Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura amerykańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura amerykańska. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 czerwca 2014

Nicholas Sparks "Najdłuższa podróż"

 Zupełnie nie wiem co napisać o tej książce... Jak wiadomo, Nicholas Sparks jest niekwestionowanym mistrzem powieści romantycznej. Jego książki stają się niemal zaraz po premierze bestsellerami i sprzedają w zawrotnej ilości egzemplarzy. Sama czytałam kilka książek pisarza, jednak było to już kilka lat temu. Wrażenia miałam pozytywne, interesowała mnie jednak wtedy inna literatura niż teraz i mam wrażenie, że "wyrosłam" już z lektur takich jak "Najdłuższa podróż". Nie chcę oceniać jej źle, bo zła nie jest, jednak nie wzbudziła we mnie większych emocji, mimo że czyta się ja naprawdę szybko i przyjemnie...

Ira Levinson miał wypadek i tkwi uwięziony w samochodzie. Śnieg pada intensywnie, mróz jest dotkliwy, a pomoc nie nadciąga. Staruszek zaczyna więc powoli żegnać się z życiem. Jednak wtedy, w majakach rannego mężczyzny pojawia się zmarła kilka lat wcześniej żona Ruth. Jest tak wyraźna i namacalna, że ranny staruszek rozpoczyna walkę, jednocześnie wracając wspomnieniami do niezwykle długiego życia, pełnego miłości i zrozumienia Ruth.

Równolegle poznajemy historię dwojga młodych ludzi... Sophie poznaje Luka, podczas zabawy w stodole. Ten pomaga jej, kiedy natarczywie nagabuje ją były chłopak. Między nimi szybko rodzi się silne uczucie. Spędzają ze sobą każdą wolną chwilą. jednak nad ich związkiem cieniem kładzie się przyszłość... Luke jest ujeżdżaczem byków, jednak po ciężkim wypadku jakiego doznał kilkanaście miesięcy wcześniej, każdy występ wiąże się z dużym ryzykiem. Sophie studiuje historię sztuki na uniwersytecie, jednak  do końca nauki zostało jej zaledwie kilka miesięcy, po których będzie musiała wrócić do domu, lub podjąć pracę. Wszystko to miałoby miejsce daleko od ukochanego. Zakochani żyją chwilą, jednak to co najtrudniejsze, zbliża się do nich w zawrotnym tempie...

Lasy Iry, Sophie i Luka połączą się w niezwykle zaskakujący sposób...

Jak pisałam wcześniej, przeczytałam książkę dość szybko, jednak bez większych emocji. Dopiero samo zakończenie, kiedy w końcu poznajemy sposób, w jaki autor postanowił spleść losy bohaterów, wywołało we mnie spore wzruszenie. Przez długi czas, losy Iry kojarzyły mi się z bohaterami innej powieści Sparksa "Pamiętnika". Jednak po pewnym czasie ogrom jakby nierealnej miłości zaczął mnie przytłaczać. Wyjątkowo, bardziej do gustu przypadły mi losy młodych, jednak tu z kolei miałam wrażenie, że czytam powieść dla młodzieży, na którą jestem już po prostu za stara...

Myślę, że wiernych fanów Sparks nie zawiedzie. Po raz kolejny stworzył ciekawą historię o miłości, bardzo w swoim stylu. Jednak dla mnie to wszystko jest za słodkie i nie trafia już w mój gust. Niemniej polecam, bo wiem, że autor znajdzie spore grono odbiorców, którym jego historie przypadną do gustu.

wtorek, 18 marca 2014

Lee Child "Nigdy nie wracaj"


W poprzednim poście pisałam o najnowszej powieści Harlana Cobena, wspomniałam również, że już jakiś czas temu Coben stracił swoje pierwsze miejsce w moim rankingu autorów piszących sensację, na rzecz Lee Childa. Lektura "Nigdy nie wracaj" utwierdziła mnie w tym myśleniu. Autor po raz kolejny wciągnął mnie w wir wydarzeń, pozwalając towarzyszyć Jack'owi Reacherowi w kolejnej niezwykłej przygodzie. Książkę czytałam niemal bez żadnej przerwy, od początku do końca, czując ciągłą potrzebę rozwiązania zagadki.

Tym razem Jack Reacher, odwiedza 110-tą  jednostkę specjalną żandarmerii, której był pierwszym dowódcą. Chce się spotkać z kobietą, z którą wymienił kilka telefonów, a która obecnie zajmuje jego dawne stanowisko. Jednak kiedy przybywa na miejsce, okazuje się, że Susan Turner została aresztowana, a jej miejsce zajął tymczasowy dowódca, który przekazuje byłemu żandarmowi trzy wiadomości. Reacher zostaje przywrócony do czynnej służby w stopniu majora, oskarżony o morderstwo sprzed szesnastu lat i posądzony o ojcostwo czternastoletniej dziewczynki. Trzy wiadomości uziemiają go w bazie, a tego akurat Jack nie lubi. Postanawia więc działać... Łącząc siły z major Turner stara się rozwikłać zagadkę i odnaleźć tych, którzy postanowili się go w tak wyrafinowany sposób pozbyć.

Cobenowi zarzucałam w ostatnim wpisie powtarzalność i schematyczność. U Childa jest jeden bohater, ale każda książka jest inna. Nawet jeśli czytałam ich kilka pod rząd, nigdy nie miałam wrażenia, że coś jest powtórzone, lub jakiś motyw został wcześniej użyty. Za każdym razem z zapartym tchem wciągam lekturę, dostarczając sobie przy tym niemałej rozrywki. Reacher to jeden z moich ulubionych bohaterów, na równi z Myronem Bolitarem Cobena. Jego postać jest dopracowana w każdym szczególe. Twardziel przemierzający Amerykę, samotny wilk bez prawa jazdy, stałego miejsca zamieszkania, dokumentu ze zdjęciem. Żadna z kobiet w jego życiu nie pozostaje na dłużej, jednak ciągną do niego, ze świadomość tego, jak Jack żyje, że romanse potrwają tylko chwilę. Potężny mężczyzna, z bogatą karierą wojskową i wieloma odznaczeniami... Bohater, który wzbudza sympatię czytelnika. Walczy ze złem i niesprawiedliwością... I wygrywa.
I teraz mała dygresja... Dlaczego tego człowieka, jak już pisałam wyżej, potężnego, z obwodem klatki piersiowej 127 cm, wzrostem 195 cm i wagą 110 kilo, w ekranizacji zagrał Tom Cruise!? Kompletnie rozbiło mi to moje wyobrażenie o tym bohaterze... Gros innych aktorów nadawałby się o niebo lepiej do zagrania tej postaci. Nic nie drażni mnie tak, jak ekranizacja książki, która kompletnie nie trzyma się wersji pisanej.

"Nigdy nie wracaj" to świetna literatura sensacyjna, dobra, wielowątkowa zagadka i przede wszystkim pełna wrażeń lektura, przy której nie można się nudzić.
Polecam!

niedziela, 16 marca 2014

Harlan Coben "Sześć lat później"

Moje pierwsze spotkanie z Harlanem Cobenem, to była powieść "Nie mów nikomu". Dosłownie ją połknęłam i zachwycona odkryciem zrobiłam szturm na bibliotekę oraz ogołociłam allegro z pozostałych tytułów. Trochę tego wtedy było... Kiedy przeczytałam już wszystko, co było wydane, niecierpliwie zaczęłam wypatrywać pojawienia się kolejnych powieści, aż do momentu kiedy przyszło rozczarowanie. Tym z całą pewnością była "Mistyfikacja" a później "Zaginiona". Napisane jakby z przymusu, wymęczone wręcz. I mimo, że Coben nadal pozostaje jednym z tych najbardziej lubianych (chociaż zdecydowanie wyprzedził go już Lee Child) i ciągle czekam na nowości, to jednak podchodzę do nich już bez takiego entuzjazmu jak kiedyś. I może lepiej...

Jake Fisher jest wykładowcą uniwersyteckim, lubianym przez studentów. Prowadzi spokojne akademickie życie, które można by określić mianem nudnego i monotonnego. Wszystko zmienia się w dniu, kiedy przypadkiem na stronie internetowej znajduje nekrolog Todda Sandersona, człowieka który sześć lat wcześniej poślubił jego największą miłość Natalie. Jake złożył w dniu ślubu obietnicę, że zostawi małżeństwo w spokoju i nie będzie szukał z ukochaną kontaktu. Łamie ją jednak i jedzie na pogrzeb. Tam okazuje się, że żoną zmarłego wcale nie jest Natalie, a zupełnie inna kobieta. I jest tą żoną od ponad dziesięciu lat, na dodatek mają dwoje dzieci... Jake postanawia odszukać dawną miłość i uruchomia tym lawinę zupełnie nieprzewidzianych zdarzeń, które zagrażają nie tylko jego życiu...

Czytając tę powieść miałam wrażenie, że autor wykorzystał schemat jaki zastosował w swojej najgłośniejszej chyba powieści "Nie mów nikomu". Przez cały czas lektury miałam skojarzenia z tamtą książką. Nie twierdzę, że to źle, ale zabrakło mi jakiejś świeżości, czegoś nowego. Po raz kolejny jest wielka miłość, kobieta która znika, a o której zakochany po uszy mężczyzna nie potrafi zapomnieć. Cała intryga jest oczywiście, jak to u Cobena, misternie skonstruowana. Z reguły wszystkiego dowiadywaliśmy się dopiero na ostatnich stronach, tym razem jednak autor powoli odkrywa przed nami poszczególne karty pozwalając wielu rzeczy domyślić się wcześniej, jednak finał mimo wszystko nas zaskakuje.

Połknęłam książkę, podobała mi się, ale bez większych rewelacji. Dobra powieść sensacyjna z trudną do odgadnięcia wielowątkową intrygą, trzymająca poziom, jednak bez tego "łał", które pojawiało się kiedyś.

Polecam.

piątek, 31 stycznia 2014

Cormac McCarthy "To nie jest kraj dla starych ludzi"



Naprawdę ciężko było mi się zabrać za pisanie o tej książce. Dlatego, że była dobra. Ale nie w taki tradycyjny sposób, który z łatwością można uchwycić i przekazać dalej...
Na podstawie powieści "To nie jest kraj dla starych ludzi" słynni Bracia Coen nakręcili nagrodzony wieloma nagrodami film o tym samym tytule, z genialną rolą Javiera Bardema. Piszę o tym, dlatego że film nie zaistniałby, gdyby nie talent laureata nagrody Pulitzera. McCarthy stworzył powieść o niesamowitym klimacie, w której symbolicznie walczą ze sobą dobro i zło.

Granica Stanów Zjednoczonych i meksyku, rok 1980, narkotyki i zbrodnia. Polujący na antylopy Llewelyn Moss, po nieudanych łowach trafia na nietypowe znalezisko... Kilka trupów, jeden dogorywający i błagający o wodę żywy, bagażnik narkotyków i walizka z  prawie dwoma milionami dolarów... Moss staje przed dylematem... Zabrać i poprawić los swój i żony, czy też zostawić i żyć dalej w spokoju. Zdrowy rozsądek podpowiada to drugie, jednak Llawelyn podejmuje inną decyzję. Zabiera pieniądze i wraca do domu. Prawdopodobnie na tym by się skończyło, jednak bohater postanawia wrócić na miejsce zbrodni. Tam natyka się na tych którzy poszukują już zguby. Jednak to nie oni staną się jego największym wrogiem. Tym będzie Anton Chigurh, zabójca który sam tworzy zasady jakimi się kieruje i któremu w drogę można wejść tylko raz...
Narratorem całej opowieści jest szeryf Bell, lekko już znudzony życiem i zrezygnowany, jednak z bogatym doświadczeniem. Mądry facet, który niestety w tej walce nie ma szans na wygraną.

Zaletą tej powieści jest z pewnością jej lekko filmowy charakter. Nie męczą nas przydługie opisy, za to zaskakuje ich niezwykła precyzja, akcja toczy się w szybkim tempie w mrocznej atmosferze, a sceny zmieniają się jak w kalejdoskopie. Chigurh to demon zła, uosobienie wszystkiego co najgorsze. Bohaterowie tacy jak Moss, czy Bell podejmują walkę z tym złem. Każdy z nich ma swoje zasady, którymi się kieruje i które utrzymują przy życiu, jednak kto wyjdzie z tej ponurej gry żywy?

Myślę, że każdy czytelnik odnajdzie w tej z powieści, która tylko z pozoru jest thrillerem, jakieś drugie dno. Zachęcam więc tych, którzy nie mieli jeszcze do czynienia z ekranizacją czy książką do zapoznania się.
Wędrówka przez amerykańską "ziemię jałową", okraszona dobrymi dialogami i wartką akcją z pewnością zrobi wrażenie...

wtorek, 6 listopada 2012

Emily Giffin "Pewnego dnia"


Kirby to lekko zbuntowana osiemnastolatka, o szaroniebieskich oczach, blond włosach i odstających uszach. Jako niemowlę została adoptowana przez Lynn i Arta Rose, którzy wychowali ją najlepiej jak potrafili, dzięki czemu dziewczynka nigdy nie tęskniła za bilogicznymi rodzicami. Wątpliwości pojawiły się przez osiemnastymi urodzinami, po których mogła udać się do ośrodka adopcyjnego i uzyskać dane kobiety, która ją urodziła. W tajemnicy przed rodzicami zdobywa namiary i jedzie do Nowego Jorku, gdzie poznaje Marianne.

Marianne to kobieta sukcesu, ubierająca się w najdroższych sklepach i mieszkająca w przestronnym penthousie na Madison Avenue. Jest kierownikiem produkcji popularnego serialu i spotyka się z szefem stacji, z którym planuje wspólną przyszłość. Kobieta ma wszystko... Skrywa jednak przed całym światem tajemnicę, a kiedy ta wychodzi na jaw, na zawsze zmienia uporządkowane życie Marianne...
"-Zdaje się, że jesteś moją matką."

Emily Giffin po raz kolejny świetnie oddała subtelne kobiece emocje. Z pozoru historia jest lekka i przyjemna, jednak autorka umiejętnie wplotła w nią wiele uniwersalnych problemów takich jak tożsamość, relacje adoptowanego dziecka z przybranymi rodzicami, trudny okres dojrzewania, czy też kwestię "ważności ojca" w procesie decydowania o losie dziecka.
Kirby jest trochę nietypową zbuntowaną nastolatką, bo jednocześnie bardzo dojrzałą, spoglądającą na matkę, która oddała ją do adopcji, w zasadzie bez złości, a nawet ze współczuciem. Trochę wydawało się to wręcz nierealne, bo czy takie nastolatki istnieją? Być może w Ameryce... Bo zaznaczyć muszę, że ta powieść jest napisana w iście amerykańskim stylu i nie wyobrażam sobie, że jej akcja mogłaby się odbywać gdziekolwiek indziej. Matka, producentka filmowa z Nowego Jorku, ojciec, właściciel baru w Chicago, rodzina mieszkająca w domu na przedmieściach St. Louis, szkolne bale, prywatki, zbiorowe mierzenie sukienek... Klimat rodem z amerykańskiego filmu lub serialu, co bynajmniej nie stanowi z mojej strony zarzutu. Powieść czyta się jednym tchem, bez chwili nudy. Śledzimy trudną relację Marianne i Kirby, ale także ciekawi jesteśmy zachowań innych osób towarzyszących bohaterkom. Emily Giffin skupia się na relacjach międzyludzkich, świetnie pokazuje kiełkujące uczucia, czy to matki i córki, czy chłopaka i dziewczyny. Czytając wierzymy, że taka historia mogła wydarzyć się naprawdę, bo autorka w niczym nie przesadza, nie sprzedaje tanich emocji, a postacie które kreuje są niezwykle prawdziwe i wyraziste. Jedyne do czego mogłabym się "doczepić" to zakończenia, które nie do końca mnie przekonuje... Niby otwarte, pozostawia jakieś pole do popisu wyobraźni, a jednak nakierowuje nasze myślenie na konkretne tory, na końcu których, finał może być tylko jeden. Ale to w zasadzie nieistotny szczegół...

"Pewnego dnia" zaliczamy do literatury kobiecej, jednak jest to już wybór z tej wyższej półki, który z pewnością nie rozczaruje...

niedziela, 4 listopada 2012

Douglas Kennedy "Kobieta z Piątej Dzielnicy"



Po "Kobietę z Piątej Dzielnicy" sięgnęłam zachęcona pozytywnymi opiniami innych, starałam się jednak nie czytać opisów fabuły, a tym bardziej skrótu zawartego na tyle okładki. I ogromnie się cieszę, że tak właśnie uczyniłam, ponieważ kiedy po zakończeniu lektury przeczytałam tył, okazało się że zdradza mniej więcej treść połowy książki, a jego znajomość z pewnością zepsułaby mi trochę radość z czytania powieści Douglasa Kennedy'ego.
Nieświadoma więc tego, co tak naprawdę mnie czeka, rozpoczęłam lekturę, która z początku w zasadzie nie przypadła mi do gustu. Monotonna i lekko senna atmosfera powodowała, że ciężko było mi wpaść w  odpowiedni rytm i poczuć klimat Paryża w którym dzieje się cała akcja.

Henry Ricks ucieka... W Ameryce zostawia skandal który pozbawił go pracy i reputacji, byłą żonę i córkę. Jest na samym dnie i nie widzi dla siebie żadnych perspektyw do odbicia od niego. Jako, że zawsze jego największym marzeniem było wyjechać do Francji i napisać powieść, z garścią oszczędności w kieszeni postanawia je spełnić właśnie teraz, kiedy nie ma już nic do stracenia. Jednak myliłby się ktoś, kto pomyśli, że wraz z nowym miejscem skończą się problemy Henry'ego. Trafia do hotelu, gdzie spotyka zarozumiałego recepcjonistę, który traktuje go bez litości, zapada też na nieciekawą odmianę grypy, która nie pozwala mu wstać z łóżka przez kilka dni. Dzięki temu poznaje Adnana, pierwszego człowieka od wielu tygodni, który okazuje mu życzliwość, pomaga załatwić pokój w szemranej paryskiej dzielnicy, a przy tym sam wpada w spore tarapaty.

Życie, próbującego pisać powieść mężczyzny, popada w nudną rutynę, którą odmienią dwa wydarzenia... Oferta pracy jaką Henry otrzymuje od właściciela kafejki internetowej i spotkanie, na jednym z salonów organizowanych przez Madame Lorriaine L'Herbert, tajemniczej Margit, tłumaczki pochodzenia węgierskiego.

W życiu byłego wykładowcy zaczynają się dziać dziwne rzeczy... coraz bardziej nieprawdopodobne...

Jak pisałam we wstępie, początkowa akcja w ogóle nie zapowiada tej niesamowitej historii, jaka tworzy się na kolejnych kartach powieści. Monotonia, szybko zastąpiona zostaje dynamicznym biegiem wydarzeń, które zaskakują nie tylko bohatera, ale przede wszystkim czytelnika. Douglas Kennedy zaproponował nietypowe wyjaśnienie zagadek, jakie napotyka na swej drodze Henry. Z reguły nie podoba mi się wplatanie zjawisk niewytłumaczalnych w całkiem realną opowieść. Tym razem jednak autor zrobił to umiejętnie, okraszając całość otwartym zakończeniem, jakiego nota bene też w zasadzie nie lubię. Tym samym zabiegi, które z reguły mnie irytują przyniosły wręcz odwrotny efekt.

Gdybym miała użyć kilka słów, aby opisać powieść "Kobieta z Piątej Dzielnicy" pewnie byłyby to: fascynująca, magiczna, hipnotyzująca, nietypowa, niepokojąca... A i tak nie oddają wszystkiego!
Bardzo jestem ciekawa ekranizacji tej książki, więc prawdopodobnie niebawem wybiorę się do kina, aby skonfrontować dwie wersje "Kobiety...", tymczasem polecam gorąco powieść, warta jest tego, aby się w niej zatracić...

wtorek, 2 października 2012

Nicole Mones "Ostatni kucharz chiński"

Ależ mi się trafiła smakowita lektura! Opis zupełnie tego nie zapowiadał, a w środku takie zaskoczenie...
Nicole Mones jest znawczynią kultury chińskiej, tworzy też książki przedstawiające cywilizację Państwa Środka w różnych aspektach. A że wie o czym pisze, czuć niemal na każdej stronie powieści "Ostatni kucharz chiński".

Maggie McElroy ma czterdzieści lat i od roku jest wdową. Jej mąż Matt zginął w tragicznym wypadku, z czym kobieta niekoniecznie sobie radzi. Sprzedaje dom, zmienia mieszkania na coraz mniejsze, aż w końcu zamieszkuje na łodzi. Kiedy już jakoś zaczyna sobie układać życie bez ukochanego, otrzymuje telefon z Chin, od współpracownika i przyjaciela swego męża. Okazuje się, że jakaś kobieta złożyła sądowe roszczenie, twierdząc że mąż bohaterki jest ojcem jej córeczki. Burzy to misternie budowany spokój  Maggie. Długo się nie zastanawiając, postanawia polecieć do Chin i wyjaśnić sprawę, a że jest dziennikarką kulinarną, przy okazji ma przeprowadzić wywiad z Samem Liangiem, wnukiem autora książki "Ostatni kucharz chiński" i wschodzącą gwiazdą tejże orientalnej kuchni.
Na miejscu kobieta dzięki Samowi odkrywa niezwykłe smaki chińskiej kuchni i poznaje przy okazji kulturę kraju, który z dnia na dzień staje jej się coraz bliższy...

Spodziewała się jakiegoś egzotycznego romansu z Pekinem w tle, a tu proszę... Otrzymałam dojrzałą, nieprzesłodzoną powieść, z bohaterką zmagającą się z żałobą po mężu budującą swoją nową codzienność. Jednocześnie zostałam uraczona całą paletą smaków, które dosłownie czułam, czytając kolejne strony "Ostatniego kucharza chińskiego". Nadziewana, chrupiąca skóra z kurczaka, żeberka wieprzowe w liściach lotosu przyrządzane na parze, chrupiące krewetki, niesamowicie delikatne i miękkie w środku... czujecie już głód?
Autorka raczy nas nie tylko cudownymi smakami, ale historią chińskiej kuchni, wraz z jej smutnym okresem, kiedy komuniści zabronili jeść i gotować smakowicie. Oprócz tego poznajemy też zwyczaje panujące przy stole i w rodzinie. Bo jedzenie w Chinach zawsze odbywa się w towarzystwie innych.
Podsumowując...Mamy historię powoli rodzącego się uczucia między dwojgiem dojrzałych już ludzi, smaki i zapachy niemal na każdej stronie, bogatą historię i szeroki obraz kultury jedzenia w Państwie Środka. Czy można chcieć więcej?

Gorąco polecam!

wtorek, 24 kwietnia 2012

Paullina Simons "Dziewczyna na Times Square"

Pewnie niejedna osoba czytająca tę notatkę zachwycała się trylogią Paulliny Simons o Tatianie i Aleksandrze. Ja ją pochłonęłam czytając niemal non stop, nie jedząc i pijąc prawie. Byłam zachwycona krótko mówiąc. Ciężko więc będzie autorce zatrzeć wspomnienie o trylogii i stworzyć równie doskonałą opowieść. "Dziewczyna na Times Square" to historia zupełnie inna, jednak ma w sobie to coś, co powoduje, że nie jesteśmy w stanie oderwać się od lektury.

Lily mieszka w Nowym Jorku, studiuje i wiecznie cierpi na brak pieniędzy. Żyje chwilą i dniem dzisiejszym, nie myśląc o przyszłości. Wszystko zmienia się pod wpływem kilku wydarzeń. Znika współlokatorka dziewczyny, a wcześniej odchodzi chłopak. Ale żeby nie było tak całkiem ponuro, Lily wygrywa na loterii ogromną sumę pieniędzy. Śledztwo w sprawie zaginionej Amy prowadzi nowojorski detektyw Spencer O'Malley i oczywiście, jak nietrudno się domyślić, mimo sporej różnicy wieku między Lily i policjantem zaiskrzy. Jednak to nie wszystko, nad bohaterką zbierają się czarne chmury i jak to w życiu bywa, szczęście często musi być okupione cierpieniem...

Jak pisałam we wstępie, ciężko będzie Paullinie Simons stworzyć historię na miarę "Jeźdźca miedzianego". "Dziewczyna na Times Square" to bardzo dobra powieść kobieca, która z pewnością umili niejeden wieczór, podczas którego z wypiekami na twarzy śledzić będziemy zmagania Lily z losem, jednak zabrakło tego, co odnalazłam w trylogii o Tatianie i Aleksandrze. Nie jestem nawet w stanie zdefiniować czego dokładnie mi brakuje. "Dziewczyna..." to świetne czytadło, w którym autorka raczy nas opowieścią miłosną, wątkiem kryminalnym, dramatem i wieloma różnymi wątkami poruszającymi mniej lub bardziej ważne problemy. Każdy odnajdzie w niej coś dla siebie, dlatego polecam wszystkim, bo lektura z pewnością jest godna uwagi.

czwartek, 5 kwietnia 2012

Jael McHenry "Kuchnia duchów"



Opowieść zaczyna się w momencie kiedy Ginny, młoda kobieta posiadająca osobowość, traci rodziców w tragicznym wypadku. Ginny nie jest zwyczajną dziewczyną. Unika kontaktu wzrokowego z innymi ludźmi, panicznie boi się dotyku, lubi samotność i często chowa się w szafie. Jej zachowania, typowe dla zespołu Aspergera wyprowadzają z równowagi starszą siostrę Amandę, która nie wierzy w to, że Ginny jest w stanie poradzić sobie sama w życiu. Amandzie brakuje zrozumienia i wyrozumiałości, więc większość rozmów sióstr kończy się kłótniami. Ginny zapomnienie znajduje w kuchni i przepisach. Zupa z chleba, czekoladowe ciasto nocnych łez, Aji de gallina nie tylko odrywają kobietę od codzienności, ale powodują również, że sprowadza ona duchy osób, które sporządziły dany przepis. Tak więc bohaterka ma niepowtarzalną szansę jeszcze raz porozmawiać z babcią czy rodzicami. Odkrywa też przypadkiem pewną rodzinną tajemnicę...

Jael McHenry jest autorką poczytnego bloga kulinarnego (klik), dlatego w jej książkę w ciekawy sposób wplecione zostały przeróżne przepisy. Jest ich dokładnie piętnaście, tyle ile rozdziałów powieści i ubolewam, że tylko tyle, bo wydają się być niezwykle smakowite. Zupę z chleba z pewnością już niebawem spróbuję zrobić. Autorka pokazuje nam świat przez pryzmat zapachów i smaków, dzięki czemu zyskuje wyśmienitą całość.
Niewiele jest opowieści, które wciągają mnie na tyle, że nie jestem w stanie odłożyć książki, aż do momentu kiedy nie skończę. "Kuchni duchów" nie umiałam porzucić. Świetne połączenie codzienności kobiety dotkniętej zespołem Aspergera, odrobiny magii i kulinarnych przepisów, daje powieść świeżą i ciekawą, inną niż dotychczas nam serwowane. Ginny jest narratorką opowieści, znamy jej myśli i odczucia, co umożliwia nam zapoznanie się z problemem jaki ją dotknął. Za pomocą prostych środków przekazu, autorka udziela nam informacji o ciągle jeszcze mało znanym zaburzeniu, które w głównej mierze deformuje umiejętności społeczne osób których dotyka.

Bardzo podobała mi się "Kuchnia duchów", która niełatwy temat prezentuje w przystępny, lekko magiczny i smakowity sposób. Autorka zachowała równowagę, między magią a realnością, dzięki czemu uzyskała bardzo dobrą historię, po którą warto sięgnąć.
Polecam!

A tak o książce mówi Elżbieta Adamska, autorka książek kulinarnych:


wtorek, 14 lutego 2012

Wendy Webb "Duchy przeszłości"


Chociaż raczej nie gustuję w tego typu powieściach, przyznaję, że "Duchy przeszłości" wciągnęły mnie niemal od pierwszej strony i dostarczyły dużo czytelniczej rozrywki.

Hallie niespodziewanie dostaje list od matki, którą uważa za zmarłą. Ojciec przez wiele lat karmił ją historią o pożarze w którym rzekomo zginęła Madlyn. Staruszek nie może jednak wyjaśnić córce, dlaczego kłamał, ponieważ kilka dni później umiera. Dziewczyna, która ponad wszystko kochała ojca, postanawia odnaleźć klucz do historii i poznać prawdę. W tym celu wybiera się na wyspę na której mieszkała matka. Okazuje się, że ta zapisała jej w spadku spory majątek, wraz z pięknym wiktoriańskim dworem. Na wyspie Hallie zostaje przyjęta bardzo chłodno, w końcu mieszkańcy myśleli, że ponad trzydzieści lat wcześniej utonęła wraz z ojcem w jeziorze. Okazuje się również, że rodzic podejrzany był o zabójstwo małej dziewczynki... Bohaterka musi zmierzyć się ze swoją przeszłością i przeznaczeniem, oraz odkryć mroczną historię domu i tragicznie zmarłych trojaczków. Pomaga jej w tym prawnik i wykonawca testamentu - Will Archer i jak łatwo się domyślić, między tą dwójką szybko rodzi się nić porozumienia...

"Duchy przeszłości" to świetne, trzymające w napięciu czytadło na długie wieczory. Autorka stworzyła niepowtarzalny klimat, gdzie czarownice, magia i duchy są na porządku dziennym. Do tego interesująca historia miłosna, rodzinna tajemnica i obowiązkowo wiktoriański dwór... Dla każdego coś dobrego, do tego stopnia, że nie można się oderwać od lektury.

Polecam więc, na dłuuuugie zimowe wieczory ;-)

piątek, 27 stycznia 2012

Virginia C. Andrews "Kwiaty na poddaszu"


"Kwiaty na poddaszu" czytałam już raz, kilkanaście lat temu i książka zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Przez lata pamiętałam fabułę i poszczególne wątki, można więc powiedzieć że lektura zapadła mi w pamięć. Z pewną obawą sięgnęłam więc po nią po raz kolejny, w końcu miałam w pamięci jak historia się zakończy. Jednak obawy okazały się nieuzasadnione, ponieważ "Kwiaty..." po raz kolejny wciągnęły mnie niemal od pierwszej strony i nie pozwoliły od siebie oderwać aż do ostatniej.

Dollangangerowie wiodą szczęśliwe i spokojne życie. Głowa rodziny ma dobrą pracę, czwórka potomstwa ma pełne miłości dzieciństwo, matka nie pracuje i zajmuje się pociechami - Chrisem, Cathy, Carrie i Cory'm. Cały spokój burzy wypadek i śmierć ojca. Corrine zostaje sama i nijak nie potrafi sobie poradzić z codziennością, rachunkami i długami. Podejmuje decyzję o przeprowadzce do rodzinnego domu, gdzie będzie musiała wrócić do łask rodziców, którzy kilkanaście lat wcześniej ją wydziedziczyli. Kobieta liczy na szybką śmierć ojca i odzyskanie jego miłości, co równałoby się z odziedziczeniem całego majątku. Przeszkodą w tym planie okazują się dzieci, które matka wraz z babką postanawiają ukryć w pokoju połączonym z poddaszem. Początkowo wmawiają im, że to tylko jedna noc, jednak ta noc przechodzi w tygodnie, miesiące... i lata. W tym czasie między Cathy i Chrisem zaczyna się rodzić niezdrowa fascynacja seksualna...

Narratorką opowieści jest Cathy, która w momencie jej rozpoczęcia ma dwanaście lat, więc historia pisana z perspektywy dziecka jest prosta, nieskomplikowana, czasami naiwna i miejscami wręcz nierzeczywista. Relacje między rodziną Dollangangerów, szczególnie w okresie, kiedy żył ojciec, są tak idealne, że niestety trącą sztucznością i nieprawdziwością. Cała historia dzieci zamkniętych na poddaszu w wielkim domu przez lata również wydaje się nieprawdopodobna, jednak mimo to nie sposób się od niej oderwać i wyrzucić z pamięci. Za pierwszym razem czytałam ją z wypiekami na twarzy, teraz nawet widząc jej wady, również nie potrafiłam przejść obok niej obojętnie i odłożyć nim nie dotrę do końca. Jest coś dziwnego w powieści Virgini C. Andrews, bo po jej lekturze ciężko stwierdzić jednoznacznie czy się podobała czy nie. Z pewnością po spotkaniu z dziećmi Dollangangerów pozostaje wielki mętlik w głowie, i pojawia się ciekawość, jak też potoczyły się losy rodzeństwa. Na szczęście autorka stworzyła kolejne części opowieści, które również zaskakują, przerażają i przede wszystkim głęboko zapadają w pamięć.

"Kwiaty na poddaszu" to kultowa, kontrowersyjna i skandalizująca pozycja, która gra na czytelniczych emocjach, bazując na nieszczęściu, śmierci i kazirodztwie. Virginia C. Andrews stworzyła niesamowity klimat, w którym zawarła grozę, miłość i tajemnicę. Taki zestaw poruszy chyba każdego...

Warto!

sobota, 7 stycznia 2012

Lisa Genova "Motyl"


Choroba Alzheimera to postępujący zanik kory mózgowej, powodujący otępienie, zaburzenia pamięci, zmiany nastroju, problemy z procesami poznawczymi. Choroby nie można leczyć, co najwyżej można ją odrobinę spowolnić. Występuje głównie u osób powyżej 65 roku życia. Zdarza się jednak u niewielkiej ilości pacjentów, że choroba atakuje ludzi dużo młodszych i to właśnie spotkało bohaterkę Lisy Genovy - Alice Howland.

Alice ma 50 lat i pracuje na etacie wykładowcy psychologii na Harwardzie. Jest znana i poważana w swoim środowisku, prowadzi wiele konferencji, a studenci uwielbiają jej wykłady. Życie rodzinne Alice, to trójka dorosłych już dzieci i mąż realizujący się w pracy naukowej. Kobieta ma ustabilizowaną i dobrze zorganizowaną codzieność i jak jej się wydaje, wiele lat przed sobą.

Spokój życia profesor Howland burzą dziwne sytuacje, jakie zaczynają jej się przytrafiać. W trakcie wykładu zapomina słowa, w czasie joggingu nie potrafi sobie przypomnieć jak wrócić do domu, mimo zapisanych na karteczkach przypomnień nie realizuje swojego planu dnia. Wszystkie te symptomy przypisuje menopauzie, jednak mimo upływu czasu jej stan nie poprawia się, wręcz przeciwnie...
Diagnoza lekarska jest zaskoczeniem. W wieku 50 lat Alice Howland dowiaduje się, że jest chora na Alzheimera. Od tego momentu stajemy się świadkami postępu choroby, która wyniszcza mózg kobiety. Lisa Genova świetnie pokazała nie tylko wewnętrzne przeżycia pacjentki świadomej swojego stanu i nie potrafiącej się z nim pogodzić, ale również zmagania rodziny, czyli męża i dzieci, którzy muszą dostosować swoje życie do postępującej choroby bliskiej osoby. Demencja Alice rujnuje jej codzienność, jednak mimo to kobieta stara się znaleźć zrozumienie i wsparcie wśród innych podobnych jej osób i żyć normalnie.

"Motyl" to pozycja, która zapada w pamięć na długo. Autorka krok po kroku pokazuje postęp choroby i to co czyni ona z człowiekiem. Na przykładzie Alice widzimy, jak szanowana profesor Harwardu w ciągu kilku miesięcy nie jest w stanie sama wyjść z domu, czy napisać maila. Genova, doktor nauk medycznych w dziedzinie neurobiologii, posiada ogromną wiedzę na temat wyniszczającej choroby Alzheimera, a "Motyl" to idealna propozycja dla osób chcących pogłębić wiedzę na jej temat.

Lisa Genova stworzyła bardzo prawdziwą i wstrząsającą książkę, która pokazuje świat osoby cierpiącej na chorobę, z którą jeszcze nikt nie wygrał i na którą nie wymyślono lekarstwa. Naprawę warto zapoznać się z "Motylem"!

niedziela, 24 lipca 2011

Charlaine Harris "Czyste intencje"


Tak czytam kolejne książki Charlaine Harris, nie wiem co w nich widzę, ale czytam... bo lubię. Ot po prostu, dla przyjemności. "Czyste intencje" niestety, mnie trochę rozczarowały.

Na całą serię nie spoglądam jak na typowe kryminały, a bardziej obyczajówki z wątkiem kryminalnym... i o ile w poprzednich dwóch częściach zagadka do rozwiązania, była dobrze skonstruowana i trudno było zgadnąć o co chodzi, a tyle tutaj można się tego domyślić, niemal na początku książki. Minus... naprawdę wielki minus.

W czym rzecz...? Lily jedzie na ślub siostry i spędzi kilka dni z rodziną, której nie widziała już kilka lat. Ich drogi rozeszły się, ponieważ rodzina na każdym kroku przypominała dziewczynie o traumatycznych wydarzeniach z przeszłości, porwaniu i gwałcie.
W czasie pobytu w mieście pojawia się także chłopak Lily, Jack - prywatny detektyw, który prowadzi sprawę zaginięcia dziewczynki sprzed ośmiu lat. Tymczasem nasza bohaterka odnajduje zwłoki miejscowego lekarza i pielęgniarki... czy sprawy są powiązane? I w tym momencie mam ochotę napisać... aż zbyt oczywistym jest, że są. Jak i wszystko inne wydaje się być podane czytelnikowi prosto pod nos.

Nie ukrywam, mam słabość do autorki, szczególnie za serię o Sookie, lecz tym razem się zawiodłam. Trzecia część nie trzyma poziomu, razi przewidywalnością i drażni niektórymi przemyśleniami bohaterki. Relacje rodzinne, z chłopakiem, praca, całe tło obyczajowe ratuję "Czyste intencje", ale jeżeli tworzy się serię kryminalną, to powinno się o jakość wątku kryminalnego zadbać.

Nie polecam czytania bez znajomości poprzednich części, bo wtedy nawet wątek uczuciowy i rodzinny nie uratują nam lektury. Poziom nie za wysoki, ale fanom serii polecę, a sama liczę na to, że kolejna część "Czyste sumienie" będzie już o niebo lepsza.

piątek, 3 czerwca 2011

Charlaine Harris "Czyste szaleństwo"

Prawie natychmiast po przeczytaniu "Czystej jak łza" zamówiłam kolejny tom z cyklu o Lily Bard. Z Charlaine Harris mam tak, że jak raz zacznę, to później skończyć nie mogę i dany cykl pochłaniam jak najszybciej. Nie inaczej jest tym razem...

Lily Bard znajduje ciało Dela, który został przygnieciony przez sztangę. To, co początkowo wydaje się być tylko wypadkiem, okazuje się czyimś celowym działaniem. Lily chcąc, czy nie chcąc, wplątuje się w kolejną sprawę kryminalną. Szybko okazuje się, że sprawa ta powiązana jest z innymi morderstwami i zagraża życiu bohaterki. Oprócz wątku kryminalnego oczywiście autorka raczy nas życiem uczuciowym Lily. Romans z Marshallem, znajomość z komisarzem policji Claudem, a może przyciąganie do tajemniczego, "pana kucyka" - co wybierze Lily?

Tym razem niestety nie jestem tak zadowolona jak ostatnio, ponieważ ta książka to swoista sinusoida. Były momenty, kiedy najzwyczajniej w świecie miałam ochotę ją odłożyć, ale były też takie, kiedy nie mogłam się oderwać i wygrywała ciekawość - co będzie dalej? Autorka, w tej z pozoru błahej pozycji, poruszyła bardzo ważny problem: tolerancja. Duża część książki jest właśnie temu poświęcona. Lily, jako bohaterka pozytywna, nie przechodzi obojętnie obok krzywdy ludzkiej, nie odwraca się i nie udaje że nie widzi problemu, a kiedy trzeba interweniuje, co w rzeczywistym świecie jest niestety rzadkością. Dlatego duży plus dla autorki, że oprócz zwykłej rozrywki, przemyca w treści pozytywne wzorce.
Irytowały mnie bardzo tzw. sceny łóżkowe, a właściwie po łóżkowe, kiedy bohaterowie opowiadali sobie jak to się czuli kiedy pierwszy raz się zobaczyli, itp, itd. Jak w pospolitym harlequinie... trochę zbyt ckliwie.

Nie polecam zaczynania cyklu bez znajomości tomu pierwszego, bo w drugiej części nie ma za dużo o przeszłości głównej bohaterki, która ma zasadniczy wpływ na jej teraźniejszość.
Mimo, że nie do końca jestem zadowolona, polecam cykl o Lily Bard. Czyta się szybko, można się odprężyć, ot książka na jeden wieczór.
Ja czekam na kolejne części... Obym się nie zawiodła.

wtorek, 24 maja 2011

Charlaine Harris "Czysta jak łza"

Muszę się przyznać sama przed sobą, że po prostu mam słabość do Charlaine Harris. Wampirzą serię o Sookie Stockhouse pochłaniałam jakiś czas temu i teraz niecierpliwie czekam na wydanie kolejnej części przygód kelnerki telepatki. Teraz wydawnictwo Znak, oddało w nasze ręce serię o Lily Bard, co mnie niezmiernie cieszy, ponieważ zatęskniłam już za piórem Harris.

Zastanawiałam się, czy w jakiś sposób autorka korzystała ze schematów użytych w pierwszej serii, w tej stworzonej później, o Sookie. Na szczęście wyszło coś zupełnie innego i wydaje mi się... oryginalnego.

Lily Bard na co dzień zajmuje się sprzątaniem w cudzych domach. W niewielkim miasteczku Shakspeare, jest osobą, która wie o wielu ludziach za dużo, w końcu najlepiej można poznać człowieka grzebiąc w jego śmieciach... W wolnych chwilach Lily intensywnie ćwiczy i trenuje karate. Jest samotna i raczej stroni od ludzi. Przez moment miałam skojarzenie z Lisbeth Salander, bohaterką Stiega Larsona, ale to była tylko chwilka.

Lily z pozoru prawie zwyczajna dziewczyna, skrywa przed wszystkimi swoją bolesną przeszłość i blizny na ciele.
Pewnego wieczoru, podczas spaceru widzi dziwnie zachowującą się postać, ciągnącą jej własny wózek na śmieci. Zainteresowana śledzi wydarzenia i tym sposobem odkrywa zwłoki Pardona Albee, właściciela nieruchomości. Anonimowo wzywa policję i tak wplątuje się w sprawę morderstwa.

Musze wspomnieć o tym, co od razu rzuciło mi się w oczy po przeczytaniu książki, mianowicie opis z tyłu okładki, który nijak się ma do treści. Np. "Szybko okazuje się, że wszyscy kojarzą Lily z brudną robotą…. każdego rodzaju!" Nie wiem, pewnie zabieg wydawcy był celowy, ale mnie opis z tyłu zniechęcił na początku.

Wbrew pozorom, to nie wątek kryminalny jest w tej pozycji najważniejszy. Harris stworzyła świetne tło obyczajowe, pokazała nam wiele ludzkich charakterów za sprawą sąsiadów Lily. Myślę, że spokojnie w każdym z nich odnajdziemy coś z siebie, albo przynajmniej jakieś cechy, które wydają nam się charakterystyczne dla naszych sąsiadów.

Wracając do książki... Jestem usatysfakcjonowana treścią. Harris ma taki specyficzny styl, który mnie po prostu odpowiada. Książkę przeczytałam w 5 godzin i strasznie się denerwowałam, kiedy ktoś mi lekturę przerywał. Z pewnością sięgnę po kolejne z serii i liczę na to, że będą równie dobre jak ta. I strasznie jestem ciekawa rozwinięcia wątku uczuciowego (jedyny, który według mnie schematem przypomina ten pojawiający się w serii o Sookie - ona jedna, a ich dwóch)

Polecam - lekko, łatwo i przyjemnie!

niedziela, 1 maja 2011

Ann Mah "Miłość w pięciu smakach"


Podchodziłam do książki nastawiona bardzo negatywnie, przez niskie oceny na portalu Lubimy Czytać. Spodziewałam się marnego czytadła i o dziwo... mile się rozczarowałam.
Tzw. literatura kobieca ostatnio mnie drażni. Mam wrażenie, że wszystkie książki są odbite przez kalki, napisane wg. tego samego schematu. Brak mi jakiejś świeżości... "Miłość w pięciu smakach" spełniła moje oczekiwania, dostałam coś trochę innego.

Isabelle, Amerykanka chińskiego pochodzenia traci pracę i chłopaka. (wiem, to jest schematyczne, ale dalszy ciąg już troszkę mniej...) Ponieważ nic nie trzyma jej w domu, postanawia wyjechać do swojej starszej siostry Claire, która mieszka w Pekinie i jest bardzo znaną prawniczką. W Chinach znajduje pracę w gazecie "Beijing NOW", gdzie zajmuje się m. in. ocenianiem restauracji.
Oczywiście oprócz pracy, w życiu bohaterki pojawiają się też mężczyźni: zwariowany muzyk Jeff i Stateczny ambasador Charllie.
Isabelle przeżywa w Chinach wiele zabawnych przygód, przy których buzia może się uśmiechnąć... a jak skończą się jej perypetie? Koniecznie musicie sprawdzić.

Książka bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła, bo po prostu się przy niej odprężyłam, wyłączyłam myślenie na kilka chwil i mogłam odpocząć. Podobały mi się strasznie sugestywne opisy jedzenia, a że uwielbiam chińską kuchnię (no może pomijając niektóre co "oryginalniejsze" potrawy), to często słyszałam burczenie w brzuchu. Dodatkowo na końcu książki znajdziemy kilka ciekawych przepisów Ann Mah, m. in. na sałatkę z krewetek z solą i pieprzem.

"...tylko w Chinach, a przez długi czas jedynie w Pekinie, przyrządzano szczególną potrawę znaną jako beijing Kaoya (po chińsku), Peking duck (po angielsku) i canard lacque (po francusku), czyli kaczkę po pekińsku. [...] przyrządzony drób ma lśniącą, złocistą i przyjemnie chrupką skórkę oraz wilgotne soczyste mięso, a całość zniewalająco pachnie i pozbawiona jest zbędnego tłuszczu."

"Uliczni sprzedawcy w Pekinie oferują wiele potraw, takich jak bułeczki na parze, między innymi faszerowane mięsem, pieczone ciasteczka sezamowe, tłuste ciasteczka z cebulką, smażone tofu, pieczone słodkie ziemniaki, które największą popularnością ciesza sie w zimie [...]. Trzeba wstać naprawdę wcześnie, inaczej zanim dotrze się na miejsce, zostaną wyprzedane."
Z pozoru banalna historia, ma swoją głębszą treść, bo Isabelle z wierzchniej powłoki Chinka, wewnętrznie czuje się i jest Amerykanką. Nie zna dobrze języka Chińskiego, dlatego też w Pekinie czuje się jak dziwoląg, o mylącej powierzchowności. W Ameryce jest oceniana przez pryzmat wyglądu i zwyczajów panujących w jej rodzinnym domu, a w Chinach nie jest akceptowana przez to, że jest Amerykanką. W każdym miejscu czuje się trochę wyobcowana. Jest to więc historia o poszukiwaniu samego siebie i swojego miejsca na ziemi.

Podsumowując: smakowite jedzenie, zabawne epizody, ciekawe perypetie uczuciowe... Polecam każdemu, kto pragnie chwili odprężenia, przy pysznej historii!

sobota, 30 kwietnia 2011

Richard Paul Evans "Szukając Noel"

Do Evansa mam słabość odkąd trafiłam na jego "Słonecznik". Od tamtej pory, staram się co jakiś czas przeczytać jakąś książkę tego autora. Tym razem padło na "Szukając Noel"

Evans pisze w taki sposób, że jakiejkolwiek historii by nie opisał, na pewno byłaby wzruszająca i można by przy niej kilka łez uronić.

Tym razem spotykamy Marka, któremu życie nie układa się w ogóle. Stracił stypendium na uczelni, umarła mu matka, ma marna pracę jako woźny w szkole, jest w głębokim konflikcie z ojcem, te wszystkie czynniki powodują, że ma ochotę ze sobą skończyć. Kiedy jest już na totalnym dnie i podejmuje decyzje o samobójstwie, spotyka swojego "anioła".

"Mama opowiadała mi, że anioły czasem przebierają się za ludzi i schodzą na ziemię..."
Macy to dziewczyna z bardzo smutną przeszłością... w dzieciństwie oddana do adopcji i rozdzielona z siostrą Noel głęboko cierpi przez całe życie. Potrafi jednak wyciągnąć pomocną dłoń do potrzebującego człowieka. Kiedy więc na jej drodze staje potrzebujący Mark, bez wahania spieszy mu z pomocą.

"Zastanawiam się często, jak to się dzieje, że podczas gdy ciężkie doświadczenia jednych ludzi hartują, innych pozostawiają złamanych i zgorzkniałych. Znalazłem kiedyś w jakiejś książce celne porównanie: ten sam podmuch jeden płomień gasi, a drugi wzmacnia. Nadal nie wiem jakim ja jestem płomieniem"
To spotkanie zmienia życie obojga, a Macy postanawia, że nadszedł czas, aby odnaleźć siostrę.

Mam wrażenie, że czegokolwiek nie napisałby Richard Paul Evans, zawsze będzie to na mnie oddziaływać tak samo. Dlatego lekturę zaczynam z paczką chusteczek, bo wiem, że bez nich się nie obejdzie.
To już moja trzecia książka i trzecia, której akcja dzieje się w czasie świąt. Autor upodobał sobie pisanie o nich i robi to niezwykle klimatycznie. Jego święta są zawsze pełne miłości i ciepła i aż zazdroszczę bohaterom.

Mimo iż historia jest dość naiwna, nie jest przelukrowana. Nie brakuje w niej momentów smutnych... nie jest tak, że wszystkie wątki kończą się dobrze i mamy wrażenie że bohaterowie mają życie usłane różami. Popełniają błędy i wyciągają z nich wnioski. Nie zmieni to jednak faktu, że jest to po prostu taka dobra bajka dla dorosłych. Dlatego jeżeli macie ochotę się odprężyć, zróbcie sobie kubek gorącej herbatki, albo kawy i sięgnijcie po "Szukając Noel"

"Ale jak to mówią: miłość jest ślepa, a czasem bywa na dodatek niemądra"

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Harlan Coben "Na gorącym uczynku"

Harlan Coben jest niekwestionowanym mistrzem gatunku i moim ulubionym pisarzem amerykańskim. Po jego książki biegnę zawsze w dniu ich premiery i nie inaczej było tym razem. Oczywiście zaczęłam czytać niemal natychmiast po zakupie, nie zważając na inne rozpoczęte tytuły.

Wenda Tynes jest dziennikarką i prowadzi program, w którym na żywo demaskuje pedofilów. Jej kolejną "ofiarą" staje się Dan Mercer, pracownik opieki społecznej, na co dzień pracujący z dziećmi. Zaszczuty przez społeczeństwo ucieka i ukrywa się przed ludźmi, jednocześnie wynajmując bardzo dobrego adwokata, który podważa w sądzie dowody zebrane przeciwko niemu. Dan zostaje oczyszczony z zarzutów, jednak w oczach społeczeństwa wygląda to zupełnie inaczej. Mniej więcej w tym samym czasie znika siedemnastolatka Haley McWaid. Trzy miesiące poszukiwań nie przynoszą rezultatów, do czasu połączenia tych dwóch pozornie niewiążących się ze sobą spraw...

Cobena wręcz wielbię, ale potrafię być też wobec niego krytyczna, dlatego niestety muszę zauważyć lekki spadek formy, w porównaniu z książkami wydawanymi kilka lat temu. Oczywiście jest dużo, dużo lepiej, niż w "Zaginionej", która bardzo mnie rozczarowała, ale mimo to czuję jakiś zgrzyt w całości.
Nie lada gratką dla fanów Mayrona i Wina będzie to, że ten drugi pojawia się w książce, jak również kilku innych bohaterów znanych nam już wcześniej. Coben wykorzystuje kilka rozwiązań, które, mam wrażenie, pojawiały się już w innych jego pozycjach.
Zakończenie jak zwykle nieprzewidywalne i zaskakujące, aczkolwiek jednego wątku domyśliłam się trochę wcześniej. Czyta się niezwykle szybko, mnie to zajęło jedno południe i oczywiście ciężko się oderwać. Jest to solidnie napisany kryminał i thriller. Bardzo podobało mi się pokazanie wirtualnego świata i wszystkich kryjących się za nim zagrożeń. Coben pokazuje, jak łatwo ten świat nas pochłania i jak często stajemy się nieświadomie jego ofiarami. Portale społęcznościowe i blogi funkcjonują w tej powieści jako narzędzie do wyrządzania zła i myślę, że książka stanowi ciekawe ostrzeżenie przed internetem i stojącymi za nim zagrożeniami.

Mimo kilku niedociągnięć polecam, bo Coben to Coben, czyta się go wyśmienicie.

czwartek, 7 kwietnia 2011

Peter Pezzelli "Villa Mirabella"

Potrzebowałam czegoś łatwego, lekkiego, najlepiej o miłości, - sięgnęłam po Villę... Miałam duże oczekiwania wobec tej książki, ponieważ wcześniej czytałam wiele pozytywnych recenzji dotyczących zarówno tej, jak i innych pozycji tego autora. Niestety, Pezzelli nie sprostał moim oczekiwaniom, czuję wręcz wielki zawód.

Jason Mirabella, to młody i ambitny specjalista do spraw marketingu. Życie układa mu się bardzo pomyślnie, ma pieniądze, piękną narzeczoną i świetną pracę. Niestety popełnia błąd, za który musi zapłacić wysoką cenę. Pieniądze i oszczędności znikają w zastraszającym tempie, narzeczona odchodzi... Jason zostaje z niczym. Ledwo starcza mu na bilet powrotny na Rhode Island, gdzie jego ojciec wraz z dwojgiem rodzeństwa prowadzi pensjonat. Bohater, niczym syn marnotrawny powraca na łono rodziny, aby wylizać rany i odkryć, co w życiu jest najważniejsze...

Swego czasu, bardzo lubiłam takie historie i wręcz je pochłaniałam, ale ta rozczarowała mnie bardzo. Zdaję sobie sprawę, że nie jest to wymagająca lektura, ot czytadło do poduszki, ale czy musi być przy tym aż do bólu przewidywalne? Autor wykorzystał utarty już schemat, więc bez problemu mogłabym siąść nad szklaną kulą i przewidzieć, co wydarzy się na kolejnej stronie, albo w kolejnym rozdziale.
Na plus oceniłabym niektórych bohaterów. Szybko dają się polubić, tylko liczyłam na trochę więcej z życia pensjonatu i pracy w nim.

Krytyka wobec książki, wynika też z faktu, że spodziewałam się czegoś bardziej klimatycznego, czy też poruszającego, bo dałam się zwieść przepięknej okładce. A powiało wielką, przewidywalną nudą. Nie sprostała moim wymaganiom i nie wiem czy to wynika z tego, że już się nie nadaję do czytania takich książek, czy też dlatego że z tą książką jest po prostu coś nie tak (czytałam również pozytywne recenzje jak pisałam wyżej, więc chyba to pierwsze jednak)

Jestem na nie, ale nie przekreślałabym tej pozycji, bo zdaję sobie sprawę z tego, że znajdzie ona wielu zwolenników.

piątek, 4 marca 2011

Attica Locke "Czarna woda"


Z tyłu na okładce można przeczytać:

"Czarna Woda" trzyma w napięciu od pierwszej strony! Akcja toczy się w szalonym tempie, a zakończenie jest nie do przewidzenia...

no cóż... nie poczułam żadnego napięcia, nie poczułam szalonego tempa, nie poczułam nic.
Miałam wrażenie, że w którymkolwiek momencie nie porzuciłabym lektury, nie ciekawiłoby mnie co byłoby dalej.

Jay Porter jest raczej podrzędnym prawnikiem z bardzo bogatą przeszłością. Jego życie nie ułożyło się po jego myśli. Jego kancelaria nie wygląda tak jak sobie wymarzł, a jedyną klientką z którą wiąże jakąś zarobkową przyszłość jest prostytutka.

Wszystko zmienia się w czasie rejsu jaki funduje żonie na urodziny. Nagle słyszy strzały, a pod wpływem impulsu ratuje tonącą kobietę. Od tej pory zaczynają się w jego życiu dziać dziwne rzeczy...
To tyle jeśli idzie o treść... zresztą dużo więcej tam nie wyczytałam... No może pomijając bardzo dobrze opisany strajk czarnych pracowników, problem dyskryminacji rasowej i walkę czarnych z białymi.
Autorka świetnie zaprezentowała obraz Teksasu lat 80tych. Gdzie kolorowy pracownik, był traktowany o wiele gorzej niż biały, nie miał szans awansu i zarabiał zdecydowanie mniej. I ta część książki na pewno na plus.

Co do reszty...
Coś co w zamyśle ma trzymać w napięciu, niestety autorce wybitnie nie wyszło... niby była zbrodnia, niby jakaś polityka, ale to wszystko grubymi nićmi podszyte i jak dla mnie po prostu sztuczne.
Locke wielokrotnie wraca do przeszłości bohatera, która według mnie niczego do lektury nie wnosi, chyba że kolejne zadrukowane kartki, a jedynie nuży czytelnika.

Czas z tą książką muszę uznać niestety za stracony. A szkoda, bo sam zamysł zły nie był...

Baner