Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muza. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Grażyna Bober-Bruijn "Pyszne do pudełka"




"Pyszne do pudełka" to świetna pozycja dla ludzi ceniących sobie czas, zmuszonych jadać poza domem, a jednocześnie lubiących dobre i ciekawe potrawy. Sporo inspiracji znajdzie w niej też każda gospodyni domowa, która pragnie jakoś urozmaicić swoją codzienną kuchnię, nie spędzając w niej wielu godzin.

Książka podzielona jest na kilka rozdziałów. Zadziwił mnie szczególnie pierwszy, poświęcony... jajku. Dalej mamy zupy, moje ulubione sałatki, curry, ryże, makarony, placki, klopsy, wypieki słodkie, wypieki słone, pasty do chleba i różne dodatki. Każda potrawa okraszona zdjęciem, z dokładna listą składników i czasem przygotowania oraz podziałem na porcje. Każdy przysmak idealnie nadaje się do zapakowania do pudełka czy słoika i zabrania do pracy, szkoły, czy np. piknik!


Potrawy są łatwe w przygotowaniu, każdy laik bez problemu sobie z nimi poradzi. Inna rzecz, że lista składników czasami może przerazić, a i z ich dostępnością w niektórych przypadkach może być różnie. Prawdopodobnie zmuszą nas do wycieczki do większego supermarketu. Nie odnajdą się wśród tych przepisów ludzie, którzy nie przepadają za orientalnymi smakami, bo jednak sporo inspiracji autorka zaczerpnęła w swoich recepturach właśnie z tejże kuchni. Króluje imbir, kurkuma, kumin, które ja uwielbiam, ale nie każdy za nimi przepada.

Znalazłam w tej książce wiele smaków, które mnie zachwyciły, i do których będę wracać, polecam więc gorąco!

Do kupienia na empik.com

niedziela, 25 października 2015

Katarzyna Bonda "Tylko martwi nie kłamią"




Cierpię z powodu braku czasu na czytanie książek. Ostatnio bardzo rzadko zdarzają się momenty, kiedy mogę usiąść z kubkiem herbaty i dać się ponieść lekturze. Przykro mi, że blog, którego tyle lat prowadziłam, który pozwalał mi się rozwijać, dzięki któremu poznałam wielu świetnych ludzi, po prostu umiera. Jedna opinia na kilka miesięcy, to jedynie podrygi umarlaka... Odkryłam jednak, że gdzieś tak między godziną 2 a 4 w nocy, kiedy wszyscy śpią, mogę w końcu sięgnąć po książkę, na spokojnie, bez obaw, że ktoś mi przerwie. Tak więc wykorzystuję ten mój czas dla siebie do spodu, pozbawiając się odrobiny snu, na rzecz magii słowa pisanego.

I tym sposobem, udało mi się, w końcu, po ponad pół roku, przeczytać książkę Katarzyny Bondy "Tylko martwi nie kłamią". Bardzo podobał mi się "Pochłaniacz" tejże autorki, z wielką więc ciekawością sięgnęłam po wcześniejszą książkę Bondy, pisarki okrzykniętej mianem "królowej polskiego kryminału".

Jako, że czasu na czytanie mam niewiele, to szkoda mi go marnować. A gdzieś do połowy tej książki miałam wrażenie, że właśnie to robię. Nie zachwyciło mnie w niej nic, irytował Hubert Meyer, dialogi wydawały się jakieś sztuczne... Generalnie miałam ochotę porzucić lekturę. Jednak gdzieś po przeczytaniu dwustu stron akcja zaczęła mnie wciągać, coraz bardziej ciekawiło, co też i przede wszystkim kto doprowadził do zbrodni.
Bo oczywiście o zbrodnię głównie w tej książce chodzi. Znany profiler, wraz z komisarzem Szerszeniem i prokurator Rudy rozwiązują zagadkę śmierci śmieciowego barona, właściciela świetnie prosperującej firmy, który wrogów miał niezliczoną ilość. Więc i podejrzanych jest co nie miara. Nie będę się rozpisywać, streszczać fabuły itd, bo zagadka jest naprawdę ciekawa, a jej rozwiązanie zaskakujące. Nie mam w tej częsci autorce nic do zarzucenia. Za to uczepię się dialogów i jakichś wewntętrznych przemyśleń bohaterów, które wydawały mi się miejscami wręcz groteskowe. Trochę czuć je bylo jakąś sztucznością. Sam wątek żony Mayera pozostawia wiele do życzenia... Nie czytałam poprzedniej części, nie wiem co się tam działo, ale tajemnicza choroba, prowadząca do powolnej śmierci i niewzruszony przy tym mąż, który ostatecznie stwierdza, że chyba jednak przestał kochać małżonkę... No cóż... Nie podoba mi się ta część historii po prostu.

A podsumowując... Czytałam lepsze kryminaly, gorsze też. Po Katarzynie Bondzie spodziewałam się czegoś naprawdę dobrego, a ta książka jest chyba po prostu przeciętna i poprawna. Czyta się szybko, akcja wciąga, finał zaskakuje, ale czegoś po prostu zabrakło.

Do kupienia tu -> KLIK

czwartek, 31 lipca 2014

Katarzyna Bonda "Pochłaniacz"


Na nazwisko Katarzyny Bondy natykam się od kilku miesięcy i to w kontekście samych pozytywnych opinii. Byłam ciekawa jej twórczości, lecz jakoś nie było mi po drodze z książkami. Dopiero któraś z kolei rekomendacja, tym razem zdaje się Ani Dziewit-Meller spowodowała, że w końcu zabrałam się za czytanie. "Pochłaniacz" ma 671 stron. Przeczytałam je w ciągu jednego dnia. I mogłyby te dwa zdania wystarczyć za całą opinię o tym kryminale...

Akcja zaczyna się zimą 1993 roku. Poznajemy rodzinę Staroniów powiązaną z mafią trzęsącą trójmiastem. Mechanika, jego żonę, oraz bliźniaków Marcina i Wojtka. Marcin upatruje sobie za uczuciowy cel Monikę, siostrę swojego kumpla Przemka. Chcąc jej zaimponować zaczyna się niebezpiecznie mieszać w mafijne sprawy. W końcu w tajemniczych okolicznościach ginie zarówno dziewczyna jak i jej brat...

Dwadzieścia lat później, do Polski po kilku latach pobytu  w Huddersfield ,wraca wraz z córeczką profilerka Sasza Załuska. Już kilka dni po przyjeździe otrzymuje tajemnicze zlecenie. Szybko okazuje się, że zleceniodawca wcale nie jest tym za kogo się podaje, a w miejscu, gdzie Sasza miała zbierać informacje, popularnym klubie muzycznym, ktoś morduje współwłaściciela i ciężko rani menadżerkę. Sprawa wydaje się prosta, gdyż ranna wskazuje winną, jednak czy aby pamięć nie płata jej figla?
Jak pewnie nietrudno się domyślić, przeszłość będzie miała wielki wpływ na wydarzenia teraźniejsze i bez zagłębienia się w stare sprawy była policjantka i jej dawni koledzy nie rozwiążą zagadki...

"Na miejscu zbrodni pozostał tylko zapach" - hasło, które znajdujemy na okładce uważam za trochę naciągane i nieprawdziwe. Zapach był kluczowym elementem, pozwalającym rozwiązać sprawę, ale nie jedynym. Miejsce zbrodni bogate było w inne ślady, i nie tylko węszący owczarek niemiecki musiał się napracować. Ale to tyle marudzenia.

Bonda stworzyła wciągający, wielowątkowy kryminał, który mimo ogromu stron i postaci nie przytłacza, nie powoduje, że w czasie lektury gubimy się wśród bohaterów. Wszystko jest spójne i dopracowane. Każda osoba występująca w książce jest starannie zarysowana, a główni bohaterzy, których spotkamy jeszcze w trzech kolejnych częśćiach, budzą skrajne emocje, od sympatii po jakieś ciemne odczucia. Historię Saszy Załuskiej poznajemy już nieco w pierwszej części, lecz podejrzewam, że kobieta nas jeszcze nieraz zaskoczy. Nie jest superwomen, tylko człowiekiem, który popełnia błędy, ulega słabościom i ponosi odpowiedzialność za swoje czyny. Z niecierpliwością oczekiwać będę kolejnych z nią spotkań.

Jak pisałam wcześniej "Pochłaniacza" pochłonęłam i gorąco polecam. Mało jest dobrych polskich kryminałów. Ten bije na głowę wiele pozycji w swoim gatunku!




piątek, 21 marca 2014

Marek Borucki "Nasz folklor ocalony"


Mam małą obsesję na punkcie cerkwi. Chętnie oglądam je w ich środowisku naturalnym, ale nie pogardzam też tymi przeniesionymi do skansenów. Moim ukochanym skansenem, w którym mogłabym spędzić kilka dni i pewnie dalej bym się nie nudziła, jest Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku. Przepiękne miejsce, które jeśli tylko będziecie mieć okazję, polecam odwiedzić. Ciągle się tam coś dzieje, pojawiają się nowe obiekty. Ja oczywiście jestem szczęśliwa mogąc oglądać m.in. cerkiew z Ropek. Wchodząc tam, mamy wrażenie, że czas się zatrzymał, że w aptece, u fryzjera, fotografa czy innych zakładach pracownicy tylko na chwilę odłożyli narzędzia i zaraz wrócą. Kocham to miejsce, w którym mogę się cofnąć w czasie, wrócić do korzeni, zwolnić. Dobrze jest też zwiedzać skanseny z przewodnikiem. Mają oni nieprawdopodobną wiedzę, niektórzy latami oprowadzają wycieczki, znają wiele ciekawostek, o których nigdzie nie przeczytamy.
Źródło
Cerkiew z Ropek

Pewnie co niektórych może zdziwić mój zachwyt nad skansenem, ale ten w Sanoku jest niepowtarzalny i nawet pisząc te słowa, aż mnie nosi, żeby to muzeum odwiedzić.
Sanok to nie jedyne miejsce w Polsce, gdzie możemy liznąć kultury ludowej, którą za pomocą parków na wolnym powietrzu próbuje się ocalić od zapomnienia. W końcu są to nasze korzenie, o których powinniśmy pamiętać. Miejsca te, wielu wydają się nudne i kojarzą z przymusowymi szkolnymi wycieczkami, jednak warto spróbować, wysłuchać historii, cofnąć się w czasie, poczuć klimat...

"Nasz folklor ocalony" to publikacja, w której znajdziemy usystematyzowany zbiór skansenów na terenie Polski. Rozdziały podzielone są według województw, a książkę otwiera Podkarpacie i mój ukochany Sanok. Jednak niemal każdy region ma coś ciekawego do zaoferowania. Z pewnością odwiedzę Malowaną wieś w Zalipiu, czyli Zagrodę Felicji Curylowej, malarki ludowej, która ozdobiła swoje włości pięknymi malunkami i dodatkowo zaraziła tym inne gospodynie, dzięki czemu wieś stała się sławna na cały kraj.

Źródło

Każdy rozdział zawiera historię regionu. Odnajdziemy więc odpowiedzi na pytanie, kto i kiedy zamieszkiwał dane tereny, kto nimi władał, co się rozwijało, co zanikało. Autor zamieścił też wiele archiwalnych zdjęć. Zanim przejdziemy do informacji o skansenach, otrzymujemy przepisy na tradycyjne potrawy charakterystyczne tylko dla danego regionu.
Każdy podrozdział okraszony jest informacją o tym gdzie dane muzeum się znajduje, dokładnym adresem, telefonem i stroną internetową. Znajdziemy informację jakie obiekty i eksponaty zobaczymy podczas zwiedzania, dowiemy się o historii każdego miejsca. Przywraca się tym samym pamięć ludziom, borykającym się z wieloma problemami próbując ocalić od zapomnienia kulturę ludową, tworzącym niepowtarzalne miejsca, które posłużą jeszcze dziesiątki lat kolejnym zwiedzającym. Oprócz historii i podstawowych informacji autor zamieszcza też wiele danych na temat imprez plenerowych związanych z danym miejscem.
Marek Borucki  zorganizował nam wycieczkę w czasie. Skanseny to miejsca, gdzie zachowała się dawna Polska i chyba czasami warto cofnąć do korzeni.

Jeżeli ktoś interesuje się kulturą ludową, to ta publikacja będzie świetnym przewodnikiem ułatwiającym wybór miejsc które warto odwiedzić. Nie wyczerpie naszej wiedzy na ich temat, ale nie jest to też jej cel. Stanowi drogowskazy, a w naszej gestii jest wybór, w którą stronę się udamy. Ja z pewnością przy planowaniu wycieczek będę się nimi kierowała.
Publikacja powstałą pod patronatem roku Kolberga. Oskar Kolberg usystematyzował wiedzę na temat kultury ludowej w monumentalnym dziele składającym się z 36 tomów. Warto wspomnieć o jego pracy i wkładzie w zachowanie dziedzictwa...

Polecam!

poniedziałek, 11 listopada 2013

Haruki Murakami "Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa"



"Każdy człowiek ma swój kolor, który otacza zarys jego postaci i wydziela wątłe światło jak aureola"

Tsukuru Tazaki całe swoje życie czuł się postacią bezbarwną i nijaką. Wokół otaczały go kolory, on sam nie posiadał jednak żadnej barwy. W liceum największą wartość miała dla niego grupa czworga przyjaciół. W piątkę stanowili zgrany i harmonijny kolektyw. Dwie dziewczyny i dwóch chłopaków, których nazwiska brzmiały: Shirane, Kurono, Akamatsu i Omi, co dosłownie można przetłumaczyć: Białokorzeniowska, Czarnopolska, Czerwonososnowski i Niebieskomorski. Jedynie nazwisko Tsukuru nie zawierało w sobie żadnej barwy. I taka też rolę pełnił Tazaki w grupie. Nie wyróżniał się zainteresowaniami ani wyglądem. Paczka przyjaciół była jednak w tamtym czasie niezwykle ważna i nawet po rozpoczęciu studiów i przeprowadzce z Nagoi do Tokio, pozostawał w nią w stałym kontakcie, niecierpliwie wyczekując kolejnych przyjazdów do rodzinnego miasta. Aż nastąpił dzień, w którym przyjaciele postanowili go wykluczyć. Bohater nie otrzymał żadnych wyjaśnień, ani też się ich nie domagał. Wpadł w bezdenną otchłań i przez kilka miesięcy  "od lipca do stycznia drugiego roku studiów Tsukuru Tazaki myślał wyłącznie o śmierci"
Minęły lata, a w jego życiu pojawił się tylko jeden człowiek, którego mógł określić mianem przyjaciela. Fumiaki Haida, którego nazwisko można przetłumaczyć na Szaropolski, był kolejną "barwną" postacią w życiu Tsukuru, kolejną która w pewnym momencie zniknęła bez słowa wyjaśnienia.

Tsukuru ma trzydzieści sześć lat, buduje dworce i ma niezabliźnioną ranę w sercu. Uświadamia mu to kobieta, w której się zakochuje. Sara przekonuje go do podróży w głąb siebie, co też bohater czyni... Wraca do przeszłości, aby rozwikłać tajemnicę porzucenia przez przyjaciół...

Haruki Murakami to pisarz wyjątkowy, który w każdej kolejnej książce ewoluuje i zaskakuje. Również autorka polskiego przekładu, Anna Zielińska-Elliot, z każdym kolejnym dziełem autora, odnajduje w sobie więcej swobody i odwagi. Japońskiego pisarza można interpretować zarówno dosłownie jak i doszukiwać się głębszych, często filozoficznych znaczeń dla jego prozy.
Głównym motywem w "Bezbarwnym Tsukuru Tazaki i latach jego pielgrzymstwa" jest wędrówka i poszukiwanie własnej tożsamości. Autor balansuje na granicy jawy i snu, tworząc w naszych głowach odrealniony świat. Fakty, zastąpione filozoficzną wędrówką myśli, tracą często swój realny charakter, .
Po raz kolejny Murakami raczy nas niezwykłą mieszanką, zlepkiem fantastyki i realizmu. Faszeruje nas niedomówieniami, aż w końcu pozostawia w nas niedosyt i chęć otrzymania czegoś jeszcze. Trochę jakby przyrządził niezwykle pyszne danie, zaspokoił nasz apetyt, jednak pozostawił miejsce na deser, którego w menu nie ma... Po lekturze czujemy więc żal i złość na twórcę, a jednocześnie jakąś specyficzną sytość.

W ostatnich dziełach Murakami coraz częściej sięga po klasyczne motywy muzyczne. W "1Q84" były symfonie czeskiego kompozytora Janacka, tym razem Liszt i "Lata pielgrzymstwa - rok pierwszy". Jeżeli przy lekturze włączymy sugerowaną ścieżkę dźwiękową, odkryjemy, że idealnie współgra z tekstem. Przez większość czasu dźwięki płyną spokojnie, aż nagle przychodzą w gwałtowny, mocny fragment, który po chwili wraca na powrót do swojego pierwotnego, spokojnego brzmienia. Podobnie jest z powieścią. Płynie swoim spokojnym nurtem, by w pewnym momencie spiętrzyć się, tworząc w odbiorcy napięcie powodujące przyspieszone bicie serca, a następnie wrócić do spokojnego rytmu. Swoista sinusoida wrażeń czytelniczych.

Murakami nie zawodzi, podobnie jak tłumaczka, która jest w stanie tchnąć w powieści mistrza to coś, co powoduje, że każdy fragment czytamy nie mogąc się oderwać. Trudną sztukę tłumaczeń japońskiego pisarza, Anna Zielińska-Elliot opanowała do perfekcji. "Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa" hipnotyzują z taką mocą, że nie sposób porzucić lektury na rzecz innych zajęć. Proza Murakamiego niezmiennie ma moc, która nie zawiedzie wiernych fanów. Naprawdę warto sięgnąć!



poniedziałek, 21 stycznia 2013

Karolina Haka-Makowiecka, Marta Makowiecka "500 polskich książek, które warto w życiu przeczytać"



 
O tej książce piszę nie bez powodu... Pewnie nigdy nie trafiłaby w moje ręce, gdyby nie debiutował w niej mój piesek. Zoja pięknie się prezentuje przy opisie książki Pani Doroty Sumińskiej "Zwierz w łóżku" ;)
A jako że trafiła już w moje ręce, to postanowiłam co nieco o niej napisać.

Zoja i "Zwierz w łóżku"
Pierwsza moja myśl, kiedy wzięłam ją do ręki? Kto czyta takie pozycje? Kto to kupuje? Odpowiedzi na te pytania nie znalazłam, może Wy mi pomożecie? Ze zdziwieniem zauważyłam jednak, że z wielkim zainteresowaniem zaczęłam przeglądać książkę i w zasadzie z ciekawości przewracam kolejne strony, żeby sprawdzić jakie to tytuły kryją. A że książka liczy ich prawie 900, to trochę czasu mi to zajęło.
Jak wspominają autorki we wstępie, wybór książek był bardzo subiektywny, a w tomie zawierają się pozycje, które "MOŻNA, WYPADA, WARTO, TRZEBA znać". 
Tytuły ułożone są jak w leksykonie, alfabetycznie, zawierają krótką recenzję, cytat i notatkę o autorze. Jest też wiele ilustracji obrazujących autorów, sceny z filmów, czy spektakli, okładki.
Znajdziemy klasykę literatury, jak np. "Nad Niemnem", "Chłopi", "Pan Tadeusz", jednak autorki w głównej mierze postawiły na współczesność. Bardzo ucieszyło mnie pojawienie się wielu wydań, które sobie cenię i uważam za wartościowe, jak np. "Reisefieber" Mikołaja Łozińskiego, "Gottland" Mariusza Szczygła, "Lala" Jacka Dehnela, czy "Lesio" Joanny Chmielewskiej. Ujrzałam też w zestawieniu wiele książek, o których usłyszałam po raz pierwszy, a które wydają się być naprawdę godne uwagi! Autorki nie pominęły żadnego gatunku, jest proza, dramat, poezja, literatura dla dzieci, reportaż - dla każdego coś dobrego.

 "500 polskich książek, które warto w życiu przeczytać" autorstwa Karoliny Haka-Makowieckiej i Marty Makowieckiej, to z pewnością bardzo dobry przewodnik po polskiej literaturze. Znam wiele osób sceptycznie nastawionych do polskich autorów i ich książek, polecam im więc przejrzenie tej pozycji.

wtorek, 16 października 2012

Marika Cobbold "Utonięcie Rose"


Marika Cobbold zauroczyła mnie swoją powieścią. Nie potrafię wytłumaczyć dokładnie dlaczego, ale spokojny, niespieszny rytm książki porwał mnie i nie pozwolił oderwać nawet na chwilę.

Eliza Cummings pewnego dnia odbiera telefon od wuja Iana, swojego ojca chrzestnego. Wszystko byłoby normalne, gdyby nie to, że wuj nie odzywał się do niej przez dwadzieścia pięć lat, ponieważ obwiniał ją o śmierć swojej ukochanej córki Rose, przyjaciółki Elizy. Dziewczęta uczęszczały razem do elitarnej szkoły z internatem i były nierozłączne. Traktowały się jak ukochane siostry. Podczas jednej z zabaw oraganizowanej przez szkołę zdarzył się jednak straszny wypadek, w którym Rose straciła życie, topiąc się w jeziorze, a Eliza wewnętrzny spokój. Zyskała za to destrukcyjne poczucie winy, które wpłynęło na całe jej życie i bliskich jej osób.

Dziwnym wydaje się jej więc być telefon wuja, niemniej postanawia sprawdzić co też chce od niej staruszek i wyrusza w odwiedziny do Szwecji. Okazuje się, że Ian po prostu jej wybaczył i pragnie udzielić pomocy kupując dom. Eliza nie potrafi zrozumieć intencji wuja, zwłaszcza, że sama nie potrafi wybaczyć sobie śmierci Rose i tego, że jej przy niej nie było aby pomóc.

Jednocześnie śledzimy historię Sandry/Cassandry szkolnej koleżanki Elizy i Rose, która jak się okazuje, wiele wspólnego ma z tym jak potoczyły się ich losy.

Marika Cobbold stworzyła powieść bez niespodziewanych zwrotów akcji, które mogłyby zaskoczyć czytelnika. Niemal od pierwszych stron znamy tajemnicę śmierci Rose, jednak w niczym nie ujmuje to lekturze, która swoim niespiesznym rytmem wciąga niczym pajęcza sieć. Autorka pokazuje jak poczucie winy, które raz zakiełkuje w duszy człowieka może wpłynąć i zniszczyć życie zarówno samego zainteresowanego jak i otoczenia. Zachowawcze życie Elizy jest dowodem na to, że nie da się tak po prostu zapomnieć, że raz zasiane ziarno zła kiełkuje, a poczucie winy wpływa destrukcyjnie na wszystkie sfery życia. 
Jest coś wyjątkowego w tej książce. Eliza to świetnie wykreowana postać, do tego stopnia, że mamy ochotę nią potrząsnąć, zmusić do zmiany myślenia. Budzi w nas irytację i złość, porusza jakieś wewnętrzne struny.

Warto sięgnąć po "Utonięcie Rose". Klimatyczna powieść psychologiczna być może nie każdemu przypadnie do gustu, jednak z pewnością zasługuje na uwagę, ze względu na swój ciekawy przekaz.

poniedziałek, 15 października 2012

Eshkol Nevo "Do następnych mistrzostw"


Okładka książki przedstawia czterech przystojnych mężczyzn zamkniętych w słoiku symbolizującym ich mały świat, z kolei wokoło słoika porozrzucane są rzeczy, które charakteryzują bohaterów (chociaż arbuz do tej pory mnie zastanawia...). Z pozoru historia męskiej przyjaźni z piłką nożną w tle, może wydawać się błaha, jednak nic bardziej mylnego! Eshkol Nevo stworzył opowieść o życiu w trudnej izraelskiej rzeczywistości, o przemianach i szukaniu własnej drogi, o egzystencji w cieniu innych, czy też o niemożności wzięcia spraw w swoje ręce.

Churchil, Amichaj, Ofir i narrator Juwal w dniu finału Mistrzostw Świata1998 roku postanawiają spisać po trzy cele na najbliższe lata i odczytać je przy okazji kolejnych mistrzostw w 2002 roku, aby sprawdzić czy udało się je osiągnąć. Zdradzają sobie po jednym z nich. Churchil, który z zawodu jest prokuratorem, chce poprowadzić ważną sprawę, która będzie miała wpływ na przemiany społeczne. Amichaj chce mieć własny gabinet medycyny alternatywnej, Ofir chce wydać zbiór opowiadań, a Juwal po prostu być dalej ze swoją dziewczyną Ja'arą. Nawet sobie nie wyobrażają, jak przez te cztery lata zmieni się ich życie i jak spisane przez nich życzenia rzeczywistość przewrotnie zweryfikuje.

Za sprawą narratora poznajemy przeszłość, która pozwala nam poznać podstawy przyjaźni mężczyzn i zrozumieć skąd wzięła się między nimi tak silna więź. Uczestniczymy też w ich życiu przez kolejne cztery lata, obserwując jak kształtują swoją codzienność i w zasadzie oddalają się od tego co sobie zamierzyli podczas finału. Juwal żyje w cieniu swoich kumpli i jednocześnie stanowi dla nich opokę i spoiwo łączące. Bez niego znajomość czterech panów wydaje się nie mieć większego sensu, jednak sama przyjaźń działa na mężczyznę destrukcyjnie, tak samo zresztą jak uczucie do Ja'ary. Juwal Frid z każdym kolejnym dniem traci kontakt z życiem, które mu po prostu obojętnieje. Jak zakończy się historia Juwala, Churchila, Ofira i Amichaja? Biorąc pod uwagę punkt wyjścia, finał dla każdego będzie wielkim zaskoczeniem.

Trochę dziwne wydaje mi się to, że na życie przyjaciół zupełnie nie ma wpływu sytuacja Izraela. Owszem, przeszłość bohaterów przedstawiana jest na tle wydarzeń, które pozostawiają jakiś ślad w psychice. Służba wojskowa, czy niepotrzebne okrucieństwo to codzienność z jaką musi zmierzyć się każdy. Jednak cztery lata opisane po 1998 roku jakoś pozbawione zostały izraelskiej codzienności, jakby bohaterowie żyli w swoim własnym, zamkniętym kokonie pozbawionym świata zewnętrznego. Ten zabieg pokazał jednak, jak ważne jest to, aby posiadać osoby, na których można polegać i dzięki którym da się przetrwać najgorsze wydarzenia jakie spotykają nas w życiu.

Eshkol Vevo w sposób przemyślany, i dość lekki przedstawił niebanalną historię, a "Do następnych mistrzostw" z pewnością można uznać za wartościową i godną uwagi pozycję.
Polecam!

czwartek, 20 września 2012

Fabio Volo "Jeszcze jeden dzień"



Niestety, bez wahania muszę stwierdzić, że wynudziłam się przez dwa ostatnie wieczory śmiertelnie. A wszystko za sprawą Fabio Volo i jego powieści, rzekomo bestsellerowej, "Jeszcze jeden dzień". Zwabiona zostałam okładką, która swoją drogą nijak ma się do treści (para głównych bohaterów jest już grubo po trzydziestce). Miałam nadzieję na przyjemną historię miłosną, a otrzymałam nudną, w wielu miejscach okraszoną zupełnie niepotrzebnymi wspomnieniami głównego bohatera, opowieść. A zapowiadało się całkiem nieźle...

Giacomo jest mężczyzną, który raczej nie potrafi zagrzać długo miejsca przy jednej kobiecie. Uwielbia seks i możliwość poznawania nowych partnerek. Swoją zmienność tłumaczy dzieciństwem, odejściem ojca i trudnymi relacjami z matką. Wszystko zmienia się, gdy tym samym tramwajem, którym jeździ codziennie zaczyna podróżować tajemnicza dziewczyna, która fascynuje Giacoma i nie pozwala o sobie zapomnieć. On i ona co najwyżej na siebie spoglądają, lub wymieniają uśmiech. Aż tu pewnego dnia, pasażerka proponuje zaskoczonemu mężczyźnie kawę. Okazuje się, że następnego dnia wylatuje do Nowego Jorku i rozpoczyna tam pracę. Nie wymieniają się nawet mailem. Giacomo spisuje jedynie dyskretnie adres firmy Micheli. Żegnają się... Jak się pewnie łatwo domyślić nie jest to koniec historii tych dwojga. Jednak im dalej w las... tym ciemniej :)

Teoretycznie historia jest ciekawa i powinna zadowolić czytelnika, ale... no właśnie, najzwyczajniej czegoś tej książce brakuje, żeby zauroczyć i porwać. Mniej więcej od połowy, przeskakiwałam wzrokiem po kolejnych linijkach i zastanawiałam się, kiedy skończy się w końcu ta katorga i nadejdzie finał. Swoją droga finał mało finezyjny i nie zaskakujący niczym. 
Autor próbował uczynić lekturę lekko erotyczną, zamieszczając wiele wspomnień miłosnych uniesień Giacoma, jednak udało mu się co najwyżej stworzyć obraz żałosnego amanta. Często pojawiały się jakieś migawki z życia mężczyzny, które nijak pasowały do akurat opisywanej sceny. Jednym słowem, jak dla mnie w tej książce po prostu panuje chaos. Wszechobecny i przenikający.
Nie uwiodła mnie "miłość" Giacoma i Micheli, a cała opowieść zaserwowana przez Fabio Volo po prostu rozczarowała.
Jeśli sięgniecie, to na własną odpowiedzialność. Mnie się nie podobało, niemniej czytałam kilka bardzo pozytywnych opinii.

środa, 8 sierpnia 2012

Bill Granger "Najlepsze dania Billa"

Kolejna książka kucharska jaką mam okazję recenzować, to "Najlepsze dania Billa" autorstwa Billa Grangera, australijskiego kucharza samouka, którego jajecznicę "The New York Times" uznał za najlepszą jajecznicę świata (tyle z okładki). 
Wydawnictwo Muza zadbało o to, aby książka świetnie się prezentowała. Otrzymujemy więc pięknie wydaną, pełną klimatycznych zdjęć książkę kucharską. A jak z jej treścią? Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym któregoś z przepisów nie przetestowała. Wybór padł na tartę cytrynową. Ten rodzaj ciasta to dla mnie zawsze duże wyzwanie. Jakoś nie mam akurat do pieczenia talentu, cenię więc sobie przepisy, które są nieskomplikowane i po prostu się udają. I takie właśnie są receptury Billa. Tarta oczywiście wyszła pyszna (nie zaszkodziło jej nawet to, że wprowadziłam małą innowację w postaci borówek) Zjadłam sama prawie całą blaszkę... Zostało zaledwie tyle...



Książka podzielona jest na kilka podstawowych działów. Mamy więc Zupy, sałatki, dania mięsne, czy też desery. To tylko oczywiście ułamek tego co serwuje nam Bill. Każdy przepis opatrzony jest kilkoma słowami wstępu, listą składników i szczegółowym opisem postępowania. Co szczególnie przypadło mi do gustu? Łatwość przyrządzania i dostępność składników oczywiście. Mimo, że książka napisana jest przez Australijczyka, niemal wszystkie potrawy można przygotować, bez problemu z dotarciem do składników. Już dawno nie spotkałam się z pozycją kulinarną, gdzie niemal wszystkie produkty niezbędne do gotowania można zdobyć w każdym sklepie. Granger postawił na proste receptury z których można stworzyć dania na każdą porę dnia, począwszy od śniadania, przez obiad i deser, na pysznej kolacji kończąc.

Bill i ja to miłość od pierwszego "przejrzenia". Z pewnością nieraz będę sięgać po książkę i przyrządzać z niej wyśmienite i jednocześnie szybkie w wykonaniu potrawy.

Polecam wszystkim! 





sobota, 26 listopada 2011

Haruki Murakami "1Q84. Tom 3"


Trzeci tom to zgrabna kontynuacja losów Aomame i Tengo, w którą autor umiejętnie wplata kolejny wątek. Śledzimy więc dodatkowo poczynania bohatera, który pojawiał się już we wcześniejszych tomach, prywatnego detektywa - Ushikawy. Główne postacie ciągle żyją w świecie dwóch księżyców, little people i powietrznej poczwarki, a ich spotkanie wydaje się być wręcz nieuniknione.

Aomame poszukiwana jest przez członków sekty, którzy do odnalezienia jej wynajmują, niezwykłego pod względem zarówno umysłu jak i wyglądu, człowieka. Mężczyzna również wkracza do świata "1Q84" i wykazuje się dużą inteligencją i przebiegłością, szybko zbliżając się do poszukiwanej kobiety. Wprowadzenie przez Murakamiego trzeciego wątku wniosło do powieści powiew świeżości, dzięki któremu ta wiele zyskała. Rozdziały dotyczące Tengo i Aomame miejscami stawały się nużące i miałam wrażenie, jakby niektóre sceny były wałkowane któryś raz z kolei, dlatego Ushikawa pozwolił na chwilę wytchnienia od bohaterów, którzy mimo całej sympatii, troszkę się już opatrzyli.
Tymczasem, kiedy Aomame ucieka przed sektą, Tengo czuwa przy łóżku umierającego ojca w mieście kotów, licząc na to, że ponownie ujrzy powietrzną poczwarkę z dziewczynką w środku.

Czy Ushikawa odnajdzie naszą bohaterkę? Czy ta w końcu spotka się z Tengo i czy oboje będą mogli żyć w świecie dwóch księżyców? Odpowiedzi na te pytania przyniesie lektura ostatniego już tomu "1Q84".

Murakami to mistrz tworzenia świata w taki sposób, aby nam się wydawało, że nie jest on kreacją, ale rzeczywistością niezależnie od jego fantastycznych elementów i nietypowych sytuacji jakie przytrafiają się bohaterom. Po lekturze zaczynamy się zastanawiać i podejrzliwie spoglądać w niebo...
Dwa pierwsze tomy, to była tylko rozgrzewka przed tym, co wydarza się w ostatniej części. Murakami po raz kolejny tworzy całkiem odmienną rzeczywistość, która wciąga czytelnika, nie pozwala się oderwać, czaruje i hipnotyzuje. Autor produkuje zupełnie nieprawdopodobne wątki, które w wykreowanym przez niego świecie stają się wręcz oczywistością.

"1Q84" to wszystko, co najlepsze w literaturze. Murakami czerpie z różnych gatunków, tworząc wybuchową mieszankę, która zachwyca pomysłowością oraz przeraża i fascynuje za sprawą świetnie wykreowanych postaci. Po raz kolejny otrzymujemy zgrabne połączenie thrillera, kryminału, romansu i fantastyki.

Zakończenie historii Aomame i Tengo jest, ale jakby go nie było i to chyba moje największe rozczarowanie. Nie tego oczekiwałam na sam koniec. Ale co do otwartości finału "1Q84" - jest to przede wszystkim kwestia gustu... Jednym spodoba się takie rozwiązanie, inni podobnie jak ja, poczują niedosyt.

Polecam gorąco wszystkie trzy tomy "1Q84". Naprawdę warto przenieść się do świata stworzonego przez japońskiego mistrza!

Wydawnictwo: Muza Stron: 509

niedziela, 9 października 2011

David Alderton "Wybierz psa dla siebie"


Kupno psa to duża odpowiedzialność, nie na chwilę, ale na co najmniej kilkanaście lat. Powinniśmy więc wybrać towarzysza życia charakterem pasującego do naszego. Ludzie często popełniaja błąd, wybierając zwierze, które zupełnie nie pasuje do swojego właściciela. Każda rasa posiada charakterystyczne dla siebie cechy z którymi powinniśmy się przed zakupem zapoznać, a idealną ku temu pozycją jest książka Davida Aldertona "Wybierz psa dla siebie". Album z którym powinien się zapoznać każdy, kto już posiada czworonoga, lub dopiero ma zakup w planie.

Autor podzielił psy na kilka grup tematycznych takich jak na przykład psy dla nowicjuszy, psy rodzinne, psy wymagające uwagi, psy o niealergizującej szacie, psy obronne, piękne i cudaczne itd. W każdej z grup znalazło się kilka ras wraz z ich cechami charakteru, krótkim opisem historii i przede wszystkim ze wskazaniem do jakiego człowieka taki piesek pasuje.

Na końcu książki znajduje się krótki test "Jaki właściciel", w którym wypowiadamy się na temat nas samych, naszych preferencji, a podsumowanie ankiety wskazuje nam rasy odpowiednie dla nas. Oprócz tego znajdziemy tebelkę "Czym dysponuję" i "Co chciałbym otrzymać"

Całość okraszona jest dużą ilością znakomitych fotografii, więc książka z pewnością spodoba się każdemu miłośnikowi czworonogów. Jest to interesujące kompendium wiedzy o psach, które z pewnością poszerza naszą wiedzę na ich temat!

Polecam gorąco!

Wydawnictwo: Muza Stron: 176

niedziela, 4 września 2011

Marek Orzechowski "Belgijska melancholia"


Belgia, kraj gdzie swoją siedzibę ma parlament europejski i przeróżne komisje europejskie... Prawdopodobnie tyle o nim z reguły wiemy. Ostatnio miałam okazję czytać belgijski kryminał Pietera Aspe i zainteresowała mnie specyfika i zwyczaje tam panujące. A specyficzny jest z pewnością. Przez dłuższą chwilę miałam skojarzenie z dramatem Williama Szekspira. Belgia dzieli się na Flandrię i Walonię, więc jak u klasyka Montechi i Capuletti, tak w tym kraju dwa regiony bynajmniej nie pałają do siebie sympatią. Po środku tego wszystkiego jest Bruksela, która żyje własnym, niezależnym od reszty kraju biegiem.

Autor dużą część książki poświęcił na opisanie historii, niedługiej ale bardzo ciekawej. Belgia narodziła się w operze, pod wpływem zrywu jaki miał miejsce piątego sierpnia 1830 roku. Państwo, które powstało z tego buntu miało bardzo dramatyczną historię, w końcu przez kilkaset lat znajdowało się pod rządami władców innych regionów. W 1830 roku przyszedł czas na tworzenie własnej historii.

Pierwszym władcą Belgii był Leopold I, który dużo swojej uwagi poświęcił na zdobycie i rozwinięcie kolonii - Konga Belgijskiego. I również Orzechowski poświęca temu tematowi dużą część "Belgijskiej melancholii"
Historia poszczególnych władców, którzy zasiadali na "tronie" belgijskim jest w moim odczuciu trochę za bardzo okrojona. Czasami, aż się prosi, żeby coś dopisać, dopowiedzieć. Często w trakcie lektury musiałam się wspomagać internetem. Przykład: Autor pisze że Leopold III miał trójkę dzieci, po czym wymienia dwóch przyszłych królów. A mnie interesuje kim jest tajemnicze trzecie dziecko? Brak jednego zdania pozostawił duży niedosyt. To samo tyczy się doboru zdjęć. Orzechowski wielokrotnie zachwala urodę żony Leopolda III, królowej Astrid, więc aż się prosi aby umieścić jej zdjęcie. Próżne jednak nasze poszukiwania, bo takowego nie ma. I niestety zdarzyło się kilka razy, że autor pisze o czymś niezwykle wciągającym i wartym zobrazowania, a ilustracji brak. Za to pojawiają się fotografie, które w moim odczuciu spokojnie można by pominąć.

"Belgijską melancholię" często zdarzało mi się porównywać do innej książki z serii "Spektrum", mianowicie "Tatami kontra krzesła". O ile po lekturze pozycji Tomańskiego nasyciłam swoja ciekawość, o tyle u Orzechowskiego w wielu miejscach pozostał mi mały niedosyt. Ale nie znaczy to wcale, że pozycja nie jest warta przeczytania! Dowiemy się z niej naprawdę dużo - o historii, stosunkach międzyludzkich, kulinariach, kulturze, miejscach. To takie połączenie przewodnika i książki historycznej. A Belgowie, to tak ciekawy naród, że warto poznać ich bliżej!

Nie zachwyciłam się "Belgijską melancholią", ale z pewnością poszerzyłam swoją wiedzę i poznałam kolejne miejsce warte odwiedzenia. Dlatego polecam książkę wszystkim, którzy o Belgii nie wiedzą nic i chcieliby ten stan rzeczy zmienić!

czwartek, 14 lipca 2011

Aleksandra Jakubowska "Najpiekniejsza"


Przyznam szczerze, że Pani Jakubowska niestety nie kojarzy mi się dobrze. Widzę ją przez pryzmat afer, aresztowań i rozpraw - krótko mówiąc, obraz bardzo negatywny. Pewnie dlatego zaciekawiła mnie pozycja wydawnictwa Muza, która wyszła spod pióra byłej posłanki. I stwierdzić muszę, że "Najpiękniejsza" mnie zaskoczyła... pozytywnie.

Historia zaczyna się w momencie, kiedy Agata, córka prezesa banku, budzi się w nieznanej sobie ruderze obok zwłok narkomanki. Nie wie co się stało i nic nie pamięta. W pokoju znajduje jedynie swoje dwuznaczne zdjęcie z dziewczyną, która już nie jest w stanie nic jej wytłumaczyć. Ucieka więc jak najdalej od miejsca przebudzenia i w przebraniu szuka bezpiecznego schronienia. Udziela jej go kelnerka z baru w którym się zatrzymuje - sympatyczna Kasia, opiekunka dwóch sióstr bliźniaczek i matki hipochondryczki. ... Wydarzenia te, stanowią preludium do wielu innych "akcji", w które zamieszana będzie rządna krwi dziennikarka, pan minister, młody prokurator czy też tajemnicza grupa Hydra.

Pani Jakubowska stworzyła ciekawą, wielowątkową powieść, której bohaterkami są przede wszystkim kobiety: Agata - artystka i właścicielka galerii, Kara - policjantka z nieszczęśliwym dzieciństwem, często naginająca prawo aby pomóc cierpiącym, Ewelina - starsza pani radczyni, niezwykle silna, a zarazem czuła kobieta, Kasia - odpowiedzialna i twardo stąpająca po ziemi, chociaż lekko naiwna młódka, Anita - dziennikarka, która potrafi zniszczyć życie każdego, Irena - bezwzględna kobieta, która już dawno zatraciła wszelkie poczucie honoru i Nina - postać z niezłomnymi zasadami. To właśnie te kobiety, nie mężczyźni, nadają ton opowieści. Mimo, że "płeć brzydka" ma pozorną władzę, to panie intrygują, mącą i rozkochują.

Autorka stworzyła fikcję literacką, ale chyba każdy będzie w stanie wydarzenia pojawiające się w książce przyrównać do tych, które miały miejsce naprawdę. Akcję śledzimy poprzez krótkie scenki, w których po kolei pojawiają się poszczególni bohaterowie, sprawnie połączone i stanowiące jednolitą całość. Książkę czyta się szybko i sprawnie, nie ma momentów nudniejszych, czy też nieciekawych. Z niecierpliwością oczekujemy kolejnych migawek z życia mniej lub bardziej lubianych bohaterów.

Polecam "Najpiękniejszą", dobrą historię z wątkiem kryminalnym, w wielu miejscach przedstawiającą lekko satyryczny obraz władzy, show biznesu i mediów.

wtorek, 28 czerwca 2011

Carlos Ruiz Zafon "Pałac Północy"


"Pałac północy" to druga książka jaka wyszła spod pióra Carlosa Ruiza Zafona i przeznaczona jest dla czytelnika raczej młodszego. Ja się już do młodzieży nie zaliczam, ale spodobał mi się "Książę mgły", postanowiłam się więc dalej zagłębiać w twórczość autora. O ile pierwsza napisana przez niego książka bardzo mi się spodobała, o tyle każda kolejna mnie rozczarowuje. Mam wrażenie, że Zafon korzysta wiecznie z tych samych schematów, zmienia jedynie miejsca akcji.

Ben wraz z przyjaciółmi tworzy tajne zgromadzenie, którego członkowie przysięgali sobie pomoc w każdej sytuacji. W chwili, kiedy wychowankowie domu dziecka, skończą szesnaście lat, będą musieli opuścić sierociniec i zacząć radzić sobie w społeczeństwie Kalkuty. Ben nie wie jeszcze, że dzień urodzin to będzie ostatni dzień jego normalnego i beztroskiego życia. W noc poprzedzającą osiągnięcie tego wieku poznaje Sheere, którą postanawia wtajemniczyć w działanie bractwa. Dziewczyna opowiada im smutną historię swojej rodziny. Przyjaciele postanawiają pomóc Sheere odnaleźć tajemniczy dom ojca. Nie przypuszczają jednak, że historia okaże się śmiertelnie niebezpieczna, a losy dziewczyny i Bena splątane zostały nierozerwalnie szesnaście lat wcześniej, za sprawą niezwykle krwawych i płomiennych wydarzeń...

Jak pisałam już we wstępie, zawiodłam się. Nie spodziewałam się fajerwerków, ale przynajmniej dobrej, trzymającej w napięciu historii. Niestety, Zafon zawiódł, a opowieść jest dość przewidywalna i stanowi mieszankę znanych mi już wcześniej jego książek. Powieść, która z założenia powinna budzić grozę, w moim odczuciu nie wywołuje żadnych emocji. Czytając "Księcia mgły" czułam autentyczny strach, przy "Pałacu północy" co najwyżej zmęczenie i wyczekiwanie na ostatnią stronę. Wielkie nadzieje pokładałam w miejscu akcji - Kalkucie, ponieważ to miasto od jakiegoś czasu mnie fascynuje, ale również i tutaj nie wyczułam klimatu biedy i nieszczęścia, jakie towarzyszą temu miejscu. Kolejnym minusem jest język, pełen dziwnych porównań, czasami patetycznych, lub po prostu sztucznych. Kilka razy wpadło mi w oko "Żelazo topiące się, niczym kostka masła na patelni". A na koniec mojej litanii pozostawiłam sobie... podtekst kazirodczy. Nie wiem, po co autor pozostawił nas w sferze lekkich domysłów.

Nie chcę Was tak całkiem zniechęcać, bo prawdopodobnie będzie (jest?) gro osób, którym ta książka przypadnie do gustu (czytałam kilkanaście pozytywnych recenzji), ja się do nich niestety nie zaliczam i nie potrafię znaleźć w niej niczego, co mogłabym polecić. Dlatego wybór pozostawię Wam... Może ja po prostu nie czuję już młodzieżowych klimatów...?

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Isabel Allende "Podmorska wyspa"

Allende zachwyciła mnie już wcześniej swoim "Domem duchów", dlatego z wielkim entuzjazmem przyjęłam pojawienie się w zapowiedziach "Podmorskiej wyspy". Urzekła mnie od pierwszego momentu okładka, przedstawiająca przepiękną Mulatkę, której to twarz, towarzyszyła mi przez całą lekturę w wyobraźni. Sama treść książki przeszła moje najśmielsze oczekiwania, zachwyciła bardziej, niż poprzednia pozycja autorki i przeniknęła na wskroś.

Zarite urodziła się jako niewolnica, która cudem uniknęła śmierci z rąk własnej matki. Jej ojcem najprawdopodobniej był marynarz, który podczas podróży statkiem zgwałcił jej zniewoloną rodzicielkę. Jako malutka dziewczynka trafiła do domu Madame Delphine, skąd po ośmiu latach zostaje wykupiona przez Violette Boiser, byłą kochankę Toulouse Valmoraina. Tete, bo tak Zarite jest przez wszystkich nazywana, po przeszkoleniu trafia do domu Valmoraina, aby służyć jego żonie Eugenie. Niewolnica jednak ponad wszystko pragnie wolności. Niestety, zanim jej doczeka, skazana jest na wieloletnie cierpienie i upokorzenia ze strony swojego pana. Zostaje odarta z godności, a w wieku jedenastu lat pierwszy raz zgwałcona przez swojego właściciela. Pan odbiera jej pierworodnego syna, który jest również jego dzieckiem i zmusza do całkowitej uległości. Jednak Zarite nie jest głupia i kiedy przychodzi odpowiedni moment, wykorzystuje go...

Historia Mulatki urzekła mnie nie mal od pierwszej strony. To jedna z niewielu książek, której nie jestem w stanie nic zarzucić. Pochłania się jednym tchem, a czytelnik nie ma chwili na wytchnienie, ponieważ nie sposób się oderwać. Książka hipnotyzuje i porywa... Autorka sprawnie połączyła historię Zarite z historią niewolnictwa. Allende pokazała nam myślenie białych, którzy Murzynów porównywali do zwierząt. Valmorain, który uważał się dobrego właściciela, był niewdzięcznym i tchórzliwym człowiekiem, który nie potrafił w żaden sposób przyjąć do wiadomości, że kolorowa kobieta uratowała mu życie.
Kiedy odebrał Zarite dziecko, stwierdził, że jak suka zapomina o małych które jej się odbiera, tak i ona zapomni. Czytanie o takich rzeczach sprawiało mi wręcz ból, a najgorsze jest to, że nietolerancja wśród ludzi obecna jest do dziś. Może wygląda inaczej niż ponad 200 lat temu, ale chciwość, władza i obsesja rasowa niektórych jednostek budzą grozę i smutek.

Autorka wplotła w powieść historię koloni francuskiej, gdzie uprawiano na plantacjach cukier i kawę wykorzystując w nieludzki i karygodny sposób pracę niewolników. Po buntach jakie zaczęły mieć miejsce od 1790 roku, w 1806 powstała pierwsza czarna Republika Haiti. Pokazuje nam również obraz Nowego Orleanu oraz stosunki między białymi, Mulatami i murzynami. Jednak historia w jej wykonaniu nie męczy, stanowi jedynie tło, dla fascynującej opowieści o niewolnicy i jej drodze do wyzwolenia.

Jest to jedna z lepszych książek, jakie czytałam w ostatnim czasie, dlatego z całego serca polecam!

piątek, 29 kwietnia 2011

Marina Mayoral "Kto zabił Inmaculadę de Silva?"


Jeden rzut oka na okładkę, kolejny na tytuł i już wiedziałam że książkę chcę przeczytać. Po prostu mnie zahipnotyzowała...

"Inmaculada de Silva zabiła Antona del Canote"

Szesnastoletnia Etel postanawia, że zostanie pisarką, potrzebuje jednak historii którą mogłaby opisać. Za sprawą zdania, które wypowiada jej przyjaciel Juancho, o cioci Anmaculadzie, na warsztat postanawia wziąć właśnie tajemniczą sprawę śmierci Ady i Antona. W miarę postępowania śledztwa, kiedy odbywają rozmowy z kolejnymi osobami, które pamiętają starą historię, pojawia się kilka wariantów rozwiązania śmierci. Jednak ostatecznie to czytelnik decyduje, która wersja mu odpowiada...

Marina Mayoral to pseudonim artystyczny Etelviny de Silva, czyli narratorki tego opowiadania. To właśnie jej pamiętnik spisany w czasach młodości stanowi kanwę historii cioci Ady.
Duże znaczenie dla losów bohaterów miała sytuacja polityczna ówczesnej Hiszpanii, którą wyniszczała wojna domowa i dyktatura generała Francisco Fraco. Anton del Canote długo się ukrywał, mszcząc jednocześnie na zabójcach ojca, przez co jego postać została okryta legendą, a przez Etel była porównywana do Zorro, albo Che Gevuary. Conte, Inmaculada i Kapitan, który ściga tego pierwszego, to klasyczny trójkąt pełen wszelkich emocji, jakie mogą towarzyszyć wzniosłym uczuciom.
W to wszystko wplątana jest współczesność, czyli rozterki i codzienne życie Etel, która właśnie za sprawą opisywanej w pamiętniku historii, na początku przyjaźni, potem miłości dwójki tragicznych bohaterów, definiuje swoje uczucia względem młodego przyjaciela Juancho.

Marina Mayoral chyba mnie zaczarowała, bo jej książkę połknęłam na raz. Ciekawa wciągająca narracja, lekki styl i charakterystyczni bohaterowie, to tylko kilka z plusów tej pozycji. W pozornie lekką i banalną historię, wplecione zostały wątki o głębszej treści, takie jak trudna historia Hiszpanii czy problemy z tolerancją.
Z pewnością sięgnę po inne książki tej autorki, a są dostępne w promocyjnej cenie w Matrasie! I jak tu się nie skusić?

Polecam!

sobota, 2 kwietnia 2011

Rafał Tomański "Tatami kontra krzesła. O Japończykach i Japonii"


Nie wiem dlaczego, ale od pierwszej chwili, kiedy usłyszałam o tej książce miałam wielką ochotę na jej przeczytanie. Napisałam do wydawnictwa, niestety spóźniłam się, egzemplarzy recenzenckich brak... pozostało mi zdobyć ją w inny sposób. Na szczęście nadarzyła się okazja na pożyczenie i oto jest.

Rafał Tomański to człowiek wszechstronnie uzdolniony. Japonista, ekonomista, tłumacz bajek... Ja pamiętam niesamowity odcinek milionerów, w którym wygrał pół miliona złotych (ogromna wiedza... z kół pan Rafał korzystał dopiero przy pytaniu za milion!). W książce "Tatami kontra krzesła" autor stara się przekazać czytelnikowi, swoją fascynację krajem kwitnącej wiśni i jej mieszkańcami.

Przed lekturą zastanowiłam się, z czym kojarzy mi się Japonia... wyszło mi tego niewiele. Przede wszystkim judo, które uwielbiam i na temat którego pisałam pracę licencjacką (No może nie stricte o judo, ale o Klubie judo), Subaru Impreza, ponieważ mój drogi tatuś nim jeździ... i z tatami, a to przez judo oczywiście. Krótko podsumowując o Japonii i Japończykach wiem naprawdę niewiele. Nie czułam też nigdy potrzeby poznawania tego kraju, wydawał mi się bardzo... nijaki?
Aż tu nagle, wszystko się zmieniło.

"Tatami kontra krzesła" ta próba, wg mnie bardo udana, przedstawienia Japończyków poprzez ich obyczaje, zwyczaje, fobie, syndromy i inne różne dziwne rzeczy. Napisana jest bardzo przystępnym językiem i w strasznie wciągający sposób. Nie nudzi, nie drażni, po prostu przekazuje podstawową (ale nie encyklopedyczną!) wiedzę o Japonii. I tak, dowiadujemy się, m.in. dlaczego Japończycy są niscy, dlaczego się przepracowują, dlaczego wśród żon występuje syndrom "męża na emeryturze" i wiele, wiele innych ciekawostek. Dla mnie największy szok? Zupka chińska nie jest chińska! Tylko japońska...
Autor za pomocą anegdot, ciekawostek, różnych statystyk próbuje nam przybliżyć ten niezwykle rozwinięty technologicznie kraj i wydaje mi się, że wyszło mu to idealnie.

Ja tę pozycję oceniam bardzo wysoko i zachęcam każdego do przeczytania, nawet jeśli wydaje Wam się, że Japonia nie jest dla Was!

niedziela, 27 marca 2011

Alexander McCall Smith "Opowieści przy kawie"

To już moje drugie spotkanie z McCallem Smithem i bohaterami zamieszkującymi kamienicę przy 44 Scotland Street. O ile pierwsze nie było do końca udane i autor nie przekonał mnie do siebie, o tyle przy drugim bawiłam się już bardzo dobrze, a styl Smitha przekonał mnie do sięgnięcia po jego kolejne książki.

"Opowieści przy kawie" to drugi tom z serii, w którym ponownie możemy spotkać niezwykle charakterystycznych bohaterów, których poznaliśmy w pierwszej części. Tak więc ponownie czytamy o zapatrzonej w własne ambicje Irene, męczącej małego Bertiego różnymi zajęciami nieodpowiednimi dla małych chłopców. Ale Bertie, któremu kibicuję niemal od pierwszej strony, rezolutny sześciolatek, zaczyna się buntować. W końcu który inny chłopiec ma różowy pokój, chodzi w ogrodniczkach w kolorze zgniecionej truskawki, uczy się gry na saksofonie, czy też uczęszcza na zajęcia z jogi. Jaki będzie finał poczynań Bertiego i czy Irene zrozumie, że to czego pragnie chłopiec, nie zawsze jest zgodne z jej pragnieniami i marzeniami.

Po przeczytaniu pierwszej części, zakończyłam recenzję słowami "a nuż Bruce zmądrzeje"... cóż, narcystyczny i wywyższający się chłopak też ma swój urok i chyba pozostanie mi się z tym pogodzić. Bruce po wyrzuceniu z pracy postanawia założyć sklep z winem, oczywiście nie znając się na tym za dobrze. Jak to się skończy... musicie się przekonać sami.

Wybrałam do opisu Irene, Bertiego i Bruca, ale oczywiście pojawiają się też inni. Pat, która w końcu podejmuje decyzje i postanawia wracać na studia, Domenica, która zaskakuje wszystkich nowym zainteresowaniem, Duża Lou, Angus ze swoim psem Cyrilem i wiele innych interesujących postaci.

McCall Smitch w genialny sposób pokazuje ludzi z ich lękami i wadami. Czytając ma się wrażenie, że autor zastosował lustrzane odbicie. Ludzie oceniają się wzajemnie poprzez pryzmat własnych zachowań i masek. Bruce jest pusty, więc tak samo ocenia innych i ich zachowania.
Szkot świetnie pokazuje plejadę ludzkich charakterów i w każdym możemy odnaleźć trochę z siebie, bliskich osób, bądź też sąsiadów.

"Opowieści przy kawie" czyta się szybko i przyjemnie. Jest to lektura idealna na wieczór, przy gorącej kawie (opcjonalnie kakao lub herbata). Napisana z ciekawym, nietypowym, trochę angielskim humorem, stanowi coś innego niż większość serwowanych nam książek i z pewnością pod kołderką lekkości przemyca kilka prostych życiowych prawd. Dlatego warto się zapoznać z twórczością tego autora i umilić sobie troszkę czas.

Polecam!

czwartek, 10 lutego 2011

Haruki Murakami "1Q84. Tom 2 "


Kiedy tylko książka znalazła się w moim posiadaniu, wszystkie inne natychmiast porzuciłam i zabrałam się za czytanie. I Murakami po raz kolejny zawładnął moim umysłem...

W drugim tomie w rozdziałach na przemian, poznajemy dalsze losy Tengo i Aomame.

Tengo po burzy wywołanej wydaniem "Powietrznej Poczwarki" zajął się pisaniem własnej książki... jednak w jego życiu zaczyna się dziać coraz więcej tajemniczych rzeczy...

Aomame coraz częściej myśli o Tengo... Starsza Pani zleca jej ostatnie zadanie, zabójstwo Lidera. Spotkanie z tym człowiekiem całkowicie zmienia życie kobiety.

Nie będę zdradzać treści, bo nie widzę potrzeby... napiszę za to, że jestem zachwycona... tak tak... ta część jest równie dobra jak poprzednia. Autor zgrabnie kontynuował wszystkie wątki, które zostały rozpoczęte w pierwszej części. Czasami jest tak, że czytając któryś tom z kolei, danej historii, czujemy przesyt, tutaj czegoś takiego nie ma. Ja chciałabym ciągle więcej.

O ile pierwsza część była bardzo erotyczna i raczej przyziemna, o tyle druga skupiła się bardziej na czynnikach nadprzyrodzonych, a w życiu bohaterów coraz większe znaczenie mają dwa księżyce, little people, powietrzna poczwarka. Jest coraz więcej niewytłumaczalnych zjawisk, które prowadzą nas do tajemniczego finału.

Aomame i Tengo zbliżają się do siebie coraz bardziej i mają pełną tego świadomość. Czują instynktownie, że ich światy za niedługo się ze sobą połączą.
Czuję wielki niedosyt po zakończeniu... Chciałabym natychmiast wiedzieć co będzie dalej, a na kolejny tom trzeba będzie jeszcze trochę poczekać.

Murakami po raz kolejny udowadnia, że jest mistrzem słowa pisanego. Nie było momentu, który by mnie znużył, a całą książkę musiałam sobie stopniowo dawkować, bo inaczej połknęłabym ją w kilkanaście godzin.
Tak jak przy poprzedniej części muszę napisać, że Murakami genialnie stąpa na granicy świata realnego i fantastycznego, a przy okazji zabiera czytelnika w niezwykłą podróż... i ja za tę podróż właśnie dziękuję...

Nie pozostaje mi nic innego jak z czystym sumieniem Polecić.

Baner