
Na pewno wielu z Was kojarzy książkę i film opowiadający historię Elzy z afrykańskiego buszu, która od kociaka wychowywana była przez ludzi, a celem ich było przywrócenie jej środowisku naturalnemu. Lwicą zajmowała się Joy Adamson wraz z mężem Georgem. Mężczyzna założył Kampi ya Simba, sierociniec dla lwiątek, które trafiały tam na tak długo, aż stawały się zdolne do samodzielnego życia na wolności. Tony Fitzjohn trafił pod skrzydła Adamsona po okresie burzliwej młodości i od razu zrozumiał, że Afryka i lwy to jest to co będzie zaprzątać jego myśli do końca życia. Tony i George stworzyli niezwykły duet, wspierający się wzajemnie i udowadniający światu, że działania mające na celu przywracanie lwów i lampartów środowisku mają sens.
Jednak książka wcale nie zaczyna się kolorowo, bo już w pierwszych akapitach jesteśmy świadkami ataku lwa Shymanna na autora. Ciężko poturbowany, skazany jest na długotrwałą rekonwalescencję. Ta scena uświadamia, że nie mamy do czynienia z barwną i pełną sukcesów bajkową historią, a prawdziwą i ciężką pracą dużej grupy ludzi, często okupioną porażkami.

"Tańczący z lwami" mimo interesującej fabuły, bynajmniej nie wciąga od pierwszej strony. Prawdopodobnie jest to wynikiem lekko chaotycznego stylu Fitzjohna. Który za nic ma ramy czasowe i często w swoich opowieściach wybiega w przyszłość, po to aby zaraz się cofnąć do innych wcześniejszych wydarzeń. W mojej głowie spowodowało to lekki zamęt. W jednej chwili czytam, że Freddie (ulubieniec Toniego) parzył się z samicą, aby po kilku stronach dowiedzieć się, że z lwem jest problem ponieważ nie chce kopulować i jeszcze nie miał samicy. To tylko jeden z przykładów "skoków" autora. Jednak kiedy przyzwyczaiłam się do specyficznej opowieści autora, przyznaję... nie mogłam się oderwać. Zafascynował mnie afrykański świat, przerażały biurokratyczne kłody rzucane pod nogi, cieszyły większe czy mniejsze sukcesy odnoszone po długiej i żmudnej pracy, uroniłam nawet kilka łez, kiedy z powodu ludzkiej bezmyślności, czy też złośliwości losu umierały zwierzęta.

oczywiście, że pamiętam przygody Elzy, chociaż nie za bardzo przepadałam za tym filmem
OdpowiedzUsuńksiążka z całą pewnością jest ciekawa, ale na ten moment, to nie pozycja dla mnie
pozdrawiam
Cykl z Elzą kojarzę, może kiedyś sięgnę po papierową wersję :)
OdpowiedzUsuńTemat raczej nie dla mnie, chociaż powinien mnie bardziej interesować w związku z kierunkiem jaki skończyłam :D
OdpowiedzUsuńJak najbardziej przekonała mnie ta książka, z pewnością znajdzie się w moim księgozbiorze.
OdpowiedzUsuń