela, 15 czerwca 2014

Magdalena Kordel "Malownicze. Wymarzony czas" + dwa egzemplarze dla Was!


Nie polecam Wam czytania mojej opinii, jeżeli nie mieliście okazji zapoznać się z pierwszą częścią Malowniczego. Może się zdarzyć tak, że przez przypadek zdradzę za dużo i zepsuję radość z lektury Wymarzonego domu. Napiszę jednak we wstępie, że wiele wątków doczekało się swojego ciągu dalszego,  pojawiło się też kilka nowych, które mam nadzieję świadczą o tym, że już niebawem powrócimy do Malowniczego i jego mieszkańców.

A co nas czeka w tej części? Magda walczy o możliwość stworzenia rodziny zastępczej dla Marcysi i Ani, jednak ktoś usilnie rzuca jej kłody pod nogi. Po raz kolejny przeszłość wkracza w życie bohaterów i ma wpływ na to jak układa się ich życie. Jednak kobieta nie poddaje się i walczy niczym lwica o dziewczynki. Michał z kolei miota się między swoim pędem do samotności, a rodzącym się uczuciem do Magdy i dziewczynek. Związek tych dwojga, swoją burzliwością z pewnością zainteresuje czytelników.
Pojawiają się w Malowniczem nowe postaci. Marta z córeczką Zosią ucieka przed przeszłością, a schronienia szuka w domu przyjaciółki ze studiów. Magda nie zdaje sobie sprawy z niebezpieczeństwa jakie ściąga na siebie i bliskich, przyjmując pod dach zagubioną kobietę. W poszukiwaniu córki, zjawia się w miasteczku Kacper. Wyrodny ojciec, niegdysiejszy uwodziciel, który swoimi kłamstwami doprowadził  do tragedii wielu osób. Mieszkańcy nie zapomnieli mu złych czynów mimo upływu lat. Niczym rozkapryszone dziecko, obrażając się i szukając niedojrzałych metod "zemsty", próbuje udowodnić Krysi, że popełniła błąd odrzucając jego zaloty. Jak zwykle zapomina w tym wszystkim o swoim jedynym dziecku...
Autorka pozwala nam też śledzić poczynania ulubionych mieszkańców. Miecia zawzięcie uczącego się francuskiego, czy też Kraśniakowej, która z nieznanych przyczyn przestaje plotkować!?

Z przyjemnością wróciłam do Malowniczego i perypetii jego mieszkańców. Mimo, że ta część wydaje mi się jakby bardziej przewidywalna, mniej dynamiczna i słabsza od poprzedniej, to i tak dałam się uwieźć tej sielskiej atmosferze małego miasteczka. A czytając ostatnie zdania książki już rodziła się myśl... Kiedy znowu wrócę do Malowniczego? Wymarzony czas to lektura, którą pochłania się w zawrotnym tempie, dająca wytchnienie i pozwalająca głowie na chwilę odpocząć od problemów.  Ot idealna książka na wakacyjny, urlopowy czas...
Polecam!

...................................................................................................

Mam dla Was dwa egzemplarze książki "Malownicze. Wymarzony czas". Wyjątkowo nie będę od Was dużo wymagać... Wystarczy, że wyślecie odpowiedź na pytanie: W której książce Magdaleny Kordel po raz pierwszy pojawia się miejscowość Malownicze? Odpowiedzi wysyłajcie na maila: konkurs-magiaksiazki@wp.pl 
Ps. Wbrew pozorom, odpowiedź wcale nie jest taka prosta. Zapoznajcie się dokładnie z twórczością autorki!
Wśród prawidłowych odpowiedzi rozlosuję zwycięzców.

Czas trwania: 15.06.2014 do 20.06.2014
Fundatorem nagrody jest wydawnictwo Znak. Biorąc udział w konkursie, wyrażacie zgodę na przekazanie swoich danych, w razie ewentualnej wygranej, wydawnictwu.

poniedziałek, 19 maja 2014

Jacek Getner "Pan Przypadek i celebryci"


Z wielkim ociąganiem zabierałam się za pisanie o kolejnej części przygód detektywa-amatora Jacka Przypadka. O ile przy okazji lektury "Pana Przypadka i trzynastki", gorąco polecałam książkę, o tyle przy tej części mam zgoła odmienne odczucia. Tym razem czułam się trochę jak na rollercoasterze. Raz na dole, raz u góry...

Książką, tak jak poprzednia część przygód, to około dwustu stron, na które składają trzy historie. Wszystkie mają wspólny mianownik - celebrytów. Tak więc pierwsza zagadka, to śmierć na planie serialu "Miłość i medycyna". Znany aktor zmarł po wypiciu zatrutego alkoholu, akurat kiedy grana była scena, w której leżał w trumnie i czekał na pochówek. Jacek, oczywiście dzięki swojej inteligencji i błyskotliwości dość szybko rozwiązuje sprawę... A tuż po tej czeka go kolejna. Tym razem chodzi o gwiazdę telewizji Bolko Szołtysika, który niegdyś namówił ukochaną Przypadka na wyjazd w Himalaje, z którego ta już nie wróciła. Bolko poszukuje małej czerwonej książeczki - Manifestu komunistycznego, gdzie na marginesie poczynił szczególne notatki, które nie powinny ujrzeć światła dziennego. I tym razem Jacek bez trudu radzi sobie z zagadką, a jej rozwiązanie jest naprawdę zaskakujące. Ostatnie śledztwo, to zaginięcie celebryty Mikela. Dość interesująca sprawa, jednak kończy się zdecydowanie za szybko...
W trakcie kolejnych śledztw, Jacek Przypadek przebranżawia się lekko i zostaje... Jasnowidzem! Ma na to wpływ niemożność uprawiania legalnie zawodu detektywa, gdyż jak wiadomo, podkomisarz Łoś i inspektor Zasada uznają Przypadka za utrudnienie.

Wracając do sedna... W poprzedniej części bardzo spodobali mi się bohaterowie, którzy w kolejnej odsłonie swoich przygód zaczęli mnie po prostu irytować. Jacek ze swoim sarkazmem, ciętym językiem, i specyficznym poczuciem humoru mógł się podobać, jednak teraz miałam wrażenie, jakby uległ całkowitej przemianie. Dialogi już mnie tak nie bawiły, zachowania irytowały... Za mało Przypadka w przypadku, a to była siła napędowa tych historii. Nasz główny bohater zrobił się arogancki, bardzo pewny siebie, a jego stwierdzenie powtarzane po kilka razy dziennie "Ludzie są banalnie przewidywalni" przyprawiało o mdłości. Nie inaczej jest z innymi bohaterami. Mieli być zabawni, zresztą  jak i cała konwencja tych kryminałów, a zaczynają drażnić czytelnika.

Autor nie pozwala nam za wcześnie rozwiązać zagadki przez siebie skonstruowanej. To plus. Kolejnym niech będzie o wiele ładniejsze wydanie w stosunku do poprzedniej części oraz niższa cena. I tyle.

Z pewnością dam jeszcze szansę kolejnym częściom, licząc na poprawę i powrót do tego co było na początku. Tę część uznaję za wypadek przy pracy. 

piątek, 16 maja 2014

Magdalena Kordel "Malownicze. Wymarzony dom"


Przyszła mi ochota na przeczytanie czegoś lekkiego, łatwego i przyjemnego, a od jakiegoś czasu niecierpliwie pomachuje do mnie z półki najnowsza książka Magdaleny Kordel. Pomachuje dosłownie, gdyż co chwilę spada, jakby domagając się czytania. Pisarkę poznałam już przy okazji lektury "Uroczyska" i "Sezonu na cuda". To właśnie w tych książkach po raz pierwszy trafiamy do Malowniczego i wpadamy po uszy w sielankową, ale niepozbawioną problemów, małomiasteczkową codzienność. Już wtedy mogłabym zarzucić autorce, że wykorzystała znany wszystkim schemat "wyjechała, znalazła dom/pensjonat, postanowiła zostać i zmienić swoje życie, poznała miłość, happy end", jednak mimo że rzeczywiście mniej więcej tak w skrócie można opisać lekturę, to w przeciwieństwie do innych tego typu książek, te najzwyczajniej w świecie mnie zauroczyły, wzruszyły i rozbawiły. Nie inaczej było z "Wymarzonym domem".
Po  raz kolejny ten sam schemat jednak ubrany w takich bohaterów i taką scenerię, że nie mamy wrażenia "powtórki z rozrywki".

Madeleine (imię to wynik francuskiej fascynacji matki bohaterki) tkwi w związku z Grzegorzem, który już od dawna jej nie odpowiada i w pracy, w której chyba się trochę zasiedziała. Jednego dnia postanawia rzucić zarówno swojego szefa jak i posadę tłumaczki, a przedziwnym i zabawnym zbiegiem okoliczności niedługo po tym nabywa nieruchomość w małym miasteczku u podnóża Sudetów. Postanawia zrobić sobie wakacje i jedzie do Malowniczego, gdzie już na dzień dobry zostaje obłaskawiona dość niecodziennym adoratorem, panem Mieciem, poznaję Majkę, właścicielkę "Uroczyska", a pierwszą noc spędza w zupełnie ciemnym domu, straszona przez jaskółki... W ciągu kilku kolejnych dni, Magda coraz bardziej przywiązuje się do domu, który nabyła i szybko z pomocą córki Maji organizuje remont. Tymczasem przybywają jej kolejni lokatorzy. Najpierw pojawia się Julia, która przybywa do Malowniczego, żeby odkryć zagadkę z przeszłości swojego ojca Kacpra, codziennym gościem staje się też mała Marcysia, która od pierwszego wejrzenia zakochuje się w "cioci" Madzi, następnie wprowadza się Jazzmen, szef ekipy remontowej... I tak można by mnożyć kolejne postaci przewijające się przez posiadłość bohaterki. Magda w swoim nowym domu, zdecydowanie nie może się nudzić. 

Szybko wsiąkamy w klimat małego miasteczka, zaczynamy się czuć jakby częścią tej historii. U mnie obudziły się wręcz tęsknoty za takim właśnie życiem. Magdalena Kordel być może powiela schematy, ale nie jesteśmy w stanie nie polubić jej bohaterów, nie poczuć klimatu miejsc które opisuje. Autorka świetnie konstruuje tajemnice z przeszłości, trzyma nas w napięciu niemal do samego końca, nie pozwalając domyślić się prawdy. Każdy z bohaterów to indywiduum, które zasługuje na osobną powieść. Pani Basia, ze swoim hartem ducha i opowieściami sprzed lat, Pan Miecio i jego koledzy od wina, którzy wymyślają genialne sposoby na adorację "panienki", Pani Leontyna ze swoim sklepem ze starociami, w którym rzeczy sprzedaje tylko właściwym osobom... Mogłabym tak mnożyć w nieskończoność. Napiszę więc jedynie, że nie mogę się doczekać powrotu do Malowniczego, a lekturę gorąco polecam, szczególnie jako przeciwwagę dla ponurej aury za oknem.

Na koniec Janusz Radek, który muzycznie pojawia się w książce:

wtorek, 28 stycznia 2014

Magdalena Witkiewicz "Opowieść niewiernej"


Chyba pierwszy raz zdarzyło mi się poczuć taką bliskość z fikcyjnym bohaterem. Magdalena Witkiewicz stworzyła opowieść, w której dokonuje rozkładu na czynniki pierwsze gasnącej miłości. Prezentuje swoiste studium zdrady i rozpadu małżeństwa...

Ewa i Maciek są parą bardzo długo, a początki ich związku to wprost sielanka. Wspólne spacery, wyjazdy, częste randki, a wszystko w niezwykle romantycznej atmosferze, o jakiej marzy chyba każda kobieta. Ich związek rozwija się. Najpierw jest więc wspólne zamieszkanie, następnie pierścionek od Maćka zwiastujący ożenek. Jednak już na każdym kolejnym etapie, daje się wyczuć coraz więcej ustępstw ze strony Ewy. Nie ma więc wicia wspólnego gniazdka, mężczyzna przynosi cztery walizki do jej mieszkania, nie ma ślubu jak z bajki, jest aż za skromna uroczystość w Urzędzie Stanu Cywilnego... A to dopiero początek piekła, jakie zaczyna się rodzić w tym związku. Po ślubie jest coraz gorzej, brak wspólnych tematów do rozmów i zainteresowań powoduje, że para zaczyna życie razem, ale po prawdzie każde prowadzi je na własny rachunek. Maciek pracuje niemal non stop, a najważniejsze dla niego jest zarabianie pieniędzy, Ewa nie potrafi się odnaleźć i dotrzeć do męża. Wydaje się, że sytuację może naprawić dziecko, bo Ewa zachodzi w ciążę, jednak ta kończy się dość szybko, co wpędza kobietę w depresję i powoduje utratę pracy... W tym wszystkim pojawia się w końcu miejsce na myśl o zdradzie...

Literatura kobieca pełna jest licznych zdrad mężczyzn. Kobiety nie zdradzają w niej prawie nigdy. Dlaczego? Przecież statystycznie zdaje się co czwarta popełnia ten czyn. Pewnie dlatego, że literaturę kobiecą tworzą kobiety, a trochę dziwnym byłoby oczernianie własnej płci. Z reguły kobiety są nieskazitelne, zdradzają mężowie i partnerzy, odchodzą z innymi, następuje potok łez, a następnie pojawia się kolejna miłość życia. Tym bardziej podoba mi się temat jaki podjęła Witkiewicz. Po prostu jest to jakaś odskocznia. Zdrada podana w zupełnie inny sposób, niż jesteśmy przyzwyczajeni.
Autorka w klarowny sposób pokazała, jak łatwo można się zagubić, zapomnieć o tym co najważniejsze czyli o uczuciach. Zapomnieć o tym kim się jest i podporządkować wyobrażeniom innej osoby.
Miłość na początku zawsze jest pięknym zjawiskiem i często mamy klapki na oczach, nie zdając sobie sprawy z wad partnera i różnic. Kiedy te już opadną, okazuje się, że jest już za późno nawet na "hospitalizację" związku. Łatwo jest też oceniać i potępiać postępowanie, czy to kobiety, czy mężczyzny, którzy zdradzają, jednak na zdradę składa się wiele czynników. Często jest następstwem po prostu braku miłości. A tego nie da się naprawić i uratować.

Magdalena Witkiewicz w "Opowieści niewiernej" pokazała właśnie jak brak miłości i zainteresowania drugiej osoby prowadzi do decyzji, których się żałuje i które są nieodwracalne. Ewa zdradziła. Skrzywdziła tym innych ludzi, ciężko coś takiego usprawiedliwić. Jednak na jej zdradę, tak jak i na każdą inną, składa się gros maleńkich wydarzeń z codziennego życia, a wina zawsze leży gdzieś po środku. I nad tym chyba powinniśmy się zastanowić.

Polecam!

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Małgorzata Gutowska-Adamczyk "Podróż do miasta świateł. Rose de Vallenord"



Tym razem będzie krótko, bo czegokolwiek nie napiszę, będzie powtórką z wcześniejszych ochów i achów...

Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk chyba nikomu przedstawiać już nie muszę. "Rose de Vallenord"  to drugi tom "Podróży do Miasta Świateł". Sam podtytuł i kilka pierwszych stron powodują, że z zainteresowaniem dajemy się porwać lekturze. Dlaczego? Powieść zaczyna się śmiercią wielkiej miłości Róży - Rogera Vallenorda. Jeżeli ukochany umiera, to jak bohaterce udało się zostać księżną na Val?

Tymczasem we współczesności zrozpaczona Nina, po dziwnym rozstaniu z Miłoszem, wyjeżdża do Paryża śledzić losy Róży. Postanawia odwiedzić miejsce, gdzie kobieta mieszkała, zamek Val. Okazuje się jednak, że ten całkiem niedawno zmienił właściciela, który z kolei zamknął funkcjonujące tam muzeum. Tajemniczy mężczyzna to argentyński kolekcjoner sztuki. Czy to za jego sprawą giną dzieła Rose? A może milioner pomoże odnaleźć człowieka odpowiedzialnego za kradzieże?

Z kolei Róża po powrocie z Polski i śmierci Rogera długo dochodzi do siebie. Na szczęście w pobliżu jest jej wierny przyjaciel Serge Babouchkine. Niemal wszystko wskazuje na to, że tych dwoje w końcu połączy sakrament, jednak na przeszkodzie staje inny mężczyzna. Losy Rose w drugim tomie zaczynamy śledzić w 1892 roku i towarzyszymy bohaterce przez niemal sześćdziesiąt lat!

I cóż ja mogę napisać? Czego teraz nie nakreślę, będzie powtórką z wcześniejszych recenzji "Cukierni pod Amorem" czy pierwszego tomu "Podróży do miasta świateł". W zasadzie mogłabym zrobić kalkę, bo wrażenia niezmiennie takie same. Radość z czytania nie do opisania. Odłożyłam wszystkie sprawy na bok i dałam się porwać lekturze. Obiecywałam sobie, że nie połknę jej na raz, bo więcej nie będzie... Ale nic z tego oczywiście nie wyszło! Autorka po raz kolejny zabrała mnie w literacką podróż w czasie, w której zadbała nawet o najmniejsze szczegóły. Aż żal, że pani Małgosia tak po macoszemu potraktowała okres dwóch wojen, toż to byłby świetny materiał na trzeci tom! Niestety, zmuszeni jesteśmy zadowolić się dwoma.
Mogłabym napisać, że coś jednak mnie irytowało, tylko w zasadzie po co? Są to drobiazgi, cechy charakteru bohaterów, które i tak w żaden sposób nie wpływają na całokształt odbioru. To takie moje subiektywne czepialstwo...
Pozostaje mi jedno... Polecić! Trzy tomy "Cukierni pod Amorem" i dwa "Podróży do Miasta Świateł"

poniedziałek, 4 listopada 2013

Mariusz Zielke "Formacja trójkąta"

Nie czytałam pierwszej powieści Mariusza Zielke, która odbiła się szerokim echem w naszym blogowym światku i zebrała bardzo pozytywne recenzje. Autor, niegdyś dziennikarz śledczy "Pulsu Biznesu", przez lata tropił afery gospodarcze, które opisywał na łamach gazety, za co w 2005 roku zdobył nagrodę "Grand Press". Po zwolnieniu z gazety założył Niezależną Gazetę Internetową (www.ngi24.pl), a następnie napisał książkę - "Wyrok". Z fikcyjnymi bohaterami, ale prawdziwymi aferami. Żadne wydawnictwo nie miało odwagi jej wydać, autor zrobił to więc nakładem własnych środków. Dopiero po jakimś czasie znalazł się wydawca - Czarna Owca, którego nakładem pojawił się najpierw "Wyrok", a teraz najnowszy twór autora "Formacja trójkąta"

Na pierwszych stronach powieści jesteśmy świadkami zbrodni. Z rąk nieznanej kobiety ginie prezes warszawskiej giełdy Witold Sworowski. Zbrodnia upozorowana jest na samobójstwo, jednak szybko wśród śledczych zajmujących się śmiercią prezesa pojawiają się wątpliwości. Równie szybko próbuje się jednak sprawę zatuszować.
Bartosz Malik to dziennikarz "Expressu", którego poznajemy w momencie kiedy traci swoją "jedynkę" na rzecz materiału znienawidzonego kolegi z redakcji. Sfrustrowany pracownik gazety raczej nie budzi w pierwszych chwilach sympatii czytelnika. Malik postanawia zając się sprawą prezesa. Z pomocą przyjaciela policjanta - Grega, jego ścieżki łączą się z tymi, którymi podąża niepokorna agentka ABW - Marta. Pojawiają się kolejne poszlaki, które prowadzają parę do najwyższych władz i w ministerialne kręgi. Na Martę i Bartka czyha też płatny bezwzględny zabójca. Zaczynają ginąć kolejne osoby z ich otoczenia, a gra na życie i śmierć zaczyna się na dobre...

"Formacja trójkąta" wciąga niemal od pierwszej strony. Mariusz Zielke, mimo iż pisze o trudnych gospodarczych tematach, robi to w sposób bardzo przystępny. Nawet osoby nie ogarniające w żaden sposób giełdy i rynku kapitałowego, odnajdą w książce przede wszystkim zrozumiały dla siebie, dobry kryminał, a przy okazji w przystępny sposób dowiedzą się czegoś nowego. Wątek kryminalny jest bardzo dobrze skonstruowany i poprowadzony, chociaż żałowałam trochę, że już na pierwszych stronach autor zdradza, że mordercą jest kobieta. W jakiś sposób ułatwiło to domyślenie się ciut za wcześnie rozwiązania sprawy.
Wydawca na okładce zapewnia nas, że "Autor "Wyroku" powraca z wybuchowym ładunkiem rozgrywek politycznych, szokujących afer i pokaźną dawką erotyki". O ile z rozgrywkami politycznymi i aferami się zgodzę, to z tą erotyką nie bardzo... Dużo w książce brutalności i gwałtu, które niekoniecznie stawiam na równi z erotyką. Niemniej może lepiej, że nie otrzymałam thrillera erotycznego, z opisami spółkowania na kilka stron. W tej sferze jednak coś mi nie zagrało, niektóre sceny napawały wręcz obrzydzeniem... Jestem za delikatna?

Smutny jest obraz korupcji i sprzedajności mediów, władz, policji, w zasadzie wszystkich... Czytając miałam skojarzenie z filmem "Drogówka" Wojtka Smarzowskiego. W obu przypadkach - kinowego obrazu i "Formacji trójkąta" wmawiam sobie, że może to przesadzone, że świat nie może być taki brudny i szary... Po czym przychodzi refleksja... Przecież przekręty widać już na najniższych szczeblach... A jeżeli gra toczy się o większe pieniądze, to i pokusa większa... 

Książka bardzo dobra... Jeśli weźmiemy ją na poważnie, to wnioski po lekturze niestety przykre.

Wygrzebałam ciekawy wywiad z autorem, a propos wydania pierwszej książki, pracy w "Pulsie Binesu" i kondycji dziennikarstwa śledczego -> KLIK
I trochę świeższy -> KLIK


czwartek, 19 września 2013

Paweł Pollak "Niepełni"




Niedawno w tragicznym wypadku zmarł mój przyjaciel ze studiów, paraolimpijczyk z Londynu, od dzieciństwa jeżdżący na wózku inwalidzkim. Nie muszę chyba pisać, że jako niepełnosprawny, często miał w tym naszym grajdołku pod górkę, a mimo to, był jedną z najbardziej pozytywnych osób jakie spotkałam na swojej drodze. Jeżeli miałabym napisać z czym mi się kojarzy, pierwszą moją myślą byłby uśmiech. Zawsze i wszędzie pogodny, gotowy do działania. Dlatego nie mogę się pogodzić ze stratą i dlatego też prawdopodobnie sięgnęłam po powieść Pawła Pollaka. Trochę nietypowy wstęp z odrobiną prywaty, ale odniosę się jeszcze do niego oceniając książkę "Niepełni".
Powieść podzielona jest na cztery części zatytułowane "ona", "on", "my", "ono". Jak nietrudno się domyślić, pierwsza opisuje życie kobiety. Edyta na skutek wypadku samochodowego doznaje urazu kręgosłupa i skazana zostaje na wózek inwalidzki. Studentka AWF-u szybko traci chłopaka i znajomych. Zostaje jej tylko wierna przyjaciółka Aldona i rodzice. Życie Edyty to praca księgowej, którą wykonuje w domu, spacery po parku i cotygodniowe wizyty ojca i matki. Dziewczyna, która przed wypadkiem prowadziła intensywne i wypełnione ruchem życie, coraz trudniej odnajduje się w rzeczywistości jaką zgotował jej los. Dodatkowo coraz bardziej pragnie dziecka i prawdziwej miłości, a kandydaci na spełnienie tych pragnień niestety nie pojawiają się na horyzoncie.
Kolejna część opisuje życie Jacka, trzydziestoletniego informatyka. Mężczyzna od urodzenia jest niewidomy, jednak nie stało się to przeszkodą w robieniu kariery. Dobrze zarabia, ale podobnie jak w przypadku Edyty, jego życie jest puste. Nie ma żadnych przyjaciół, a jedynym towarzyszem codzienności, oprócz brata i jego żony, jest pies przewodnik. Brakuje mu kobiety i miłości jaką mogłaby mu dać. Stosunki z płcią przeciwną to pasmo ciągłych niepowodzeń.
Życie obojga zmienia się za sprawą Romka, sąsiada zarówno Edyty jak i Jacka...
"My" to historia wielkiego zakochania... Tak przelukrowanego, że o ile dwie pierwsze części czytało mi się bardzo dobrze, o tyle trzecia trochę mnie zmęczyła. Może brak mi szeroko pojętego romantyzmu, ale wydaje mi się że autor przesadził z poziomem cukru w cukrze. Również zbiegi okoliczności i zakończenie, nie dość że dołujące ponad miarę, to lekko pozbawione dozy realizmu. Ale jak wiadomo, życie pisze przeróżne scenariusze, więc może i taki mógłby się przytrafić w rzeczywistości?

Mam problem z fikcją literacką. Edyta i Jacek to osoby niepełnosprawne, samotne, pozbawione wszelkiej radości życia. Ich obraz zupełnie mija się z tym co znam z autopsji. Mam dziwne wrażenie, że autor stereotypowo potraktował temat. Tworząc obraz nieczułego społeczeństwa, nietolerancyjnego wobec wszelkiej inności i opuszczonych, nieszczęśliwych niepełnosprawnych. Moim problemem w odbiorze tej książki jest z pewnością to, że znam duże grono osób dotkniętych niepełnosprawnością, których obraz zupełnie różni się od tego stworzonego przez Pawła Pollaka. Zapominam jednak, że jest to fikcja literacka... Że osoby takie jak Jacek i Edyta są wytworem wyobraźni autora i być może mają swoje odpowiedniki gdzieś w rzeczywistości. Martwi mnie jednak, że przeczytawszy książkę można utrwalić sobie obraz ludzi "niepełnych", nieszczęśliwych, potykających się ciągle o przeszkody, samotnych, pozbawionych miłości drugiego człowieka. Ten obraz jest przez autora przerysowany, nieprawdziwy. Bohaterzy doznają prawdziwego uczucia, jednak nawet to prędzej czy później się kończy. Wniosek można wyciągnąć taki, że niepełnosprawni skazani są na życie w nieszczęściu. A przecież tak nie jest. Uczciwie jednak muszę dodać, że autor świetnie pokazał, jakie trudności mogą napotkać na swej drodze.
Paweł Pollak stworzył do pewnego momentu dość dobrą historię, jednak w moim odczuciu gdzieś po drodze zatracił cały jej potencjał i wyszła bardzo smutna opowieść, w której nie znalazłam ziarna czegoś pozytywnego. Nie taki obraz chcę sobie utrwalać i nie w takim świecie chcę żyć.W głowie ciągle mam obraz wiecznie uśmiechniętego przyjaciela. I tak zakończę...

środa, 4 września 2013

Wiesław Myśliwski "Widnokrąg"


Nie wiem jak polecić tę książkę. Bo co napisać o powieści,  w której każde zdanie powielokroć szlifowane zasługuje na uwagę. Która cichcem mówi coś prawdziwego i tajemniczego zarazem. Nie wiem. Dlaczego w zasadzie tak nagle „Widnokrąg?” Bo spadł mi z półki, trochę się pogniótł, ja się trochę wściekłem, bo jest pięknie wydany. Bo otworzyłem to tu tam, żeby na nowo posmakować. Mam do tej książki sentyment ponadto szczególny. Dostałem ją w prezencie, gdy moja biblioteka (wciąż skromna) liczyła sztuk ledwie kilkanaście. Co więcej: to wygrana w szachowych bojach z moim dobrym kolegą na austriackiej ziemi. W obozie ogórkowym.
Było to sześć lat temu, ale to jedno z tych dzieł (dzieł właśnie), które pamięta się przez całe życie. Jeśli nie nudzą was opowieści waszych dziadków to rozsmakujecie się w historii 1945plus. Wszystko tu ciche, nawet jak o czymś nieznośnym przez chwilę, to lekko się to brzemię historii niesie. To powieść, jak donosi na obwolucie Jerzy Jarzębski, w dużej mierze autobiograficzna. W głównym bohaterze, którego losy na widnokręgu życia śledzimy od dzieciństwa, aż po przekroczenie progu dorosłości, dużo jest ponoć samego Myśliwskiego. To pamiętnik z okresu dorastania Piotrka-Wiesława, również dorastania (zabliźniania się i rozdrapywania) powojennej Polski.
Jeśli zdecydujecie się sięgnąć to czytanie będzie podróżą po odległym świecie dziadka i babci. Będzie – jeżeli faktycznie coś ponad generacjami jest nam wspólne – przypominaniem sobie uroków dzieciństwa i wczesnej młodości. Zresztą wszystko tu jest. Zapachy wsi, wykwintne damy w zgrabnych kapeluszach, Ruscy powracający z frontu, niemieckie bomby, są potańcówki i urocze dziwki, jest wypas krów i agitacja stalinowska, są targi na rynku (prawdziwe, nie te z dziesięciolecia). Są śmierć i narodziny. Jest wielka miłość.
Powieść tę można czytać na wielu poziomach. Ja się na poziomie niedopowiedzianej codzienności czuję najlepiej. Więc w skrócie o dwóch ważnych, nienarzucających się czytelnikowi bohaterach powieści. Pierwszym są słowa. Czy to lecą jak ptaki z ust aparatu partyjnego, czy upadają w stodole jak ziarno zdumione kobiecą nagością – są żywą częścią opowieści. Nadają jej rytm, otulają, drażnią, koją. No i ta wspomniana miłość, przez małe „m”. Taka wiecie codzienna, nie z fajerwerków paryskich i filmowych szkół tańca. Taka z perspektywy podpieranej ściany na potańcówce, z wyprawy na kajaki, ze stodoły. A propos podpieranej ściany, poniżej fragment z lekcji tanga. Lekcje lekcjami, ale to jak bohater przymierza się później do zajęcia pozycji pierwszej równać się z może tylko opisami Pilcha (fakt, ze okoliczności nie te i stopień zaawansowania inny).
„ – Proszę nie zapominać, że nie wolno partnerki podciągać ku sobie. Czy broń Boże wlec ją aż na środek. Tango zaczyna się tu gdzie pan stanął i gdzie ja do pana wstaję.
I tak mnie tresowały do samej zabawy, otwierając przede mną najdrobniejsze szczegóły tajemnicy tanga. Tańczyły leciuteńko, bez najmniejszych kantów, zadziorów przy najostrzejszych nawet obrotach, skrętach czy zmianach kierunku. Nie stawiały prawie nóg na podłodze, płynęły jak chmury, bezszelestnie bezcieleśnie nieomal. Nie obdarowywały mnie, co prawda, już tym ciepłem, jak wówczas, gdy tańczyły w szlafrokach, nocnych koszulach, rozczochrane, nieumalowane, niewystygłe jeszcze po nocy. Ani też nie przytulały mnie do swoich ledwo przysłoniętych piersi, nie rozkazywały, przytul się Piotrusiu, czy choćby Panie Piotrze. Co najwyżej jakby chuchając na dmuchawiec, ni to szeptały ni wzdychały:
 - Troszkę bliżej, panie Piotrze. A tę rękę z tyłu proszę trochę wyżej na kibici. I cały czas powinna być w tym jednym miejscu. Proszę nigdy nie jeździć nią po plecach.”

Alen Sierżega

czwartek, 27 czerwca 2013

Katarzyna Michalak "Bezdomna"


Po ostatnim spotkaniu z twórczością Katarzyny Michalak postanowiłam zrobić sobie przerwę. Bardzo mnie rozczarowało zakończenie "Sklepiku z niespodzianką" i powiedziałam sobie "stop", jednak jak się okazało nie na długo. "Bezdomna" mnie zaciekawiła... Wydawała się zupełnie inna od poprzednich pozycji autorki, postanowiłam więc spróbować i tym razem się nie zawiodłam, chociaż otrzymałam coś zupełnie innego niż mi się pierwotnie zdawało. Sięgnęłam, ponieważ potrzebowałam przyjemnej historii z happy endem, jednak o tym nie mam mowy, a to co zaserwowała mi pisarka na długo zajmie moje myśli...

Kingę poznajemy w momencie, kiedy w wigilijny wieczór w osiedlowym śmietniku próbuje za pomocą tabletek i wódki zabić się. Nie jest jej to niestety dane, ponieważ na przeszkodzie staje jej kot, a chwilę później Aśka, dziennikarska hiena węsząca dobry temat. Kobieta zaprasza bezdomną i kota na wigilijną kolację. Jak się szybko okazuje, kobiety mają wspólną przeszłość... Asia z nie do końca czystymi intencjami postanawia pomóc kobiecie wrócić do życia w społeczeństwie, jedyne czego oczekuje w zamian to jej historia. Tę poznajemy stopniowo, a każda przerzucana strona przybliża nas do finału, który wstrząsa i wywołuje szok...

Katarzyna Michalak tym razem poruszyła naprawdę trudny temat - depresję poporodową, a w tym przypadku dokładnie - psychozę poporodową.
"Ludzie już wiedzą, że istnieje coś takiego jak depresja poporodowa, że świeżo upieczona mama zamiast unosić się na skrzydłach miłości i promienieć szczęściem, tonie we łzach, nie ma siły wstać z łóżka, nie chce zajmować się niemowlęciem. Trudno się przyznać przed znajomymi i sąsiadami, że córka czy synowa ma "wiesz, baby blues, takie to nowomodne dzisiaj", ale do świadomości społecznej istnienie depresji poporodowej dotarło.(...) 
Nikt jednak nie zdaje sobie sprawy, czym jest i jak śmiertelnie jest niebezpieczna dla matki i dziecka psychoza poporodowa. Coś, co zaczyna się nagle, bez ostrzeżenia i rozwija błyskawicznie. Coś, czego zaatakowana kobieta nie potrafi zrozumieć ani nazwać(...)"
Nie wiem na ile autorka zbadała temat, jednak relacja Kingi w sugestywny sposób pokazuje jak można wołać o pomoc i nie być słyszanym przez najbliższą rodzinę czy lekarzy. Jak bagatelizowanie małych, wydawać by się mogło, odchyłów prowadzi do wielkich tragedii. 

Drugim tematem przewodnim książki są media, szczególnie te szmatławe, szukające taniej sensacji, żerujące na czyimś nieszczęściu. Zdaję sobie sprawę z tego jak funkcjonują brukowce, często preparujące historie i nie mogę się z tym pogodzić. Szlag mnie trafia, kiedy widzę ludzi kupujących te popularne "dzienniki", a potem rozprawiających na temat niedawnego lądowania kosmitów, czy też tragedii oprawionych w ramy sensacji. Że już o zestawieniu nagiej pani pogodynki, ze zdjęciami ofiar kataklizmu nie wspomnę!

Mimo, że Katarzyna Michalak miejscami ocierała się o banał, tworząc nieprawdopodobne zbiegi okoliczności, udało jej się stworzyć ciekawą, sugestywną historię, która w zasadzie mogłaby się przytrafić wielu kobietom. Być może trudno sobie, czytając "Bezdomną", wyobrazić siebie w roli Kingi, jednak nigdy nie wiadomo kiedy karta się odwróci i staniemy na skraju przepaści wołając o pomoc...
Warto sięgnąć, rozejrzeć się wokoło i zastanowić, czy ktoś nie krzyczy do nas z prośbą o ratunek...

Aktualizacja:
Po napisaniu tej opinii, dzięki Agnieszce trafiłam na tekst  wskazujący błędy zawarte w "Bezdomnej", których sama nie byłabym w stanie wyłapać. Dalej uważam, że ogólne przesłanie książki jest ważne i dobre, niemniej przykrym jest to, że autorom brakuje czasu czy chęci na zgłębienie tematów, które poruszają w swoich powieściach.
Link do tekstu -> KLIK

niedziela, 24 marca 2013

Katarzyna Michalak "Sklepik z niespodzianką. Lidka"


Brak mi ostatnio czasu na czytanie, a jeśli już go znajdę to potrzebuję lektury, która mnie odpręży i nie zmusi do zbyt dużego wysiłku umysłowego. Z takimi założeniami sięgnęłam więc po ostatnią część przygód przyjaciółek z Pogodnej: Bogusi, Lidki, Adeli i Stasi. Rzeczona część skupia się na losach pani weterynarz Lidki, a zaczyna od wydarzenia dramatycznego, bo oto dobra i łagodna kobieta porywa dziecko... Na kolejnych kartach powieści poznajemy jej przeszłość i motywy jakimi kierowała się podejmując w życiu takie a nie inne decyzje. Jednocześnie na bieżąco śledzimy losy pozostałych kobiet. Adela stara się zbawić świat i pomóc wszystkim naokoło, zapominając o sobie, dzieciach i mężu. Bogusia z kolei musi uporać się z miłością do Wiktora, który o powrocie z Australii bynajmniej nie myśli. Jednak w tym zapominaniu o ukochanym nie pozostanie długo sama...

Moje odczucia po lekturze są bardzo mieszane. Z jednej strony książka spełniła swoją "misję" i przyniosła mi chwilę odpoczynku od codzienności. Jednak nagromadzenie na kolejnych kartach nieprawdopodobnych zwrotów akcji chwilami wprawiało mnie w osłupienie... W pisarstwie Katarzyny Michalak zawsze podobała mi się nieprzewidywalność... Nigdy nie można odgadnąć kto z kim ostatecznie się zwiąże i jak zakończą się historie bohaterów. Irytuje mnie z kolei bajkowość. Niektóre wydarzenia są tak nierealne, że realistka twardo stąpająca po ziemi, która chyba we mnie siedzi, aż zgrzyta zębami. Finałowa scena "Sklepiku..." tak mnie rozczarowała, że zepsuła mi całą przyjemność lektury. Ja wierzę, że ludzi spotykają niezwykłe rzeczy, jednak ich nadmiar powoduje, że cała opowieść staje się po prostu śmieszna.
Kolejnym punktem na plus z pewnością będzie to, że autorka stara się poruszać trudne tematy w lekki sposób. W poprzedniej części okazało się, że Adela ma raka, w tej z kolei Lidka walczy z bezpłodnością, a Konstancja z depresją poporodową. Problemy z którymi zmaga się wiele kobiet, a o których rzadko się mówi. Chociaż zauważam, że autorki literatury kobiecej coraz częściej starają się dodać głębi swoim powieściom poruszając tematy niegdyś tabu, a teraz powoli stające się trendy. Co w moim odczuciu nie jest zarzutem oczywiście.
Podsumowując... Jestem rozczarowana... O ile ogólnie śledzenie losów mieszkanek Pogodnej sprawiło mi przyjemność, o tyle zwieńczenie ich historii wręcz przeciwnie. Polecam, aczkolwiek "Sklepik z niespodzianką. Lidka" uznaję za najsłbszą część cyklu.

sobota, 19 stycznia 2013

Ewa Białołęcka "Wiedźma.com.pl"

Pewnie nigdy nie sięgnęłabym po tę książkę, gdyby nie koleżanka, która wepchnęła mi ją ze słowami "weź przeczytaj, pośmiejesz się" (czy coś zbliżonego do tego ;)). Najeżyłam się trochę, bo nie lubię kiedy mi się coś każe a i do fantastyki w jakimkolwiek wydaniu mi nie spieszno, więc Wiedźma poleżała kilka tygodni na półce. Niestety koleżanka nie dawała za wygraną i w końcu zmusiła do przeczytania powieści Ewy Białołęckiej. A że na fantastyce znam się mniej więcej tak jak drwal na balecie... 

Bohaterka powieści - Reszka, to młoda matka wychowująca samotnie sześciolatka, borykająca się z wiecznymi problemami finansowymi, mieszkająca kątem u rodziców. Jednym słowem... Nieciekawie. Jednak jak to się czasami zdarza, życie kobiety odmienia się, kiedy niespodziewanie otrzymuje list z kancelarii. Okazuje się, że tajemnicza "ciotka" Katarzyna Szyft, zapisała w spadku dom we wsi Czcinka. Wioska okazuje się tak mała, że nawet wyszukiwarka google nie potrafi jej zlokalizować. Bo zapomniałam dodać, że Reszka jest zdeklarowaną netoholiczką! Po dłuższych poszukiwaniach udaje się jej jednak namierzyć miejsce swego przyszłego zamieszkania, które okazuje się dziurą zabitą dechami, gdzie "bociany mają pętlę". Wizyta w Czcince daje Reszce do myślenia. Samo nazwisko Szyft robi wrażenie na mieszkańcach i budzi, najzwyczajniej w świecie, strach. A z kolei zawartość domu ciotki powoduje, że bohaterka zaczyna podejrzewać Katarzynę o wiedźmowe zapędy. W podejrzeniach utwierdza ją Andrzej Kobielak, sąsiad i pasierb zmarłej. I jak można przypuszczać... W tym miejscu zaczyna się prawdziwa parada atrakcji...

Przyznaję, że książkę po prostu połknęłam. O ile gatunek mi nie odpowiada, o tyle historia napisana z przymrużeniem oka, cięte i dowcipne dialogi są jak najbardziej dla mnie! Jest to kolejna lektura, która spowodowała u mnie niekontrolowane wybuchy śmiechu i zdecydowaną poprawę humoru! Chciałabym umieć posługiwać się tak ciętym językiem jak Reszka! Silna i inteligentna bohaterka różni się znacząco od stereotypowej wiedźmy.
Ewa Białołęcka posługuje się naprawdę zadziwiająco bogatym językiem. Do pozazdroszczenia.

Wiedźma.com.pl to lektura dla każdego, co udowadnia przykład mojej osoby i z pewnością na poprawę humoru. 
Gorąco polecam!

wtorek, 15 stycznia 2013

Olga Rudnicka "Drugi przekręt Natalii"



Kolejne spotkanie z siostrami Sucharskimi i kolejna zarwana z ich powodu noc. Tych bohaterek nie da się nie lubić! Pierwszy raz miałam okazję je spotkać przy okazji lektury "Natalii 5", po której jeszcze długo bolały mnie mięśnie brzucha od niepohamowanych wybuchach śmiechu. Tym razem było trochę mniej zabawnie, co być może wynika z tego, że siostry dały się już trochę poznać wcześniej i nie zaskakują już tak bardzo, niemniej i tym razem nie obyło się bez dziwnych kwików (powieść zaczęłam czytać jadąc busem do Krakowa i nie chciałam straszyć współpasażerów głośnym śmiechem).

Akcja "Drugiego przekrętu Natalii" toczy się dwa lata po wydarzeniach opisanych w pierwszej powieści. Natalie nadal mieszkają razem, kłócą się a jednocześnie jedna za drugą dała by się zabić. Anna, Natalia, Nata, Magda i Natka (nazwane roboczo) układają sobie też życie osobiste. Natalia związana jest z policjantem Adrianem, Nata ciągle rozstaje się i godzi z funkcjonariuszem Marcinem, a Magda spotyka się z, o dziwo nie policjantem - Darkiem. Również najstarsza i najmłodsza latorośl Jarosława Sucharskiego spotka na swej drodze mężczyznę...

Tłem dla błyskotliwych, ciętych i przezabawnych dialogów sióstr jest oczywiście zbrodnia. W mieszkaniu byłego wspólnika ojca kobiet - Janusza Zawady, znalezione zostają zwłoki bez głowy. Staruszek zaś znika bez śladu, a kilka dni później odkryte zostają jego spalone szczątki. Siostry otrzymują spadek po nim... Jest tylko jeden problem... Nie wierzą że Pan Janusz nie żyje, rozpoczynają więc śledztwo na własną rękę. Nie przejmując się za bardzo tym, że w ich wspólnym domu pojawia się coraz większa liczba zamieszkałych policjantów, pakują się w kolejne tarapaty, a przy okazji odnajdują... brylanty!

Siostry po raz kolejny bawią do łez. Każda z nich to barwna postać, a całą piątka tworzy ładunek wybuchowy. Tak jest, powodują niespodziewane wybuchy śmiechu! Olga Rudnicka stworzyła postacie tak charakterystyczne i ciekawe, że nie sposób przejść obok nich obojętnie. Każda wzbudza w czytelniku szereg emocji, a razem są po prostu nie do niepolubienia. Natalie po raz kolejny poprawiły mi humor i mam nadzieję, że to nie ostatnie z nimi spotkania i autorka pokusi się o kolejne części. Zresztą, jak sama wspomniała we wstępie, nie mogła rozstać się z bohaterkami i druga część napisała się sama, mam nadzieję, że z trzecią też tak będzie. Ja czekam na więcej!

Polecam gorąco!

piątek, 11 stycznia 2013

Janusz Majewski "Siedlisko"


"Siedlisko" napisane zostało na podstawie scenariusza serialu, stworzonego przez Zofię Nasierowską i Wandę Majerównę, do którego dialogi napisał Janusz Majewski. Powstało dziesięć odcinków, kręconych na taśmie filmowej w mazurskich plenerach i prawdziwych wnętrzach, a główne role przypadły wybitnym aktorom: Annie Dymnej, którą wręcz ubóstwiam i Leonardowi Pietraszakowi. Wielką mocą serialu były też role drugoplanowe, ponieważ w produkcji wzięła udział cała plejada wybitnych aktorów, takich jak Marian Opania, Stanisława Celińska, Krzysztof Kowalewski, Michał Pawlicki czy Danuta Szaflarska. Widzowie pokochali Mariannę i Krzysztofa, Mazury i małą wieś Panistruga... I ja poddałam się urokowi tej niezwykłej pary, zarówno za sprawą serialu jak i książki.

Marianna i Krzysztof otrzymują w spadku posiadłość na Mazurach. Początkowo planują wszystko sprzedać, ponieważ wiodą zawodowe życie w Warszawie, gdzie ona jest malarką, a on doktorem medycyny wykładającym na uniwersytecie. Plany ulegają jednak szybkiej zmianie, bo jak nie oprzeć się pięknu mazurskich krajobrazów? Oboje zakochują się w ciszy i spokoju nowego domu i szybko podejmują decyzję o przeprowadzce. Zaczynają nowe życie we wsi Panistruga, która oprócz urokliwej okolicy oferuje im wiele ciekawych przeżyć, dostarczanych przez jej mieszkańców. Tutaj obudziło się moje skojarzenie z "Ranczem" powstałym długo po "Siedlisku". Klimat i żart miejscami wydawał mi się  bardzo zbliżony. A że mieszkańcy Panistrugi to wielkie indywidualności, to pewne i niepodważalne. Każdy z nich zaskarbia sobie sympatię czytelnika, często z bohatera drugoplanowego przeistaczając się w głównego.

Czym "Siedlisko" wygrywa z innymi opowieściami typu "wyjeżdżam na Mazury, otwieram pensjonat i żyję długo i szczęśliwie"? Przede wszystkim tym, że było pierwsze... Jest to opowieść o ludziach dojrzałych, którzy cieszą się jesienią życia bez wzajemnych kłótni i pretensji, za to z wielką miłością i oddaniem. Marianna i Krzysztof to para, która mogłaby być wzorem dla wielu ludzi, którzy zapominają jak ważne jest wzajemne zrozumienie i szacunek.
Po raz kolejny zachwycona jestem pisarstwem Janusza Majewskiego. Omawiana lektura znacząco różni się od czytanej wcześniej "Małej matury", jednak po raz kolejny autor mnie oczarował, tym razem do tego stopnia, że nie chciałam, żeby "Siedlisko" się skończyło, bo to taka ciepła i kojąca historia...

Gorąco polecam, zarówno książkę, jak i serial.

środa, 5 grudnia 2012

Piotr Adamczyk "Pożądanie mieszka w szafie"

Główny bohater, całkiem przypadkiem nazywa się tak jak autor książki, którego z kolei nazwisko brzmi tak samo jak tego aktora który zagrał Papieża. Obecność TEGO drugiego powoduje, że Piotr, naczelny jednej z wrocławskich gazet zaczyna znikać... Istnieje, jeśli pojawia się w wyszukiwarce, a ta uparcie wskazuje tylko wyniki związane z tym drugim Adamczykiem.

"Człowiek istnieje na tyle, na ile można go znaleźć w wyszukiwarce"
Piotr jest samotnym mężczyzną w średnim wieku, który żyje z obrazem wyidealizowanej Marysi Jezus, swojej wielkiej miłości z młodości. Pojawiają się w jego życiu inne kobiety, jednak zawsze powraca do tej pierwszej. Znajomość z robiącą karierę w markecie Magdaleną owocuje pomysłem na uczynienie z gazety w której pracuje czegoś na kształt hipermarketu, z kolei tajemnicze i niezwykle zmysłowe maile od nieznanej mu Miriam wprowadzają w jego egzystencję nutkę rozkoszy... Jest też Pani nocna, wspomnienie z dzieciństwa i pierwsza mentorka. Piotr w pewien sposób otoczony jest kobietami, jednak nie buduje z nimi trwałych więzi, raczej znajomości oparte na cielesnych uciechach. Uczucia uświadamia sobie, kiedy jest już z reguły  za późno.

Piotr Adamczyk autor, stworzył powieść, która przybliża nam obraz samotnego mężczyzny w średnim wieku. I zupełnie nie potrafię zrozumieć zarzutów wobec tej książki, że za dużo seksu, za dużo myślenia o seksie itd. Drogie Panie, Panowie to bestie, skonstruowane na trochę innej zasadzie niż my. Od dawna próbuję zrozumieć jak funkcjonują i autor w tym moim dążeniu do wiedzy bardzo mi pomógł. Samotny mężczyzna w średnim wieku myśli o seksie, chce seksu i to właśnie stanowi jego główne zainteresowanie. Dopiero później spogląda na inne atuty kobiety. Może uogólniam lekko, ale z poczynionych obserwacji niestety tak mi wychodzi. Dlatego nie psioczmy tak na Piotra Adamczyka bohatera, bo to po prostu normalny zdrowy facet, który poszukuje szczęścia w typowy dla mężczyzny sposób. Uciechy cielesne stawia nad miłością, co niestety prędzej czy później się na nim mści.
"Nie doceniałem tego co mi daje, kiedy zasypiała z oddechem na mojej szyi. Nauczyłem się miłość zastępować seksem, ale między jednym a drugim jest taka różnica, jak między szczęściem a przyjemnością."

Wielkim atutem książki "Pożądanie mieszka w szafie" jest niezwykle błyskotliwy i żartobliwy obraz dzisiejszego świata, w którym króluje konsumpcjonizm, tanie emocje i brak wyższych uczuć. Świat jest jak hipermarket, gdzie wszystko jest na sprzedaż, a zewsząd atakują nas podświadome bodźce zmuszające do konsumowania. Uczucia schodzą na drugi plan, a liczą się zupełnie inne wartości. Myślimy, że pochłaniamy codzienność i czerpiemy z życia pełnymi garściami, jednak prawda jest taka, że codzienność przeżuwa nas i wypluwa jeszcze bardziej złaknionych.

Piotr Adamczyk jest genialnym obserwatorem, który potrafi z żartobliwy sposób podzielić się swoimi spostrzeżeniami z czytelnikami. W końcu jakieś konkretne, męskie spojrzenie na świat. Gorąco więc polecam!


poniedziałek, 22 października 2012

Małgorzata Gutowska-Adamczyk "Podróż do miasta świateł. Róża z Wolskich"



Wzięłam wczoraj do ręki książkę, z postanowieniem "poczytam kilka stron i odłożę sobie przyjemność na później". Tak... Oczywiście, jak widać z odkładania nic nie wyszło, bo już mniej więcej około setnej strony nic nie było w stanie mnie oderwać od lektury. Chociaż przyznaję, że z początku miałam trudności z aklimatyzacją. O ile współczesność zaciekawiła mnie od razu, o tyle XIX wieczny Paryż nie bardzo. Ale już po kilkudziesięciu stronach doceniłam dbałość o szczegóły autorki, która oprowadza nas po mieście świateł i przekazuje naprawdę ogrom informacji na temat belle époque.

Warszawa 2011 rok

Nina Hirsch, historyk sztuki pojawia się w Gutowie, aby zając się pogrzebem ciotki Agaty. Ponieważ nie chce mieszkać w mieszkaniu zmarłej, zatrzymuje się w pałacu w Zajezierzycach, którego właścicielką jest teraz Iga Toroszyn wraz z mężem Xawierem. Zaraz po wejściu do pałacu bohaterka natyka się na obraz hrabiego Tomasza Zajezierskiego sygnowany literami R i W. To właśnie ów obraz połączy Igę i Ninę. Właścicielka dzieła pragnie odkryć, czy został namalowany przez Rose de Vallenord, czyli Różę z Wolskich. Nina postanawia pomóc Idze, jednak nim na dobre się rozkręci w odkrywaniu przeszłości, kończy się pierwszy tom...

Paryż od 1867

Krystyna Wolska, wraz z niemą córką Różą przebywa do miasta świateł, do wuja Izydora Ziółkowskiego. Mąż i ojciec, Kazimierz został zesłany na piętnaście lat na Sybir i kobiety są zdane na pomoc rodziny. Mimo codziennych trosk, żyje im się dobrze pod opiekuńczymi skrzydłami wuja. Jednak załamanie na giełdzie, na której Izydor namiętnie grał, powoduje, że staruszek popełnia samobójstwo, a Krystyna i Róża zostają całkiem same, zaznając strasznej biedy i upokorzeń. Jednak nie ma dna, od którego człowiek nie może się odbić, więc po latach zawirowań jakoś zaczynają sobie układać codzienność. Powoli wychodzi też na światło dzienne talent Róży. Objawia się on projektami sukien, jakie dziewczynka robi dla właścicielki butiku w którym wraz z matką są zatrudnione. W życiu obu pań pojawia się też po raz pierwszy nazwisko księcia Rogera de Vallenorda, przez którego dziewczynka w przyszłości zazna zarówno wielu chwil szczęścia, jak i nieopisanego cierpienia.

Równoległe śledzenie losów Niny i Róży powoduje, że możemy dostrzec wyraźne podobieństwa w ich życiu. Obie są uzależnione od swoich matek. Wszystko co robią, ma na celu uzyskanie aprobaty rodzicielki. Jednak zarówno Irena jak i Krystyna nie potrafią dać swoim córkom miłości, której te łakną aż do bólu i przez co nie mogą zaznać pełni szczęścia.

Małgorzata Gutowska-Adamczyk po raz kolejny zabiera nas w niezwykłą podróż... Czytając uświadomiłam sobie, że przecież kiedyś nie było wieży Eiffla! Galerie i wystawy, teatry, domy mody... to tylko niektóre z miejsc, które odwiedzamy za sprawą naszej bohaterki. Autorka jak zwykle zachwyca wielką dbałością o szczegóły, którymi jednak nie przytłacza. Pozwala nam się na chwilę zapomnieć i przenieś do Paryża czasów belle époque. Niezwykle barwnego i wciągającego swym przepełnionym miłością i sztuką klimatem.

Cały rok zmuszona jestem teraz czekać na kolejny tom? Trochę to długi okres, po którym pewnie nie będę już pamiętać wielu szczegółów z tej części. Trochę nawet żałuję, że nie odłożyłam lektury do momentu pojawienia się "Rose de Vallenord". Polecam też czytanie "Podróży do miasta świateł" zaraz po "Cukierni pod Amorem". Wielu bohaterów cukierni pojawia się na kartach najnowszej powieści pani Małgorzaty, jednak czytając w tak dużym odstępie czasowym, nie byłam w stanie sobie przypomnieć, co też poszczególne postaci robiły, kim były, z czego zasłynęły, a byłoby to świetne uzupełnienie lektury.

"Podróż do miasta świateł" polecam oczywiście gorąco. Małgorzata Gutowska-Adamczyk po raz kolejny stworzyła dopracowaną w każdym szczególe, wciągającą powieść, która pewnie zachwyci wielu czytelników.

czwartek, 11 października 2012

Konkurs! "Szopka" Zośki Papużanki do zgarnięcia!


Dzięki uprzejmości Świata Książki, mogę się z wami podzielić egzemplarzem książki "Szopka" Zośki Papużanki. Debiut krakowskiej autorki zbiera na razie same pozytywne recenzje, więc chyba warto zapoznać się z tym tekstem!

"Debiut autorki obdarzonej doskonałym słuchem językowym, wyrazistym stylem i znakomitym warsztatem pisarskim. Kolejny – po sztuce Zapolskiej i powieści Kuczoka – sugestywny portret polskiej rodziny: nie patologicznej, nie kołtuńskiej, ale nadal strasznej, zakłamanej i zimnej, w której małżeństwo to więzienie o zaostrzonym rygorze, a dom rodzinny to codzienny teatr absurdu, modłów, wrzasków i kotletów schabowych. Mocna proza – jak uderzenie pięścią."

Zasady:
1. Jeżeli chcesz przygarnąć książkę, zostaw informację w komentarzu i w kilku słowach uzasadnij dlaczego Ty powinieneś/aś otrzymać "Szopkę".
2. Jeżeli jesteś osobą anonimową, zostaw swój adres e-mail i podpisz się imieniem.
3. Zgłaszać się można w terminie od 11.10 (czwartek) do 15.10 (poniedziałek)
4. Losowanie będzie zorganizowane po 15.10.

środa, 10 października 2012

Katarzyna Zyskowska-Ignaciak "Przebudzenie"


"Przebudzenie" to kolejna pozycja Katarzyny Zyskowskiej-Ignaciak, jaką miałam okazję czytać w ostatnim czasie. Odczuwam zapotrzebowanie na literaturę lekką, łatwą i przyjemną, a Pani Katarzyna świetnie swoimi powieściami moje potrzeby zaspakaja. Chociaż tym razem, nie było już tak kolorowa, jak przy poprzednich spotkaniach... Dalej mi się podoba, ale już bez takich zachwytów jak wcześniej.

Zuzanna to młoda dziennikarka, opisująca błahe sprawy w dobrze opłacanym dzienniku. Tkwi w związku bez przyszłości, a wszystkie niepowodzenia i brak zaangażowania w uczuciach tłumaczy nieszczęśliwą miłością w czasach licealnych i śmiercią babci. Jednak jak to w życiu bywa, zdarza się że jedno wydarzenia powoduje, że raz obrany przez nas tor trzeba zmienić. W przypadku Zuzanny, takim sygnałem do zmiany jest list z kancelarii adwokackiej. Okazuje się, że dziewczyna otrzymuje, od uznanego za zmarłego, ale jednak ocalałego w czasie wojny brata babci, dość pokaźnych rozmiarów teren na Mazurach (Tutaj uwaga do osób, które tworzyły opis książki na okładce. Słowo posiadłość, jest nieadekwatne do tego, co rzeczywiście otrzymuje bohaterka i może czytelnika wprowadzić w błąd. W końcu jest to tylko ziemia, bez zabudowań). Jednak spadek wcale nie przynosi korzyści, ale powoduje, że w życiu kobiety zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Ktoś włamuje się do jej mieszkania, śledzi jej poczynania, podrzuca karteczki z dziwnym symbolem węża... 
Zuzanna oczywiście wyjeżdża na Mazury, aby przeprowadzić rekonesans. Odkrywa tam fascynującą historię swojej rodziny, która od lat jest znienawidzona przez plemię Galindów. Jaki wpływ ma historia na teraźniejszość i jak potoczą się losy kobiety? Warto sprawdzić...

Tym razem autorka zaserwowała nam powieść z lekkim dreszczykiem. Dość dobrze skonstruowany wątek kryminalny, w który pisarka wplotła trochę magii i starych wierzeń plemion nadbałtyckich, powoduje że z ciekawością czytamy powieść do ostatniej strony. Nie łatwo jest się też domyślić finału, który jednak jest jak na mój gust, trochę za bardzo nieprawdopodobny. Katarzyna Zyskowska-Ignaciak skorzystała też w przypadku "Przebudzenia" z utartych już schematów spotykanych w innych powieściach, czyli niespodziewany spadek, niespodziewany przyjaciel itd, jednak po raz kolejny udało jej się ująć całość w nietypowy sposób i stworzyć coś, co mimo wszystko odbiega od tego, co serwowane jest nam już w nadmiarze...
Myślę, że zarówno po "Przebudzenie", jak i pozostałe książki autorki "Ucieczka znad rozlewiska" i "Niebieskie migdały" warto sięgnąć, jeżeli poszukuje się miłej i odprężającej lektury.
Polecam!

piątek, 5 października 2012

Katarzyna Zyskowska-Ignaciak "Niebieskie migdały"


Bardzo przypadło mi do gustu pisarstwo Katarzyny Zyskowskiej-Ignaciak, która tworząc lekką w odbiorze literaturę kobiecą, przemyca wiele problemów jakie mogą spotkać każdą z nas i dawkuje odpowiednio poziom miłosnego lukru. Nie inaczej jest w powieści "Niebieskie migdały", gdzie po raz kolejny autorka zaserwowała nam mądrą i wyważoną opowieść...

Tym razem poznajemy Inę, a właściwie Balbinę. Córkę ekscentrycznej malarki i mamę małego Kajtusia. Historia Iny zaczyna się w momencie kiedy odchodzą jej wody, zaczyna się poród i na świat przychodzi nieślubny synek. Dziewczyna kilka miesięcy wcześniej została porzucona przez przystojnego prezentera telewizyjnego Maksa "Przemysława" Wszawskiego i z rodzicielstwem od samego początku musi radzić sobie sama, z lekką tylko pomocą rodziców i szalonej przyjaciółki Karoliny. Jak się okazuje, dziecko to nie tylko szczęście, ale przede wszystkim płacz, pieluchy, kłopoty z wyjściem z domu i wiele innych problemów. Samotna matka ma też niewielkie szanse na nową miłość, bo w końcu który mężczyzna z miejsca bierze kobietę z całym dobrodziejstwem inwentarza?

Katarzyna Zyskowska Ignaciak po raz kolejny zauroczyła mnie stworzoną przez siebie historią. Trochę irytowało mnie to, że bohaterką uczyniła dziewczynę z raczej bogatego domu, która nie musiała się martwić o wydatki i życie codzienne, co raczej mało wspólnego ma z realnym funkcjonowaniem na ziemskim padole. Jednak nawet ten zgrzyt, nie był w stanie zepsuć mi lektury. Ba... zaczęłam wierzyć, że nawet jeżeli życie nie układa się po naszej myśli, to nie należy przestawać myśleć o niebieskich migdałach! Autorka pokazała, że bycie mamą, nawet samotną, nie oznacza, że kobieta musi rezygnować z siebie. A jeszcze pokazuje to w zupełnie inny sposób niż serwują to telewizje śniadaniowe i różnorodne poradniki. Po prostu jest bardziej realnie, bez koloryzowania z lepszymi i gorszymi chwilami. 

Pani Katarzyna trafiła już do grona moich ulubionych polskich pisarek, tworzących literaturę tzw. "kobiecą" i bardzo się cieszę na myśl o spotkaniu z kolejnymi postaciami przez nią wykreowanymi. Poza tym, uwielbiam kiedy ktoś tak ładnie nazywa swoich bohaterów! Zachęcam do lektury!

Książkę można nabyć w księgarni Matras -> Niebieskie migdały

środa, 3 października 2012

Tomasz Jachimek "Handlarze czasem"


Od godziny siedzę nad pustą "kartką" i zastanawiam się jak zacząć, "żeby było normalnie, a w dodatku jeszcze sympatycznie"...

Wuj Franciszek to szalony wynalazca, a przede wszystkim miłośnik quizów rodzinnych, które co niedzielę odbywały się w rodzinnym gronie. Brali w nich udział: nestorka rodu babcia Wiktoria, siostra Grażyna z mężem Piotrem i ich dzieci Michaś i Hania. Oczywiście nikt nie miał szans pokonać wuja, który był "jedynym autorem wszystkich pytań, tym samym jedynym jurorem autorytatywnie rozstrzygającym wszelkie wątpliwości". Wuj oczywiście na każdym kroku wykorzystywał fakt, że jest najmądrzejszy, a głównym jego argumentem w każdej dyskusji było stwierdzenie "Jakbyś był taki mądry, tobyś przynajmniej raz ze mną w quizie rodzinnym wygrał". 
Franciszek, oprócz pytań, wymyślał też różne dziwne rzeczy użytkowe, których działanie często pozostawiało wiele do życzenia. Rodzina śmiała się z jego wynalazków, aż w końcu mężczyzna zamknął się w warsztacie i nikogo do niego nie dopuszczał. 
Życie rodzinne zmieniło się w dniu, w którym w końcu jakiś wynalazek się wujowi udał... Franciszek wymyślił maszynę do handlowania czasem! Jedni mogli sobie dokupić godziny, inni, którym czasu było za dużo mogli odsprzedać i jeszcze zarobić w myśl powiedzenia "czas to pieniądz!" 
Jak nietrudno się domyślić, maszyna wuja stała się sensacją, z której korzystało coraz więcej ludzi, a chaos jaki się stworzył za jej sprawą trudno jest wręcz opisać.

Tomasz Jachimek, znany satyryk stworzył powieść, w której obnaża wszystkie nasze przywary. Pokazuje za pomącą ciętego i błyskotliwego języka nasze cechy złe, które wychodzą z nas z reguły wtedy, kiedy komuś innemu się udaje. Obrywa się anonimowym komentującym na forach, dziennikarzom, urzędnikom i wielu wielu innym. A sposób w jaki Jachimek atakuje ludzkie słabostki, to po prostu majstersztyk.

Książce pewnie można wiele zarzucić. Maszyna do handlu czasem działała, ale jak? Tego nie wie nikt... Chyba nawet sam autor. Jest wiele nieścisłości w jej funkcjonowaniu (np. odejmowanie 15 lat?), jednak nie o to tak naprawdę w "Handlarzach czasem" chyba chodzi. Maszyna to tylko pretekst do stworzenia karykaturalnego i mocno przerysowanego obrazu społeczeństwa XXI wieku.

Książkę czytałam i jednocześnie słuchałam audiobooka w interpretacji samego autora. I z całego serca polecam właśnie audiobook czytany przez Tomasza Jachimka. Jest po prostu genialny! Sama książka jest dobra, a przeczytana przez autora to niekończący się atak śmiechu.
Polecam!

Baner